Subotica to niewielkie miasto (nieco ponad 140 tys. mieszkańców ) leżące w Wojwodinie przy granicy węgierskiej. Miastem południowosłowiańskim w sensie przynależności państwowej jest dopiero od roku 1918, czyli od upadku monarchii austro-węgierskiej. Założyli ją Węgrzy w XIV w., potem wpadła w ręce Osmanów, pod których kontrolą pozostawała do 1686 r., kiedy tych ostatnich przepędzili Austriacy. Do końca I wojny światowej znajdowała się pod panowaniem Habsburgów, z tym, że od 1867 jako część Królestwa Węgier. Po węgiersku miasto nosi nazwę Szabadka (czyt. sabadka), czyli coś jak "sobotka" albo nawet "sobótka". Wspominałem już o czterech a czasami pięciu napisach na tablicach z nazwą miejscowości. W przypadku Suboticy w grę wchodzą następujące narodowości zamieszkujące Wojwodinę: Serbowie (cyrylicą i łacinką), Chorwaci, Węgrzy i Buniewcy. Ci ostatni stanowili dla mnie zagadkę aż do wieczora tego dnia, kiedy to wreszcie poczytałem coś na ich temat. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Po wypiciu kawy ruszyliśmy dziarsko do centrum Suboticy, tylko mieliśmy mały problem, ponieważ w zarozumiałości swojej stwierdziliśmy, że poradzimy sobie bez nawigacji i mapy i historyczne śródmieście musi się znajdować tam, gdzie nas prosto zaprowadzi ulica widoczna z naszego balkonu. Co prawda Milan poprzedniego dnia machnął ręką jakoś tak w nieco innym kierunku, ale my śmiało weszliśmy między bloki przy "naszej" ulicy. Po drodze minęliśmy cerkiew wyglądającą na całkiem nową i doszliśmy do rogu z przecznicą. Pod sklepem zagadałem kobietę, która akurat tam stała. Robiła wrażenie, że sama niezbyt jest w topografii Suboticy zorientowana, bo pokazując nam kierunek wzdłuż owej przecznicy, a nie ulicy, którą dotąd szliśmy, nie zdradzała jakiejś większej pewności siebie ("Mislim da tamo"). W końcu jednak zdecydowaliśmy się zerknąć na nawigację w telefonie i faktycznie wyglądało na to, że "kobieta z prowincji", bo tak ją nazwałem w myślach, wskazała nam dobry kierunek.
Ulica była długa, zabudowana parterowymi i jednopiętrowymi murowanymi domami, przez co robiła wrażenie małomiasteczkowej. Gdzieś w jej połowie zatrzymaliśmy się, żeby jeszcze raz przyjrzeć się mapie w telefonie. Tymczasem po przeciwnej stronie po chodniku jechała na rowerze kobieta o rozmiarach naprawdę gargantuicznych, co nie umknęło naszej uwadze. "Że też się kobicie z taką tuszą udaje jeździć na rowerze". Nie pamiętam kto to powiedział, czy ja, czy Jola. Tak czy inaczej, chwilę potem nas zmroziło, bo z przeciwnej strony ulicy owa niewiasta coś do nas krzyczała. Cholerka, pewnie nas usłyszała, zrozumiała, że ją obgadujemy i teraz nas ostro opieprza, a że po serbsku, to nie rozumiemy. Pierwsza oprzytomniała Agnieszka, która też nie zrozumiała słów kobiety, ale bardzo dobrze pojęła jej intencje. Przeszła na drugą stronę i pokazała jej mapę. Oto bowiem pani, której nadwagę zauważyliśmy, okazała się życzliwą i pomocną osobą, która widząc turystów pochylonych nad mapą, postanowiła udzielić im pomocy. Okazało się, że szliśmy w dobrym kierunku. Podziękowaliśmy uroczej pani, a równocześnie czuliśmy (tzn. ja i Jola) palący nas wstyd, że obmawiamy wygląd zewnętrzny nieznanych nam osób, które okazują się wspaniałymi współczującymi istotami.
Wkrótce dotarliśmy do miejsca, gdzie Plac Wolności (Svobody) łączy się z Placem Republiki. Charakterystycznymi punktami tych połączonych placów jest Ratusz, Biblioteka Miejska i Teatr Narodowy. Ten ostatni przyciągnął moją uwagę ze względu na ciekawostkę językową, jaką reprezentuje napis między tympanonem a kolumnami przed wejściem. W tym miejscu teatr zbudowano w 1854 r., ale uległ pożarowi w 1915. Odbudowano go w dwudziestoleciu międzywojennym, ale i tak obecny neoklasycystyczny wygląd zawdzięcza całkowitej przebudowie z 2007 r. Wtedy to, nie bacząc na protesty mieszkańców, teatr zburzono i zbudowano na nowo.
Lingwiści i nielingwiści często wypowiadają się na temat języka serbsko-chorwackiego. Tak naprawdę powinien się nazywać serbsko-chorwacko-bośniacko-czarnogórski, bo wielu nadal uważa, że jest to jeden południowosłowiański język z różnicami w dialektach (macedoński i słoweński do niego się nie zaliczają). Niemniej wiemy przecież, że po okupionym krwawą wojną usamodzielnieniu się poszczególnych republik byłej Jugosławii, zaczęto podkreślać różnice między np. serbskim a chorwackim, dlatego dzisiaj będąc czy to w Serbii czy Chorwacji, nie popisywać się znajomością historii ich języka nazywając go serbsko-chorwackim. I teraz wiedząc, że różnic między tymi językami praktycznie nie ma -- wszystkie cztery narody doskonale rozumieją swoje języki bez tłumacza, to jednak "odkrycie" różnic w słownictwie jest zawsze ciekawe. Generalnie wyraz "teatr" w językach słowiańskich to ciekawe zjawisko -- po czesku to np. "divadlo", Polacy i wschodni Słowianie używają międzynarodowego kognatu, ale okazuje się (tzn. okazało się dla mnie), że "teatr" po serbsku to "позориште" (pozorište), a po chorwacku to "kazalište". Po węgiersku zaś, jak to zwykle po węgiersku, jest zupełnie inaczej, a mianowicie Népszínház (z tą nazwą zetknąłem się przecież już w Tokaju). Mimo, że w mieście mniejszość węgierska stanowi 35% mieszkańców (najwięcej), to na ulicy nie słyszeliśmy mowy Potofiego. Czy jednak ludzie mówili po serbsku, chorwacku czy buniewsku, tego za nic nie potrafię Wam powiedzieć.
Między teatrem a ratuszem sztywno a dumnie stoi na postumencie piętnastowieczny car Jovan Nenad. Ten serbski rycerz początkowo był poddanym węgierskim (a konkretnie króla Ludwika Jagiellończyka), ale po klęsce Madziarów pod Mohaczem (1526), postanowił wykroić sobie państwo na południu upadającej monarchii węgierskiej. Jako jednoroczny władca tego serbskiego państewka (uważa się go za twórcę Wojwodiny) opierał się Turkom.
Wszystkie narody lubią pielęgnować swoje mity i stawiać pomniki swoim bohaterom, więc posąg w Suboticy na pewno mnie nie zdziwił, ale jednak rozbawił mnie widok gołębia, który nie robiąc sobie niczego z władcy, który obwołał się carem i z jego historycznej roli w ustanowieniu prawa Serbii do tej krainy, stał sobie na jego głowie. Natura często kulturę ma za nic.
Podeszliśmy pod ogromny secesyjny ratusz z 1912 r., a więc znowu z czasów austro-węgierskich, po czym obok fontanny z niebieskich kafelków z 2001 r. ruszyliśmy w głąb ulic otoczonych dziewiętnastowiecznymi kamienicami i ocienionych drzewami posadzonymi między jezdnią a chodnikiem. Przeszliśmy m.in. obok specjalnie wystawionego jako eksponat wagonu tramwajowego, gdyż transport tego typu funkcjonował w Suboticy od roku 1897 do 1974, kiedy władze miasta zdecydowały się na jego zamknięcie.
Ruszyliśmy pod secesyjną olbrzymią synagogę z 1902 r., którą postanowiliśmy również zwiedzić w środku.


















Ruszyliśmy pod secesyjną olbrzymią synagogę z 1902 r., którą postanowiliśmy również zwiedzić w środku. Już same rozmiary i styl, w jakim ją zbudowano kazały się domyślić, że nie jest to ortodoksyjna szkoła (szul). Wnętrze tylko mnie utwierdziło w tym przekonaniu. Po pierwsze, wchodząc do głównej modlitewnej części budynku nie zstępuje się tam ani o centymetr w dół, co jest ortodoksyjnym wymogiem wywiedzionym z pierwszych słów Psalmu 130 "Z głębokości wołam do Ciebie, Panie". Po drugie, to to, co się rzuca w oczy, to rzędy ławek do siedzenia po obu stronach głównego przejścia, oraz brak bimy, czyli centralnego podwyższenia przypominającego murowany baldachim. Tak naprawdę wszystko tu przypominało chrześcijański kościół -- jeśli nie katolicki, to na pewno protestancki. Jak już pisałem w innym miejscu, odwiedziliśmy już kilka tego typu synagog. Wychodząc spytałem dziewczynę w przedsionku, która sprzedawała bilety, jakiego typu jest to synagoga, a raczej była, bo obecnie jest to centrum koncertowe. Nie umiała mi odpowiedzieć, ale domyśliłem się, że pewnie był to dom modlitwy wyznawców judaizmu neologicznego, bardzo zbliżonego do konserwatywnego. Tego ostatniego nie wolno mylić z żydowską ortodoksją, ponieważ ta odrzuca wszelkie reformowane odłamy judaizmu, tak naprawdę w ogóle ich za judaizm nie uznając, ergo jego wyznawców nie uznając za Żydów. Na dodatek Żydzi neologiczni nie uważali się za mniejszość narodową, a po prostu za Węgrów wyznania mojżeszowego. Zresztą nie posługiwali się żadnym z żydowskich języków (jidysz, czy ladino), a węgierskim właśnie.
Po opuszczeniu gmachu synagogi przespacerowaliśmy się jeszcze po placu wokół, po czym udaliśmy się z powrotem w kierunku centrum.
Idąc ocienioną przez drzewa ulicą Dimitrija Tudovića z kamienicami przypominającymi łódzkie (np. te z Wólczańskiej czy Gdańskiej), minęliśmy nowoczesną rzeźbę robotnika (kanalarza, hydraulika?) wychodzącego na powierzchnię ze studzienki kanalizacyjnej. Ponieważ miał wyciągniętą dłoń, nie omieszkałem się z nim przywitać.
Dotarliśmy do kościoła zakonu franciszkanów pod wezwaniem Michała Archanioła z 1736 r., który na jakiejś zasadzie przywiódł mi na myśl francuskie kościoły średniowieczne. Subotica wg statystyk generalnie jest obecnie miastem w większości katolickim, do czego chyba przyczynia się głównie mniejszość chorwacka i węgierska. Darowaliśmy sobie jednak spacer do rzymsko-katolickiej katedry św. Teresy, ponieważ leży ona w części miasta, w kierunku której już nie chciało nam się wracać.
Wróciliśmy na Plac Republiki, czyli pod Gradską kucę (Miejski Dom, czyli Ratusz) i stamtąd ruszyliśmy na spacer po Korzo. Nazwa tego szerokiego deptaku nie była nam obca, ponieważ ulica o nazwie Corso znajduje się chyba w każdym włoskim mieście. Teraz jednak spacerowaliśmy Korzo serbskim w mieście, gdzie większość (choć nie bezwzględną) stanowią Węgrzy.
Domy po obu stronach to mieszanka uroczych dziewiętnastowiecznych kamienic i budynków powojennych, a więc dość mało ciekawych. Moją uwagę przykuły natomiast witryny sklepów i zakładów usługowych, gdzie wystawione były tablice ze zdjęciami absolwentów szkół średnich, podstawowych i... przedszkoli! Ponieważ mam rodzinę w Cieszynie, którą w młodości kilkakrotnie odwiedziłem, znałem ten zwyczaj i nawet wiedziałem, że taka plansza ze zdjęciami uczniów nazywa się tableau. Ponieważ nigdy się z tym zwyczajem ich umieszczania na wystawach sklepowych nie zetknąłem w Polsce centralnej czy północnej, natomiast w Krakowie i owszem, doszedłem do wniosku, że to musi być tradycja austro-węgierska. Nie wiem, jak to się ma z obecnymi przepisami dotyczącymi ochrony wizerunku i danych osobowych (RODO), ale uważam, że to piękny i wzruszający obyczaj przypominający jak ważną rolę w naszym życiu odgrywa edukacja.





































Doszedłszy do końca Korzo, skręciliśmy w lewo, gdzie trafiliśmy na secesyjny pałac z 1904 r. zaprojektowanego przez węgierskiego architekta Ferenca Reichlego. Przewodniki czasami podają nazwę tego domu jako "pałac Rajchla", trochę idąc na kompromis z serbskim zapisem tego nazwiska (Rajhle). Obecnie w tym gmachu, który wg mnie w swojej bajkowości ociera się o kicz, znajduje się galeria sztuki współczesnej, natomiast na jego dziedzińcu wychodzącym na równoległą ulicę Macieja Korwina znajduje się cudowna kawiarnia "BOSS" z lokalami po obu jej stronach. Usiedliśmy przy stoliku w ogródku i wkrótce delektowaliśmy się podaną nam kawą. Moi drodzy, to był po prostu Wiedeń i to taki z czasów Franza Josepha (jak już wiecie w odróżnieniu od pana Roberta Makłowicza, nie mam sentymentu do tego "cysorza", ale mam spory do epoki fin de sciecle'u i właśnie przez moment się poczułem, jakbym się do takiej epoki przeniósł. Powiedzmy wprost -- poczułem się jak burżuj z przełomu XIX i XX wieku i było to uczucie nader miłe.

























Pewnie wyda się to Wam dziwne, ale zaczęliśmy od kawy, natomiast dopiero po jej wypiciu stwierdziliśmy, że pora już poszukać lokalu, gdzie spożyjemy obiad, a najlepiej, żeby to była restauracja BATES rekomendowana nam poprzedniego wieczora przez Milana, czyli naszego gospodarza.


Po drodze postanowiliśmy wstąpić do cerkwi Wniebowstąpnia Pańskiego z 1726, która okazała się kolejną świątynią prawosławną przypominającą skromny katolicki kościółek -- barokowy, ale raczej niezbyt bogaty. Nie mieliśmy okazji przyjrzeć się wnętrzu, ponieważ akurat odbywała się liturgia, więc nie chcieliśmy być intruzami.









Okazało się, że restauracja BATES nie leży w dużym oddaleniu od ulicy Macieja Korwina (w Suboticy od węgierskości się nie ucieknie). Parterowy budynek z zewnątrz wyglądał trochę na pierwszą połowę XIX w. Przypominał mi nieco również parterowe restauracje przy ulicy Warszawskiej w Białymstoku. O ile kawiarnia BOSS ze swoimi meblami i bibelocikami przywodziła na myśl Wiedeń, to w BATESie od razu poczułem się jak w typowej serbskiej kafanie. Przez wnętrze zrobione na ludową gospodę wyszliśmy do ogródka na zapleczu. Spytałem najpierw kelnera, czy można tam gdzieś usiąść, na co ten odpowiedział "może, może", ale nie w sensie, że "być może", tylko, że "można". Po jakimś czasie przyszedł inny kelner, który ledwo rozumiał po angielsku, ale jakoś zebrałem się na odwagę, żeby mówić językiem, który miał przypominać serbski i musze powiedzieć, że nawet to jakoś wyszło, ponieważ otrzymaliśmy wszystko, co zamówiliśmy. Nasze panie jak zwykle wzięły szopską, tyle, że w tym uporze była metoda, ponieważ te szopskie nigdy, ale to nigdy nie były takie same. Najczęściej różniły się użytym serem. Ja dla odmiany wziąłem sałatkę "baszteńską", która okazała się zbiorem całych albo połówek warzyw -- a więc pół cebuli, niepokrojone pomidory i ogórki, całe strąki papryki. Nie było do tego żadnego sosu. Ponieważ jednak wszystkie składniki były świeże i smaczne, nie grymasiłem, tylko kolejno pogryzałem paprykę, pomidory i ogórki, a żeby poczuć się jak prawdziwy Serb (w wersji Balkan Dada, czyli Milosa Nedjelkova), gryzłem też całą cebulę.
Clue obiadu był półmisek karadżordżewej sznicli, czyli serbskiej specjalności przypominającej nieco kurczaka po kijowsku, będąc jego większą wersją. Jest to bowiem długa rolada z kurczaka upieczona/usmażona w panierce. O, takim obiadem można się naprawdę najeść. Popiliśmy wszystko pyszną lemoniadą.









Wróciliśmy gdzieś w okolice ratusza, żeby przy może niezbyt atrakcyjnym stoliku wypić trzecią kawę. Tzn. kawę piła Agnieszka i ja, ponieważ Jola z Jarkiem ograniczają się do jednej dziennie, a Jarek ostatnio chyba w ogóle z kawy zrezygnował. Ponieważ kawę na sposób włoski można dostać wszędzie, zdecydowałem się na "turską". I to było właściwie zwieńczenie naszego zwiedzania uroczej Suboticy. Jeżeli kiedykolwiek będziecie jechać na Bałkany przez Węgry, gorąco polecam postój, a może i dłuższy popas w tym pięknym mieście.
My tymczasem postanowiliśmy skorzystać z kolejnej rady Milana, a mianowicie wybrać się na wycieczkę do Palića, który jest tym dla Suboticy, co powiedzmy, Arturówek dla Łodzi, Supraśl dla Białegostoku, czy Soczewka dla Płocka. Jest to miejsce z jeziorem, gdzie mieszkańcy Suboticy, tudzież turyści z dalszych terenów oddają się weekendowej lub wakacyjnej rekreacji.
Palić z pewnością pełnił tę rolę już na przełomie XIX i XX stulecia, o czym świadczą wille i budynki będące zapewne niegdyś luksusowymi restauracjami i hotelami. Oddaliśmy się niespiesznym czynnościom perepatetycznym, tzn. przechadzce wokół jeziora, a także po parku obok. Wokół nas spacerowały rodziny z dziećmi, a także grupy osób w różnym wieku. Niektórzy poruszali się po alejce wieloosobowymi pojazdami napędzanymi siłą mięśni nóg. Oczywiście były też lody, których sobie nie odmówiliśmy.
Jak to mówią, "góra z górą", a my tymczasem spotkaliśmy Milana i jego żonę! Opowiedzieliśmy, co tego dnia już zobaczyliśmy i jeszcze raz umówiliśmy się co do sposobu zostawienia mieszkania dnia następnego. Po pożegnaniu naszego sympatycznego gospodarza poszliśmy jeszcze na spacer wzdłuż brzegu jeziora. Obok alejki umieszczono tablice informujące o faunie, głównie ptasiej, występującej w okolicy. Niestety zoologia nie jest moją mocną stroną, zresztą botanika też nie, więc nic z tych informacji nie zapamiętałem, ale z całą pewnością zauważyłem, że jedna z wersji napisów informujących o życiu danego gatunku była w języku słowiańskim, ale nie chorwackim, ani serbskim, choć tak naprawdę był to język niemal identyczny. Napisy chorwackie i serbskie były oznaczone flagami państw, a ten jakimś dziwnym emblematem. Był to właśnie język buniewski, o którym doczytałem już po powrocie na kwaterę.
Mówiąc o tablicach, to natknęliśmy się również i na rząd takich, które opowiadały historię niejakiego Lajosa Vermesa (1860-1945), lokalnej gwiazdy sportu i chyba również jego wielkiego entuzjasty i propagatora. Każda z tablic oprócz krótkiego opisu przedstawiała zdjęcia bohatera i jego kolegów, a może nawet uczniów. Vermes był sportowcem wszechstronnym, bo uprawiał i kolarstwo i szermierkę, a także boks. Wiem, że nie jestem osamotniony w dość humorystycznym podejściu do zdjęć atletów z tamtej epoki. Wąsaci panowie w śmiesznych pasiastych kombinezonach, często z lekką nadwagą wzbudzają dziś uśmiech, ale i wzruszenie. W końcu dzisiejsi sportowcy i miłośnicy aktywności fizycznej to w prostej linii ich spadkobiercy. My wszyscy z nich, można powiedzieć. A w czasach, kiedy poważny człowiek na stanowisku wolał oddawać się rozkoszom stołu, ci, którzy byli prekursorami wysiłku na świeżym powietrzu zasługują przede wszystkim na podziw. Chwała palićanom, że postanowili upamiętnić Lajosa Vermesa, prekursora sportu i kultury fizycznej.
A propos kultury fizycznej. Tego dnia chyba odbywały się w Suboticy jakieś publiczne biegi, ale raczej nie na dużą skalę, ponieważ pod naszym balkonem od samego rana przebiegała grupa biegaczy. Naszą uwagę zwrócił chudy mężczyzna w nieokreślonym wieku z gołym torsem i koszulą zwisającą mu z szortów, który człapał w pewnej odległości za "peletonem". Był to chyba jakiś bieg długodystansowy, tylko po dość niedużej pętli, ponieważ tę grupę biegaczy widzieliśmy kilkakrotnie przebiegających pod naszymi oknami. Facet z wiszącą koszulą robił wrażenie, jakby miał za moment się przewrócić, albo po prostu zrezygnować z biegu. Tymczasem przy nie wiem którym okrążeniu dzielnie "człapał" w praktycznie tej samej odległości od głównej grupy, co na początku. Może kondycję miał dobrą, tylko technikę jakąś taką nieciekawą.
Wieczorem w sklepie, w którym byliśmy już poprzedniego dnia, zakupiliśmy pamiątkę w postaci butelki rakiji brzoskwiniowej (bo gruszkowej akurat nie było), a już w naszym mieszkaniu zacząłem przeglądać książki, które Milan najwyraźniej zostawił na półce pod telewizorem dla swoich gości. Chyba wszystkie były drukowane alfabetem łacińskim, ale były po serbsku. Jak na to wpadłem? Otóż trafiłem w jednej z nich na frazę "od uva do uva", co, jak sprawdziłem znaczy po serbsku "od ucha do ucha". Chodzi o uśmiech oczywiście. Po chorwacku byłoby to "od uha do uha". W ogóle to próbowałem przeczytać jakąś stronę z książki, ale niestety mimo podobieństw naszych słowiańskich języków, liczba wyrazów nieznanych przeważała te, których znaczenia mogłem się domyślić. Niemniej "odkryłem" kolejną różnicę między serbskim a chorwackim. A tak przy okazji to do tej pory nie wiem np., czy różnica między "hvala ljepa" (zwrot znany nam z Chorwacji), a "hvala puno" (tak nam odpowiadali kelnerzy w Belgradzie) może być przypisana różnicy między językami, czy też oba narody używają tych zwrotów wymiennie.
No i wreszcie poczytałem o Buniewcach, którzy są grupą etniczną, która przybyła do Wojwodiny w wieku XVI z terenów Dalmacji. Ponieważ byli katolikami, zakwalifikowano ich jako Chorwatów, ale z tego, co pojąłem, to kwestia ich tożsamości narodowej, a może raczej etnicznej, jest bardziej złożona. Część z nich uważa się za Chorwatów (jak np. Kurpie uważają się za Polaków), ale część podkreśla swoją odrębność (jak np. Ślązacy wobec Polaków, czy Łemkowie wobec Ukraińców). Nie czuję się upoważniony do rozstrzygania o tym, kim w rzeczywistości Buniewcy są, ponieważ tożsamość to nie tylko język, ale po prostu osobiste przekonanie lub przeświadczenie, a lingwistom nic do tego.
Tak to, moi drodzy, spędziliśmy ostatni dzień w Serbii, którą będziemy wspominać bardzo dobrze. Zachwycił nas i sam kraj i ludzie, których mieliśmy szczęście poznać. Ich poglądy na geopolitykę nas nie interesowały, więc zachowamy w pamięci bardzo pozytywny obraz niezwykle sympatycznych ludzi.
Następnego dnia mieliśmy przekroczyć granicę naszych "bratanków".