Rano pożegnała nas żona Jurgena, która sprawdziła stan kwatery, zwróciła nam kaucję, i poinformowała, że byliśmy ostatnimi gośćmi w tym miejscu, ponieważ postanowili zrezygnować z działalności turystycznej. Jak nam powiedziała, było to związane z jej chorobą i koniecznością udania się do szpitala. Nietaktem byłoby wypytywać o szczegóły, ale chyba jednak chodziło o coś niemałej wagi, skoro wiązało się z tak poważnymi decyzjami. Pożegnaliśmy się, życząc żonie Jurgena zdrowia, zanieśliśmy bagaże do samochodu i ruszyliśmy w drogę.
Nie znam wszystkich tras prowadzących do Italii z terenów Europy położonych bardziej od niej na północ. Znam tylko te dwie, które sami już kiedyś przemierzyliśmy. Jedna wiedzie przez regiony Friuli-Wenecja Julijska i Wenecję Euganejską, a druga przez przełęcz Brenner. Ha, zapomniałbym, że dwa lata temu z Piemontu wyjeżdżaliśmy na Locarno w Szwajcarii, więc znam już trzy drogi z i do Włoch. Tymczasem jednak trasa przez Szwajcarię nie miałaby sensu, w okolicach Brenner były jakieś remonty, które opóźniłyby nasz przejazd, więc Jarek zdecydował się na przejazd "wenecki", czyli w pobliżu Udine, potem Wenecji, a dalej koło Ferrary i Bolonii prosto do Toskanii.
Niemal przez całą drogę wspominaliśmy nasze wyprawy sprzed kilku lat -- zwiedzanie Wenecji po drodze do Bergamo w 2021, wycieczki do Bolonii i Ferrary w 2022. Wspominaliśmy nasze kwatery w San Donà di Piave, czy w Funo koło Argelato pod Bolonią. Każde mijane miejsce przywoływało jakieś wspomnienie, ale nigdzie się nie zatrzymywaliśmy.
We Włoszech autostrady są płatne, zaś opłaty uiszcza się w dość archaiczny sposób, a mianowicie na bramkach, co prawie zawsze spowalnia ruch i powoduje małe korki. Jednak nie wszystkie drogi o statusie autostrady wyglądają tak, jak w północnej Europie. Jechaliśmy np. trasą, gdzie zamiast pasa zieleni oddzielającego ruch w przeciwnym kierunku, był tylko betonowy murek. Jakość asfaltu też nie wszędzie była najwyższa. Zresztą, wkrótce po wjechaniu do Toskanii i tak musieliśmy zjechać na zwykłą wąską szosę.
Kiedy w końcu dotarliśmy do Pistoi, pierwszą rzeczą, którą musieliśmy pilnie zrobić, to znaleźć jakiś sklep spożywczy w celu uzupełnienia pieczywa i czegoś do tegoż. Zdając się na nawigację google w moim telefonie najpierw dotarliśmy do straganu z warzywami i owocami gdzieś na peryferiach miasta. Na mapie był on zaznaczony jako sklep, ale choć warzywa i owoce były w naszych planach zakupowych, nie były jednak priorytetem. Pojechaliśmy dalej, żeby w końcu trafić na Conada, czyli supermarket popularnej włoskiej sieci dyskontowej. Kupiliśmy pieczywo, wędlinę, sery, pomidory (pewnie gorsze niż na tym straganie, który zignorowaliśmy, ale za to wszystko w jednym miejscu) i wino do kolacji.
O ile Conad znajdował się przy Via Adua, ulicy o charakterze miejskim, to po skręceniu w boczną uliczką, która miała nas zaprowadzić na naszą kwaterę (Via Gora e Barbatole), robiło się coraz bardziej peryferyjnie, aż w końcu krajobraz zmienił się na wiejski. Na teren gospodarstwa, w którym mieliśmy mieszkać, czyli Il Fienile della Farnia ("dębowa stodoła") wjeżdża się przez aleję otoczoną wysokimi żywopłotami, żeby w końcu znaleźć się na wybrukowanym podwórku z dwoma kamienicami stykającymi się ze sobą pod kątem prostym i z niższym budynkiem mieszczącym po prawej stronie służącym jako ciąg warsztatów. Nie raz już mieliśmy okazję się przekonać, że włoska fattoria nie przypomina polskiego gospodarstwa rolnego.
Na nasze spotkanie wyszedł starszy pan (raczej starszy od nas), któremu powiedziałem, że szukamy właściciela agroturystyki, przy czym język mi się nieco zaplątał przy wymawianiu wyrazu "proprietario", ale mężczyzna mnie zrozumiał i zawołał Silvię. Z drzwi w pobliżu styku obu kamienic wyszła niska, szczupła kobieta ok. czterdziestki z kręconymi włosami w kolorze przypominającym coś, co jedna z moich nauczycielek z podstawówki określała jako "płowy". Gdybym nie widział, że to Włoszka, równie dobrze mogłaby uchodzić za mieszkankę Europy Środkowej.
Silvia zaprowadziła nas na górę wąską klatką schodową. Po drodze pokazała nam szafki i drzwi do pomieszczenia, w którym prowadziła półkolonie dla dzieci. Drzwi do naszego apartamentu znajdowały się naprzeciwko jej prywatnego mieszkania, więc gdybyśmy czegoś potrzebowali, to wystarczyłoby do niej zapukać.
Nasza kwatera była bardzo sympatycznym mieszkaniem składającym się z salonu przechodzącym w kuchnię, oraz oddzielnej sypialni. Tym razem Janiccy wzięli sypialnię, a my łóżko w salonie (w Linzu było odwrotnie). Silvia mówiła płynnie po angielsku, ale poprosiłem ją, żeby mówiła do mnie po włosku, jako że chcę ćwiczyć "la bella lingua italiana". Ostrzegła nas, że do ok. 15.00 na terenie będzie grupa dzieci, ponieważ prowadzi tu "camp", ale właśnie nie całodobowy obóz, tylko coś, co w Polsce nazywamy półkoloniami. Rodzice przywożą do niej dzieci z Pistoi i okolic, a ona organizuje im czas. Odpowiedzieliśmy, że to w ogóle nie jest dla nas problem, ponieważ planujemy od rana do wieczora przebywać poza farmą, bo przecież będziemy zwiedzać najważniejsze atrakcje Toskanii.
Następnie Silvia pokazała nam ogromny obszar, który można nazwać ogrodem. Na moje pytanie, czy cały ten teren jest jej własnością, odpowiedziała, że to własność jej rodziny, bo w sąsiedniej kamienicy mieszkali jej krewni. Nie pytałem już o szczegóły koligacji, np. czy młode małżeństwo z dzieckiem, które od czasu do czasu spotykaliśmy to jej brat z żoną, siostra z mężem, czy dalsze kuzynostwo. Tak czy inaczej w różnych częściach ogromnego ogrodu, a także na polu za ogrodem, również należącym do gospodarstwa, kręciły się różne osoby. O ile na końcu ogrodu znajdowało się wspomniane pole, to na jego drugim krańcu, niejako na przedłużeniu linii budynku z warsztatami i rupieciarnią, rozciągała się winnica. Widok tej ostatniej wzbudził w Agnieszce ogromną radość, bo stwierdziła, że teraz wie, że już na pewno dotarliśmy do Toskanii. Na terenie ogrodu znajdowało się kilka miejsc do wypoczynku -- wiata z plastikowym stołem i takimiż krzesłami, jakieś inne stoliki i ławeczki, a także zagroda, gdzie Silvia trzymała konia i dwa osiołki. Była to część jej półkolonijnego projektu, tyle, że dzieci bawiły się ze zwierzętami, ale na nich nie jeździły. Później zresztą zauważyłem na ścianie naszej klatki schodowej całostronnicowy artykuł z lokalnej gazety oprawiony w ramkę ze zdjęciem Silvii i tytułem "Jak osiołek zmienił moje życie".
Ponieważ planowaliśmy wybrać się pociągiem następnego dnia do Lukki i Pizy, potrzebowaliśmy informacji, jak dotrzeć na dworzec kolejowy. Jarek wolał nie ryzykować szukania miejsca parkingowego przy samej stacji, więc szukaliśmy innych rozwiązań komunikacyjnych. Dowiedzieliśmy się o Silvii, a raczej od którejś z nastoletnich dziewczynek, w towarzystwie których nasza gospodyni przechadzała się po ogrodzie, że do dworca jeździ autobus, którego przystanek znajduje się w pobliżu naszej kwatery. Silvia nie umiała nam doradzić w kwestii kupna biletów, bo sama nie korzysta z komunikacji miejskiej, ale na pewno można je nabyć w restauracji jakiś kilometr w kierunku centrum Pistoi.
Przed kolacją postanowiłem zrobić praktykę sudarśan kryi, czyli serii hinduskich ćwiczeń relaksacyjno-oddechowych opracowanej przez Raviego Shankara (guru, nie muzyka o tym samym nazwisku). Potrzebowałem do tego zacisznego miejsca. Chodziłem więc po ogrodzie aż znalazłem odcinek, gdzie nie biwakowali żadni krewni Silvii, czyli przy kamiennym murku, za którym odkryłem rwący potok! Szum wartko płynącej wody sprzyja medytacji więc usiadłem na trawie przyjmując pozycję półlotosu. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie konieczność opędzania się od komarów! Udało mi się przeprowadzić praktykę do końca, ale jakość medytacji niestety nie mogła być najwyższa z powodu tych naprzykrzających się owadów.
Pod "baldachimem", czy też namiotową wiatą, zasiedliśmy do plastikowego stołu, gdzie w przyjemnej atmosferze zjedliśmy kolację popijając białym winem zakupionym w Conadzie. Silvia nie zaproponowała wina z własnej winnicy ani w formie prezentu, ani oferty sprzedażowej, więc piliśmy wino z dyskontu. Na szczęście było całkiem przyzwoite.
Po kolacji postanowiliśmy ruszyć do wspomnianej przez Silvię restauracji, żeby kupić bilety autobusowe na następny dzień. Było już ciemno, a okolica do złudzenia zaczęła mi przypominać polską wieś. Minęliśmy stację dystrybucji metanu za betonowym płotem i weszliśmy na uliczkę zabudowaną piętrowymi domkami. Knajpka nazywa się Caniggia Bar Di Canigiani Alessio i przypomina nasze geesowskie gospody, które w niektórych rejonach Polski niewiele się zmieniły od czasów gierkowskich. Atmosfera też była bardzo lokalna, bo w ogródku siedzieli przy stolikach starsi faceci popijający wino, zaś między nimi, a kontuarem w środku kręcił się pijaniutki facecik w wieku mniej więcej między trzydziestką a czterdziestką. Deklarował miłość wobec barmanki ("sai che ti voglio bene!") i generalnie robił wrażenie człowieka sympatycznego, tylko bardzo pogubionego. Na szczęście wkrótce się wyszedł na zewnątrz i już nikomu się nie naprzykrzał. Tymczasem tęga jejmość z kruczoczarnymi włosami sprzedała nam bilety na jutrzejszy autobus. Mówiła całkiem sprawnie po angielsku, ale po raz kolejny tego dnia poprosiłem o przejście na włoski, jako że "voglio praticare il mio italiano". Jak się okazało, szczupła nastoletnia brunetka również krzątająca się za barem to była jej córka, która po angielsku mówiła płynnie, ale ją też poprosiłem o mówienie po włosku. Dziewczyna doinformowała nas, że tak naprawdę nie musimy za każdym razem chodzić do ich baru kupować bilety, bo wystarczy po prostu w autobusie przyłożyć do czytnika kartę płatniczą i opłata za przejazd będzie pobrana. Papierowe bilety jednak już w barze kupiliśmy, więc pierwszą podróż autobusem mieliśmy odbyć bardziej bumersko.
Tymczasem starsza barmanka nawiązała z nami sympatyczną konwersację, pytając skąd jesteśmy, dokąd podróżujemy itd. Rozwinęliśmy temat i zaczęliśmy opowiadać o naszych wakacjach z poprzednich lat, wspominając oczywiście nasze trzy wizyty w Rumunii. Słysząc nasze peany na cześć kraju Wołochów i Mołdawian, kobieta się rozpromieniła i wyjawiła nam, że sama jest Rumunką i że z mężem i córką mieszka we Włoszech od kilkunastu lat, a od jakiegoś czasu prowadzi ten bar. Nie spytałem, czy jako właściciele, czy ajenci. W trakcie tej rozmowy Jarek wpadł na pomysł, że napije się piwa. Skoro tak, doszedłem do wniosku, że kieliszek czerwonego wina też dobrze mi zrobi. Ponieważ czerwone wino stało na półce, starsza barmanka wyjęła z zamrażarki lodowaty kieliszek, ale, szczerze mówiąc, niewiele to wpłynęło na temperaturę wina, które było po prostu ciepłe. Ale sympatycznie się rozmawiało więc byłem daleki od narzekania. Tymczasem nalawszy Jarkowi piwo a mnie wino, kobieta wzięła mały kieliszek i nalała sobie przezroczystego płynu przypominającego wódkę, stuknęła się z nami, po czym Jarek i ja popisaliśmy się naszą znajomością rumuńskiego wykrzykując "Norok!". I tak sobie sympatycznie gawędziliśmy, aż przyszła pora się pożegnać. I tu spotkała nas kolejna miła niespodzianka, ponieważ na moje pytanie o cenę naszych trunków, nasza rumuńska gospodyni powiedziała, że to było na koszt firmy! Zrobiło nam się ciepło na sercu, podziękowaliśmy po rumuńsku "multumesc" i wyszliśmy na zewnątrz, gdzie czekały nasze żony, które wyszły z baru zaraz po zakupie biletów. O dziwo nie były nawet specjalnie poirytowane naszym przedłużającym się pobytem przy kontuarze. Chyba wszyscy zaczęliśmy odczuwać atmosferę włoskiego wakacyjnego luzu.








.jpg)










































































































