Wakacyjnie...
poniedziałek, 24 sierpnia 2026
Nowa południowoeuropejska przygoda (19 lipca -- 6 sierpnia 2026), dzień pierwszy, czyli jedziemy do Linzu
wtorek, 17 marca 2026
Z Budapesztu do Płocka (czwartek, 7 sierpnia 2025)
Ten dzień musiał nadejść. Wakacje nam się jeszcze nie kończyły, ale nasz wyjazd na Bałkany dobiegał końca. Zjedliśmy śniadanie na patio Jade Panzio, wypiliśmy kawę, znieśliśmy torby do samochodu i ruszyliśmy w kierunku.... No właśnie, ruszyliśmy w takim kierunku, w jakim poprowadziła nas nawigacja Tom-Tom głosem niejakiej Kaśki. Nie mieliśmy już żadnych planów zwiedzania czegokolwiek po drodze, więc Jarek nastawił ją po prostu na swój dom w Płocku. Kaśka jednakowoż nie prowadziła nas prosto na północ do najbliższego przejścia granicznego między Słowacją a Polską, ale jakoś tak skosem wiodła nas w stronę Cieszyna.
Tuż po przekroczeniu słowackiej granicy zatrzymała nas atrakcyjna blondynka i od razu wlepiła Jarkowi mandat za przekroczenie prędkości. Kobieta nosiła bowiem mundur policyjny, więc jak można było domniemywać, miała prawo to zrobić. Przekroczenie było niewielkie, ale teren zabudowany, no i z policjantkami lepiej się nie kłócić. Jarek bez szemrania karę przyjął.
Tak jak już wspomniałem, "Kaśka" prowadziła nas prosto do czeskiej granicy, gdzie kazała nam w pewnym momencie skręcić w prawo, ale jakoś ten zjazd przegapiliśmy i pojechaliśmy prosto. Sprawdzając w swoją nawigację w telefonie doszedłem do wniosku, że nie ma sensu zawracać, tylko lepiej już jechać prosto do przejścia granicznego w Cieszynie, albo może tuż za Cieszynem, gdzie leży ono na autostradzie.
Dzięki temu wkrótce znaleźliśmy się w Trzyńcu, gdzie zdecydowaliśmy się zatrzymać na obiad. Nawigacja google pokazywała różne restauracje, ale tam, gdzie miała być jedna z nich, niczego w realu nie było. Na szczęście trafiliśmy na inną restaurację, która okazała się kapitalną gościnną typowo czeską gospodą, gdzie kelnerki mówiły po polsku, a najlepiej ich szef -- mężczyzna ok. szęśćdziesiątki, taki typ tęgiego łysego wujka z sumiastym wąsem, który samym swoim wyglądem wzbudza zaufanie i sympatię. Przez swoje wąsy przypominał mi nieco pana Mirosława, męża pani Dżenetty Bogdanowicz, z którą prowadzi Tatarską Jurtę w Kruszynianach. Początkowo myślałem, że zażywny pan jest właścicielem restauracji Sojka (bo tak się ten lokal nazywa), ale wyprowadził mnie z tego błędu. Po przyjrzeniu się karcie (wersja polska też była, a jakże), Agnieszka wzięła sałatkę z kurczakiem, Jola faszerowaną wieprzowinę z ziemniakami puree, Jarek wybrał to, co Polacy w Czechach wybierają bardzo często, a więc smażeny syr a hranolky, natomiast ja wziąłem pieczeń wieprzową na zasmażanej kiszonej kapuście z knedlikiem. Powiem Wam szczerze, że choć danie to nie wygląda zbyt imponująco, bo zarówno plastry wieprzowiny, jak i kapusta i plastry knedla są po prostu blade, jest to jedzenie rewelacyjne w smaku! Taki solidny czeski, a może po prostu środkowoeuropejski, obiadek!
Jeśli Czechy, to nie obyło się bez dowcipkowania na temat języka naszych sąsiadów, bo oto o ile napis na toalecie damskiej nie budził kontrowersji ("damy"), to na męskiej już nieco tak. "Pani" to liczba mnoga od "pan", czyli po naszemu "panowie". Ale przecież po polsku "pani" to jednak kobieta. Na dodatek symbole umieszczone na drzwiach przybytku dla mężczyzn były objawem czeskiego humoru i dystansu do siebie.
Ruszyliśmy dalej i wkrótce przejeżdżaliśmy ulicą biegnącą wzdłuż torów kolejowych w Czeskim Cieszynie. O dziwo, nawigacja nie nakazała nam skręcić na przejście graniczne w tym uroczym mieście, do którego mam ogromny sentyment, ponieważ w dzieciństwie i młodości odwiedzałem tam (tzn. w polskim Cieszynie) wujka i urocze kuzynki. Kilkakrotnie przekraczaliśmy też granicę tuż za Cieszynem, do którego to przejścia prowadzi droga szybkiego ruchu, ale do niego "Kaśka" też nas nie poprowadziła.
Zaczęliśmy krążyć po jakichś wiejskich wąskich szosach, tak że w końcu okazało się, że właśnie przekroczyliśmy polską granicę w Gołkowicach w woj. śląskim, skąd za kolejne kilkanaście kilometrów dojechaliśmy do autostrady A1.
Ponieważ byliśmy po obiedzie, nie zajechaliśmy do "naszej" restauracji, czyli Karczmy pod Strzechą pod Rzgowem, gdzie kilkakrotnie spożywaliśmy obiad po powrocie z wakacyjnych wojaży. Praktycznie z jedną przerwą dojechaliśmy prosto pod dom Joli i Jarka w Płocku.
Uczciliśmy powrót do kraju zakrapianą kolacją, zaś następnego dnia wsiedliśmy do naszej Kii Ceed, która cierpliwie na nas czekała, i wróciliśmy do Białegostoku.
niedziela, 15 marca 2026
Budapeszt, dzień trzeci (środa, 6 sierpnia 2025)
Po śniadaniu pojechaliśmy metrem a potem autobusem na Wyspę Małgorzaty. Tak naprawdę do XIX wieku były to trzy wyspy na Dunaju, które połączono przy okazji regulacji Dunaju. W 2017 r. podpłynęliśmy na nią statkiem wycieczkowym z bulwarów po drugiej stronie Mostu Łańcuchowego i zrobiliśmy po niej tylko krótki spacer, zjedliśmy po langoszu i wróciliśmy tą samą drogą. Wówczas nawet nie wiedziałem, że można na nią dojechać z jednej strony autobusem, a z drugiej tramwajem.
Teraz właśnie wysiedliśmy z autobusu na moście Arpada (Arpad hid) i zeszliśmy do parku, którego jedną z atrakcji jest ogród japoński, a w nim staw z rybami i żółwiami. Kiedy słyszę "ogród japoński", zawsze żywiej bije mi serce, bo odkąd zobaczyłem tego typu założenie w Jarkowie w Kotlinie Kłodzkiej, zawsze spodziewam się czegoś podobnego, a prywatny ogród w Jarkowie całkowicie mnie zauroczył. Niestety, jak dotąd nie udało mi się natknąć na ogród japoński, który zrobiłby na mnie takie wrażenie. W berlińskich Ogrodach Świata jest on niezwykle ascetyczny i gdybym nie przeczytał, że jestem na terenie ogrodu japońskiego, możliwe, że myślałbym, że znajduję się po prostu w zwyczajnej części parku. Niestety podobne wrażenie odniosłem na Wyspie Małgorzaty. Broń Boże nie twierdzę, że jest on pozbawiony walorów estetycznych, ale... no cóż, ten niewielki ogród w Jarkowie to po prostu cacuszko!
Spod wieży udaliśmy się w miejsce, gdzie poustawiano wąskie postumenty z popiersiami wybitnych Węgrów, ale co tu dużo gadać, tylko nazwisko Ferenca Liszta coś mi mówiło. Zaraz potem znaleźliśmy się obok zrekonstruowanego kościółka zakonu premonstratensów pod wezwaniem św. Michała. Uwielbiam zabytki średniowieczne, zwłaszcza przedgotyckie. Romańskie budowle działają na moje emocje pewnie dlatego, że wzrusza mnie historia, jaką sobie wyobrażam, że stała za ich wznoszeniem. Oto władcy, którzy niedawno byli brutalnymi barbarzyńcami, postanawiają na swojej ziemi wznieść gmach naśladujący wzory pochodzące z cywilizacji, którą owi władcy uznają za godną naśladowania. Kościółek, czy też może raczej kaplica św. Michała została w XX wieku odbudowana, ale mimo, że to nie oryginał (choć wykorzystano w nim wiele elementów pierwotnych), wzbudził we mnie te ciepłe uczucia, o których napisałem. Natomiast ruiny mnie przygnębiają. Ruiny są zawsze śladem upadku, klęski kultury. Stare opactwa, jak np. Holyrood Abbey w Edynburgu, pozbawione dachu fragmenty ścian, przywołują w mojej głowie skojarzenia faktycznie religijne, bo wydają mi się znakiem zwycięstwa sił Zła. Tak naprawdę chodzi jednak po prostu o to, że ludzie wielkim wysiłkiem wznieśli coś pięknego i to coś obróciło się w jakieś kikuty. Dlatego niezbyt budujące wrażenie zrobiły na mnie fragmenty murów, jakie zostały z klasztoru dominikanek i kościoła franciszkanów. Wyspa musiała być kiedyś ważnym ośrodkiem religijnym, ale od dawna nim nie jest.
Wśród tych ruin znajduje się nagrobek świętej Małgorzaty (Szent Margit, 1242-1270), córki króla Beli IV i cesarzówny nicejskiej Marii Laskaris, mistyczki, którą w wieku 3,5 roku uczyniono dominikanką, a która od dziesiątego roku życia mieszkała już w klasztorze dominikanek na wyspie, która teraz nosi jej nazwę. Nigdy nie zajmowała żadnego ważnego stanowiska w hierarchii zakonnej, ale słynęła z ascetyzmu i pobożności, tudzież ze stygmatów, których dostąpiła jako jedna z pierwszych kobiet w historii kościoła.
Wśród ruin stoi też budowla zdecydowanie nowsza w kształcie murowanej altany, o ile się nie mylę w stylu neogotyku angielskiego, być może z czasów romantyzmu, o której nie umiem znaleźć żadnych informacji, gdzie okazało się, że nocuje w niej "lokator", czyli bezdomny. Nasza obecność wcale go nie przepłoszyła. Mimo, że był już niemal środek dnia, nadal oddawał się relaksowi.

.jpg)















































































































































































































