Po śniadaniu i kawie opuściliśmy mieszkanie Milana i ruszyliśmy w kierunku granicy. Subotica leży w jej niemal bezpośrednim sąsiedztwie, więc nie droga do niej nie zajęła nam długo. Serbowie wypuścili nas bez problemu, ale za to bratankowie zgotowali nam powitanie na Unii łonie takie, jakbyśmy byli podejrzani nie tylko o przemyt, ale pewnie też o inne przestępstwa, w tym jazdę po pijanemu. Otóż jakieś sto metrów przed kontrolą graniczną zatrzymała nas para policjantów (rendżersów, jak sobie żartujemy z powodu węgierskiej nazwy policji -- Rendőrség). Sprawdzili nasze paszporty i prawo jazdy Jarka.
Sto metrów (jeśli nie mniej) były już okienka węgierskiej straży granicznej. Tutaj nie skończyło się na rutynowej kontroli paszportów. Jarek musiał otworzyć bagażnik i kilka toreb. Jeden ze strażników spojrzał na plecak pod moimi nogami (siedziałem na miejscu obok kierowcy) i kazał go otworzyć. W środku miałem reklamówkę. Kazał ją opróżnić. W reklamówce była paczka z naszym pamiątkowym zestawem do kawy z Mostaru, czyli dżezwa i dwie małe filiżanki. Dopiero, kiedy zdjąłem kartonowe wieko kartonowego pudełka i owe artefakty ukazały się oczom celnika, łaskawie się ode mnie odczepił. W międzyczasie jego koledzy nie doszukali się w naszych bagażach żadnej kontrabandy, więc pozwolili Jarkowi doprowadzić bagażnik do porządku i ruszyć w dalszą drogę.
I co? Myślicie, że odetchnęliśmy z ulgą i pojechaliśmy już prosto do Budapesztu? No nie! Tak dobrze nie było. Oto nie minęło kolejne sto metrów, kiedy zatrzymała nas kolejna para "rendżersów"! I znowu Jarka dokumenty -- paszport i prawo jazdy, tudzież dmuchanie w alkomat. Ponieważ nic wykazać nie mogło, bo nikt z nas po pijanemu nie jeździ, pozwolono nam wreszcie pojechać dalej.
Po tym serdecznym powitaniu przez "bratanków" w swoim kraju, a równocześnie przecież w Unii Europejskiej, pojechaliśmy węgierskimi drogami przypominającymi trochę te nasze z lat 80., co w jakimś stopniu miało pewien urok, bo przypominało nam lata młodości. Postanowiliśmy sobie zrobić przerwę na kawę, która okazała się kawą tylko dla mnie, ponieważ moje towarzystwo od śniadania w Suboticy już nieco zgłodniało. W związku z tym zatrzymaliśmy się w dużym zajeździe, albo raczej ośrodku wypoczynkowym o nazwie Akasztói Horgászpark és Halascsárda w pobliżu miejscowości Akaszto. Nazwa wskazywała, że jest to "park wędkarski" i "karczma rybna". Pewnie uważni czytelnicy tego bloga zauważyli, że Jarek jest wielkim ryb, tudzież zup rybnych, amatorem, więc zarówno jego, jak i Jolę skusiła miejscowa zupa rybna. Agnieszka wzięła sobie naleśniki na słodko, a ja kawę z bitą śmietaną. Ponieważ węgierską zupą rybną zaprawioną pomidorami (a zresztą każdą zupą) łatwo sobie poplamić ubranie, obsługa restauracji zaopatrzyła naszych przyjaciół w gustowne fartuszki pełniące rolę śliniaczków dla dorosłych. Uważam, że to pomysł nie tylko bardzo praktyczny ale i uroczy!
Po posiłku i po mojej kawie przeszliśmy się jeszcze po ułamku terenu parku wędkarskiego, do którego przybywali wciąż nowi goście, ale raczej nie na ryby, ale na celebrację jakiejś uroczystości w restauracji, choć to był przecież poniedziałek przed południem. Przyjrzawszy się potem temu terenowi na mapie, dostrzegliśmy mnóstwo stawów (byliśmy tylko nad jednym), które zapewne dostarczały ryb wędkarzom jak i restauracji.
Ruszyliśmy już prosto do Budapesztu. Na jakiejś dziwnej zasadzie to wielkie węgierskie miasto przywodzi mi na myśl moją Łódź i to taką, jaką pamiętam sprzed mniej więcej czterdziestu lat. Żeby było wszystko jasne, naddunajskie centrum jest jak najbardziej reprezentacyjne i europejskie, ale kiedy się tylko trochę odejdzie w bok, znajdziemy się wśród kamienic, które swoją świetność przeżywały ponad sto lat temu, natomiast przedmieścia to już w ogóle przedwojenny film. Żeby się dostać do Jade Panzio, czyli do miejsca, gdzie mieliśmy spędzić kolejne trzy noce, musieliśmy właśnie jeździć takimi podmiejskimi uliczkami z zabudową wiejsko-małomiasteczkową.
Powstały w latach 70. XIX wieku Kispest ("Mały Peszt"), czyli ta część Pesztu, w której znajduje się rzeczony pensjonat, został przyłączony do miasta dopiero w 1950 roku, wcześniej będąc podmiejską wioską. Nigdy go specjalnie nie zwiedzaliśmy, ale droga z naszej noclegowni do stacji metra wystarczy, żeby ponownie dostrzec analogie z Łodzią (zresztą chyba również z Warszawą i innymi polskimi miastami). Pośród starych zabudowań postawiono tu w czasach Kadara dziesięciopiętrowe bloki, przez co krajobraz kojarzył mi się z jakąś Dąbrową, albo Czerwonym Rynkiem.
Sam pensjonat, do którego mieliśmy pewien sentyment, ponieważ "odkryliśmy go z Agnieszką" sześć lat temu na potrzeby noclegu, w drodze powrotnej z Chorwacji. Tydzień później tego samego roku zanocowaliśmy tam również z Janickimi jadąc do Rumunii. Wiedzieliśmy, że na luksusy tam liczyć nie możemy, ale pościel jest czysta, więc noc da się tam spędzić, bo przecież nie planowaliśmy siedzieć tam za dnia. Ponieważ w 2019 mieliśmy z Jolą i Jarkiem "apartament" na dole, tzn. pokój i dużą kuchnię z łóźkiem, teraz, kiedy Jola zobaczyła nasze pokoje na piętrze (Agnieszka i ja znaliśmy je, bo tam właśnie byliśmy z dziećmi), o mało się nie popłakała. Pokoiki te są bowiem małe, sufity niskie, zaś przez małe okienka nie wpada zbyt wiele światła. Było go jednak wystarczająco, że na parapetach zaległy warstwy kurzu. Pościel była na szczęście czysta, ale ogólne wrażenie jednak nie wypadło na korzyść tej kwatery. Stwierdziliśmy, że jeśli kiedykolwiek wrócimy do Budapesztu, a raczej lubimy to miasto, to kolejnej szansy Jade Panzio nie damy.
Postanowiliśmy poprawić sobie humor obiadem w Bujdoso Szekely Etterem, restauracji w pobliżu stacji metra, gdzie również jadaliśmy w 2019 r. (też nasze, tzn. Agnieszki i moje, "odkrycie"). Chyba te sześć lat wstecz zbyt małe miałem pojęcie o etnografii węgiersko-siedmiogrodzkiej, ponieważ wówczas wziąłem to miejsce za nawiązujące do węgierskiego folkloru, ale niezbyt mnie interesowało z jakiego regionu. Dopiero teraz dokonałem "odkrycia" dotyczącego konkretnego charakteru tego lokalu.
Przeglądając menu, doszliśmy do wniosku, że oferta jest chyba nieco uboższa niż sześć lat temu, jeśli nie ilościowo, to jakościowo. Było mięso z kurczaka na różne sposoby, była wieprzowina, ale np. nie było tak dużego wyboru potraw, które my w Polsce nazywamy gulaszami, zaś na Węgrzech noszą nazwy perkeltów i paprykarzy.
Ponieważ Janiccy byli już po zupie, zamówili teraz tylko drugie danie. Agnieszka chyba na zupę nie miała ochoty, natomiast mnie skusiła pozycja w karcie, której angielska wersja zawierała "tripe", czyli flaki (węg. pacalleves). Oprócz wersji polskiej poznałem już łagodne flaczki po rumuńsku. Teraz miałem nadzieję poznać węgierską (a więc być może ostrzejszą) wersję pokrojonych krowich żołądków. Okazało się jednak, że dostałem po prostu dobrze mi znaną ciorbę de burta, czyli wyżej wspomniane flaczki po rumuńsku zaprawione śmietaną, co nadaje całej zupie łagodny smak, który przełamuje się zagryzanym podanym osobno strąkiem surowej ostrej papryki. Gdyby jednak komuś było zbyt pikantnie, dodatkowo podano miseczkę gęstej śmietany. Na drugie Agnieszka i ja zamówiliśmy dwie wariacje na temat piersi z kurczaka. Jarek pozostał w klimatach rybnych, natomiast Jola od razu zamówiła deser, czyli naleśniki z lodami.
Kiedy w rozmowie z kelnerką przy prośbie o rachunek zagadałem coś na temat ciorby de burta, ta najwyraźniej odczytała to jako intencję przejścia z angielskiego na rumuński, ale niestety mój zasób słownictwa przez te pięć lat (bo w Rumunii byliśmy w 2019 i 2020) skurczył się do dosłownie kilku słów, więc konwersacja w tym języku nie była możliwa. Okazało się jednak, że kobieta pochodzi z Siedmiogrodu. Najeżdżając telefonem nastawionym na translatora google w trybie zdjęciowym na napisy pokrywające ściany lokalu dopiero się zorientowałem, że Bujdos Szekely to karczma nawiązująca do tradycji szeklerskiej! Właśnie podczas naszej pierwszej wyprawy do Rumunii zwiedziliśmy między innymi Torocko (rum. Rimatea), czyli wieś będącą symbolem tej ciekawej węgierskiej grupy etnicznej w Siedmiogrodzie. Pochodzenie Szeklerów stanowi pewną historyczną zagadkę. Zawsze byli wierni koronie węgierskiej, ale ich odrębność zawsze była wyraźna. Niektórzy wywodzą ich nawet od niedobitków ludności huńskiej, ale nie ma co do tego żadnej pewności.
Po obiedzie udaliśmy się prosto na stację metra, żeby podjechać do centrum. Sześć lat temu stacja ta była w remoncie, więc korzystaliśmy z zastępczej komunikacji autobusowej, ale teraz była czynna, a pociągi metra jeździły regularnie i punktualnie. Żeby się dostać tam, gdzie chcieliśmy, musieliśmy się przesiąść, czego pilnował Jarek, który bardzo dobrze się orientuje w labiryncie budapesztańskiej kolei podziemnej. Jazda metrem w tym mieście jest bardzo ciekawa, ponieważ każda linia jest inna, zaś wzruszająca jest linia najstarsza z niewielkimi stacyjkami wyłożonymi kafelkami. Warto przy okazji podkreślić, że budapesztańskie metro jest najstarsze na kontynencie europejskim (1896), zważywszy że Londyn na owym kontynencie nie leży. Do 1970 roku linia żółta, właśnie ta z 1896 r., była linią jedyną. Kolejne powstały w 1970 (czerwona), 1976 (niebieska) i 2014 (zielona)!
Jeśli chodzi o zwiedzanie węgierskiej stolicy, nie czuliśmy tym razem wielkiego ciśnienia, ponieważ główne atrakcje miasta znaliśmy z naszych wizyt w 2017 i 2019 r. Poszliśmy więc raczej na spacer po miejscach, które znamy i lubimy. Zaczęliśmy więc do gmachu Parlamentu, w pobliżu którego wysiedliśmy z metra. Wracając z Chorwacji w 2019 r. zwiedziliśmy wnętrze tego imponującego gmachu, łącznie z dwiema izbami, z których jedna stoi pusta, ponieważ obecny parlament węgierski jest jednoizbowy. Gdyby jednak Węgrom zachciało się na wzór Polski przywrócić senat, to salę obrad mają jak znalazł. Tym razem obeszliśmy tylko budynek dookoła i zeszliśmy na nabrzeże Dunaju.
To, że w Budapeszcie już bywaliśmy, nie znaczy oczywiście, że w pozornie znanych miejscach, nie można zobaczyć czegoś, czego się wcześniej nie widziało. Dla mnie nowością była artystyczna instalacja polegająca na ustawieniu nad brzegiem rzeki 60 par żeliwnych butów. Ta rzeźba z 2005 roku wykonana przez Gyulę Pauera (rzeźbiarza) wg pomysłu Cana Nogaya (reżysera) symbolizuje zagładę węgierskich Żydów zgotowaną im przez strzałokrzyżowców (węgierskich faszystów) w latach 1944-1945). Egzekucje odbywały się właśnie nad Dunajem. Co ciekawe, czasami węgierskiej policji udawało się uratować życie wiedzionych na śmierć ofiar. To pokazuje, że mimo sojuszu z Hitlerem, i siły rodzimych faszystów, funkcjonariusze państwowi nie do końca ulegali antysemickiemu szaleństwu.
Doszliśmy do Mostu Łańcuchowego (zwanego też mostem Szechenyiego), ale nie poszliśmy do Budy, tylko minąwszy go pozostaliśmy na peszteńskim brzegu idąc dobrze sobie znanymi bulwarami dotarliśmy do ciągu restauracji i kawiarni, gdzie przysiedliśmy na dosłownie jednego drinka (można powiedzieć, "żeby tradycji stało się zadość").






































































