niedziela, 4 października 2026

Jedziemy do Toskanii, czyli trasa Linz-Pistoia (wtorek, 21 lipca 2026)




Rano pożegnała nas żona Jurgena, która sprawdziła stan kwatery, zwróciła nam kaucję, i poinformowała, że byliśmy ostatnimi gośćmi w tym miejscu, ponieważ postanowili zrezygnować z działalności turystycznej. Jak nam powiedziała, było to związane z jej chorobą i koniecznością udania się do szpitala. Nietaktem byłoby wypytywać o szczegóły, ale chyba jednak chodziło o coś niemałej wagi, skoro wiązało się z tak poważnymi decyzjami. Pożegnaliśmy się, życząc żonie Jurgena zdrowia, zanieśliśmy bagaże do samochodu i ruszyliśmy w drogę. 

Nie znam wszystkich tras prowadzących do Italii z terenów Europy położonych bardziej od niej na północ. Znam tylko te dwie, które sami już kiedyś przemierzyliśmy. Jedna wiedzie przez regiony Friuli-Wenecja Julijska i Wenecję Euganejską, a druga przez przełęcz Brenner. Ha, zapomniałbym, że dwa lata temu z Piemontu wyjeżdżaliśmy na Locarno w Szwajcarii, więc znam już trzy drogi z i do Włoch. Tymczasem jednak trasa przez Szwajcarię nie miałaby sensu, w okolicach Brenner były jakieś remonty, które opóźniłyby nasz przejazd, więc Jarek zdecydował się na przejazd "wenecki", czyli w pobliżu Udine, potem Wenecji, a dalej koło Ferrary i Bolonii prosto do Toskanii.






Zamek Hohenwerfen, jeszcze po austriackiej stronie (niestety tylko z okna samochodu)



O ile jadąc od strony przełęczy Brenner, kiedy się minie Bolzano i Trento, kiedy się już wyjedzie ze strefy górskiej, trafia się na wielką stację benzynową z siecią restauracji "Auto-grill", tak na trasie, którą obraliśmy, nie trafiliśmy na ani jednego "Auto-grilla". Na szczęście znalazłem w mapach google wielki punkt gastronomiczny. Jedną część budynku stanowił MacDonald's a drugą "jadłodajnia" sieci Chef Express z potrawami typowymi dla Włoch, a więc przede wszystkim pizzą, kawą i rogalikami, tudzież innymi słodkimi wypiekami. Jola z Jarkiem wzięli sobie po dwa kawałki pizzy (w tym jeden z czekoladą) , a Agnieszka i ja woleliśmy włoskie śniadanie, czyli cappuccino i cornetto. 









Niemal przez całą drogę wspominaliśmy nasze wyprawy sprzed kilku lat -- zwiedzanie Wenecji po drodze do Bergamo w 2021, wycieczki do Bolonii i Ferrary w 2022. Wspominaliśmy nasze kwatery w San Donà di Piave, czy w Funo koło Argelato pod Bolonią. Każde mijane miejsce przywoływało jakieś wspomnienie, ale nigdzie się nie zatrzymywaliśmy. 

We Włoszech autostrady są płatne, zaś opłaty uiszcza się w dość archaiczny sposób, a mianowicie na bramkach, co prawie zawsze spowalnia ruch i powoduje małe korki. Jednak nie wszystkie drogi o statusie autostrady wyglądają tak, jak w północnej Europie. Jechaliśmy np. trasą, gdzie zamiast pasa zieleni oddzielającego ruch w przeciwnym kierunku, był tylko betonowy murek. Jakość asfaltu też nie wszędzie była najwyższa. Zresztą, wkrótce po wjechaniu do Toskanii i tak musieliśmy zjechać na zwykłą wąską szosę. 

Kiedy w końcu dotarliśmy do Pistoi, pierwszą rzeczą, którą musieliśmy pilnie zrobić, to znaleźć jakiś sklep spożywczy w celu uzupełnienia pieczywa i czegoś do tegoż. Zdając się na nawigację google w moim telefonie najpierw dotarliśmy do straganu z warzywami i owocami gdzieś na peryferiach miasta. Na mapie był on zaznaczony jako sklep, ale choć warzywa i owoce były w naszych planach zakupowych, nie były jednak priorytetem. Pojechaliśmy dalej, żeby w końcu trafić na Conada, czyli supermarket popularnej włoskiej sieci dyskontowej. Kupiliśmy pieczywo, wędlinę, sery, pomidory (pewnie gorsze niż na tym straganie, który zignorowaliśmy, ale za to wszystko w jednym miejscu) i wino do kolacji. 

O ile Conad znajdował się przy Via Adua, ulicy o charakterze miejskim, to po skręceniu w boczną uliczką, która miała nas zaprowadzić na naszą kwaterę (Via Gora e Barbatole), robiło się coraz bardziej peryferyjnie, aż w końcu krajobraz zmienił się na wiejski. Na teren gospodarstwa, w którym mieliśmy mieszkać, czyli Il Fienile della Farnia ("dębowa stodoła") wjeżdża się przez aleję otoczoną wysokimi żywopłotami, żeby w końcu znaleźć się na wybrukowanym podwórku z dwoma kamienicami stykającymi się ze sobą pod kątem prostym i z niższym budynkiem mieszczącym po prawej stronie służącym jako ciąg warsztatów. Nie raz już mieliśmy okazję się przekonać, że włoska fattoria nie przypomina polskiego gospodarstwa rolnego. 

Na nasze spotkanie wyszedł starszy pan (raczej starszy od nas), któremu powiedziałem, że szukamy właściciela agroturystyki, przy czym język mi się nieco zaplątał przy wymawianiu wyrazu "proprietario", ale mężczyzna mnie zrozumiał i zawołał Silvię. Z drzwi w pobliżu styku obu kamienic wyszła niska, szczupła kobieta ok. czterdziestki z kręconymi włosami w kolorze przypominającym coś, co jedna z moich nauczycielek z podstawówki określała jako "płowy". Gdybym nie widział, że to Włoszka, równie dobrze mogłaby uchodzić za mieszkankę Europy Środkowej. 

Silvia zaprowadziła nas na górę wąską klatką schodową. Po drodze pokazała nam szafki i drzwi do pomieszczenia, w którym prowadziła półkolonie dla dzieci. Drzwi do naszego apartamentu znajdowały się naprzeciwko jej prywatnego mieszkania, więc gdybyśmy czegoś potrzebowali, to wystarczyłoby do niej zapukać. 

Nasza kwatera była bardzo sympatycznym mieszkaniem składającym się z salonu przechodzącym w kuchnię, oraz oddzielnej sypialni. Tym razem Janiccy wzięli sypialnię, a my łóżko w salonie (w Linzu było odwrotnie). Silvia mówiła płynnie po angielsku, ale poprosiłem ją, żeby mówiła do mnie po włosku, jako że chcę ćwiczyć "la bella lingua italiana". Ostrzegła nas, że do ok. 15.00 na terenie będzie grupa dzieci, ponieważ prowadzi tu "camp", ale właśnie nie całodobowy obóz, tylko coś, co w Polsce nazywamy półkoloniami. Rodzice przywożą do niej dzieci z Pistoi i okolic, a ona organizuje im czas. Odpowiedzieliśmy, że to w ogóle nie jest dla nas problem, ponieważ planujemy od rana do wieczora przebywać poza farmą, bo przecież będziemy zwiedzać najważniejsze atrakcje Toskanii. 

Następnie Silvia pokazała nam ogromny obszar, który można nazwać ogrodem. Na moje pytanie, czy cały ten teren jest jej własnością, odpowiedziała, że to własność jej rodziny, bo w sąsiedniej kamienicy mieszkali jej krewni. Nie pytałem już o szczegóły koligacji, np. czy młode małżeństwo z dzieckiem, które od czasu do czasu spotykaliśmy to jej brat z żoną, siostra z mężem, czy dalsze kuzynostwo. Tak czy inaczej w różnych częściach ogromnego ogrodu, a także na polu za ogrodem, również należącym do gospodarstwa, kręciły się różne osoby. O ile na końcu ogrodu znajdowało się wspomniane pole, to na jego drugim krańcu, niejako na przedłużeniu linii budynku z warsztatami i rupieciarnią, rozciągała się winnica. Widok tej ostatniej wzbudził w Agnieszce ogromną radość, bo stwierdziła, że teraz wie, że już na pewno dotarliśmy do Toskanii. Na terenie ogrodu znajdowało się kilka miejsc do wypoczynku -- wiata z plastikowym stołem i takimiż krzesłami, jakieś inne stoliki i ławeczki, a także zagroda, gdzie Silvia trzymała konia i dwa osiołki. Była to część jej półkolonijnego projektu, tyle, że dzieci bawiły się ze zwierzętami, ale na nich nie jeździły. Później zresztą zauważyłem na ścianie naszej klatki schodowej całostronnicowy artykuł z lokalnej gazety oprawiony w ramkę ze zdjęciem Silvii i tytułem "Jak osiołek zmienił moje życie". 















Ponieważ planowaliśmy wybrać się pociągiem następnego dnia do Lukki i Pizy, potrzebowaliśmy informacji, jak dotrzeć na dworzec kolejowy. Jarek wolał nie ryzykować szukania miejsca parkingowego przy samej stacji, więc szukaliśmy innych rozwiązań komunikacyjnych. Dowiedzieliśmy się o Silvii, a raczej od którejś z nastoletnich dziewczynek, w towarzystwie których nasza gospodyni przechadzała się po ogrodzie, że do dworca jeździ autobus, którego przystanek znajduje się w pobliżu naszej kwatery. Silvia nie umiała nam doradzić w kwestii kupna biletów, bo sama nie korzysta z komunikacji miejskiej, ale na pewno można je nabyć w restauracji jakiś kilometr w kierunku centrum Pistoi. 

Przed kolacją postanowiłem zrobić praktykę sudarśan kryi, czyli serii hinduskich ćwiczeń relaksacyjno-oddechowych opracowanej przez Raviego Shankara (guru, nie muzyka o tym samym nazwisku). Potrzebowałem do tego zacisznego miejsca. Chodziłem więc po ogrodzie aż znalazłem odcinek, gdzie nie biwakowali żadni krewni Silvii, czyli przy kamiennym murku, za którym odkryłem rwący potok! Szum wartko płynącej wody sprzyja medytacji więc usiadłem na trawie przyjmując pozycję półlotosu. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie konieczność opędzania się od komarów! Udało mi się przeprowadzić praktykę do końca, ale jakość medytacji niestety nie mogła być najwyższa z powodu tych naprzykrzających się owadów. 

Pod "baldachimem", czy też namiotową wiatą, zasiedliśmy do plastikowego stołu, gdzie w przyjemnej atmosferze zjedliśmy kolację popijając białym winem zakupionym w Conadzie. Silvia nie zaproponowała wina z własnej winnicy ani w formie prezentu, ani oferty sprzedażowej, więc piliśmy wino z dyskontu. Na szczęście było całkiem przyzwoite. 

Po kolacji postanowiliśmy ruszyć do wspomnianej przez Silvię restauracji, żeby kupić bilety autobusowe na następny dzień. Było już ciemno, a okolica do złudzenia zaczęła mi przypominać polską wieś. Minęliśmy stację dystrybucji metanu za betonowym płotem i weszliśmy na uliczkę zabudowaną piętrowymi domkami. Knajpka nazywa się Caniggia Bar Di Canigiani Alessio i przypomina nasze geesowskie gospody, które w niektórych rejonach Polski niewiele się zmieniły od czasów gierkowskich. Atmosfera też była bardzo lokalna, bo w ogródku siedzieli przy stolikach starsi faceci popijający wino, zaś między nimi, a kontuarem w środku kręcił się pijaniutki facecik w wieku mniej więcej między trzydziestką a czterdziestką. Deklarował miłość wobec barmanki ("sai che ti voglio bene!") i generalnie robił wrażenie człowieka sympatycznego, tylko bardzo pogubionego. Na szczęście wkrótce się wyszedł na zewnątrz i już nikomu się nie naprzykrzał. Tymczasem tęga jejmość z kruczoczarnymi włosami sprzedała nam bilety na jutrzejszy autobus. Mówiła całkiem sprawnie po angielsku, ale po raz kolejny tego dnia poprosiłem o przejście na włoski, jako że "voglio praticare il mio italiano". Jak się okazało, szczupła nastoletnia brunetka również krzątająca się za barem to była jej córka, która po angielsku mówiła płynnie, ale ją też poprosiłem o mówienie po włosku. Dziewczyna doinformowała nas, że tak naprawdę nie musimy za każdym razem chodzić do ich baru kupować bilety, bo wystarczy po prostu w autobusie przyłożyć do czytnika kartę płatniczą i opłata za przejazd będzie pobrana. Papierowe bilety jednak już w barze kupiliśmy, więc pierwszą podróż autobusem mieliśmy odbyć bardziej bumersko. 



Tymczasem starsza barmanka nawiązała z nami sympatyczną konwersację, pytając skąd jesteśmy, dokąd podróżujemy itd. Rozwinęliśmy temat i zaczęliśmy opowiadać o naszych wakacjach z poprzednich lat, wspominając oczywiście nasze trzy wizyty w Rumunii. Słysząc nasze peany na cześć kraju Wołochów i Mołdawian, kobieta się rozpromieniła i wyjawiła nam, że sama jest Rumunką i że z mężem i córką mieszka we Włoszech od kilkunastu lat, a od jakiegoś czasu prowadzi ten bar. Nie spytałem, czy jako właściciele, czy ajenci. W trakcie tej rozmowy Jarek wpadł na pomysł, że napije się piwa. Skoro tak, doszedłem do wniosku, że kieliszek czerwonego wina też dobrze mi zrobi. Ponieważ czerwone wino stało na półce, starsza barmanka wyjęła z zamrażarki lodowaty kieliszek, ale, szczerze mówiąc, niewiele to wpłynęło na temperaturę wina, które było po prostu ciepłe. Ale sympatycznie się rozmawiało więc byłem daleki od narzekania. Tymczasem nalawszy Jarkowi piwo a mnie wino, kobieta wzięła mały kieliszek i nalała sobie przezroczystego płynu przypominającego wódkę, stuknęła się z nami, po czym Jarek i ja popisaliśmy się naszą znajomością rumuńskiego wykrzykując "Norok!". I tak sobie sympatycznie gawędziliśmy, aż przyszła pora się pożegnać. I tu spotkała nas kolejna miła niespodzianka, ponieważ na moje pytanie o cenę naszych trunków, nasza rumuńska gospodyni powiedziała, że to było na koszt firmy! Zrobiło nam się ciepło na sercu, podziękowaliśmy po rumuńsku "multumesc" i wyszliśmy na zewnątrz, gdzie czekały nasze żony, które wyszły z baru zaraz po zakupie biletów. O dziwo nie były nawet specjalnie poirytowane naszym przedłużającym się pobytem przy kontuarze. Chyba wszyscy zaczęliśmy odczuwać atmosferę włoskiego wakacyjnego luzu. 



poniedziałek, 21 września 2026

Linz (poniedziałek, 20 lipca 2026), część druga

Od dworca, który okazał się solidną, ale jednak dość sztampową nowoczesną konstrukcją ze szkła i stali, cofnęliśmy się nieco w kierunku centrum, żeby dojść do naszego kolejnego celu, jakim była Nowa Katedra pw. Niepokalanego Poczęcia Maryi. Jak już wspomniałem, w 1909 r. kościół św. Ignacego przestał pełnić rolę głównej świątyni diecezji i wrócił w ręce jezuitów, ponieważ gmach nowej katedry był już gotowy. Na oficjalną konsekrację musiała jednak poczekać do roku 1924. Jej budowę rozpoczęto w 1862, a więc trwała ona dwa pokolenia. Inicjator całego przedsięwzięcia, biskup Franciszek Józef Rudigier nie dożył końca budowy, bo zmarł w 1884. Architekt Vincent Statz, znany wówczas ze swoich prac w archidiecezji kolońskiej, zaprojektował ogromny gmach w stylu neogotyku francuskiego. Nowa katedra w Linzu jest największym budynkiem sakralnym w Austrii, ale jej najwyższa wieża pozostaje o 2 metry niższa od katedry św. Szczepana w Wiedniu, jako że stwierdzono, iż się nie godzi, by prowincjonalny Linz miał świątynię wyższą od stołecznej archikatedry. 

Olbrzymia przestrzeń wewnątrz świątyni onieśmiela i przytłacza. Przynajmniej takie było moje odczucie. Ponieważ nie odbywały się w niej żadne uroczystości, a jedynymi ludźmi snującymi się po niej byli tacy sami turyści, jak my, miałem wrażenie, że tej pustej przestrzeni jest jakoś zbyt dużo. Z drugiej strony zdziwiła mnie ambona umieszczona tuż za kolumnadą oddzielającą główną nawę od bocznej. Gdyby ktoś faktycznie głosił z niej homilię, mówiłby raczej do jednej z kolumn, bo do oddzielonych nią wiernych już by nie trafił. Z drugiej strony wiemy, że po II Soborze Watykańskim tradycyjne ambony, czyli "gondole" umieszczone na pewnej wysokości na filarze, straciły swoją funkcję, i kazania księża głoszą z pulpitów stojących zwykle obok ołtarza. 

W katedrze na uwagę zasługują witraże. Również rzeźbiony ołtarz robi duże wrażenie. Zwiedziliśmy również podziemia, gdzie jednak nie znaleźliśmy niczego godnego uwagi. Chcieliśmy również wjechać windą na wieżę. Kiedy jednak spytaliśmy uśmiechniętej kobiety energicznie idącej w kierunku biura informacji na terenie katedry, w celu jego otwarcia, ta poinformowała nas, że na wieżę mogą wjechać tylko zorganizowane wycieczki z przewodnikiem. Grzecznie podziękowaliśmy za to wyjaśnienie i opuściliśmy gmach świątyni. 

 









































Uliczkami pobocznymi a uroczymi (po drodze przeszliśmy przez Hoffgasse, z fontanną świateł, która jednak za dnia nie była czynna, i obok domu, którym w 1762 r. pomieszkiwał Mozart), udaliśmy się w stronę linceńskiego zamku, który nie jest jakąś piękną budowlą. Jest budynkiem rozległym, ale bardzo prostym. Zauważywszy kawiarnię przy jego murach, postanowiliśmy spędzić tam kilka chwil przy kawie. Z ogródka mieliśmy widok na Dunaj, obsługa była bardzo miła, a kawa smaczna. Po tej chwili odpoczynku wróciliśmy do bramy wiodącej na podwórko, skąd weszliśmy na piętro z wielką przeszkloną nowoczesną nadbudową, w której m.in. mieściła się inna kawiarnia. Obfotografowawszy widoki z każdej możliwej strony, zeszliśmy z drugiej strony zamku na poziom ulic i udaliśmy się z powrotem w kierunku Placu Głównego. Przeszliśmy go w poprzek, żeby wejść w wąską uliczkę, gdzie spodziewaliśmy się znaleźć miejsce, do odwiedzenia którego zachęcał w jednym ze swoich programów Robert Makłowicz. 

Niewielki lokal o nazwie Leberkas Pepi słynie przede wszystkim z tego, że serwuje rzeczony "wątróbkowy ser", który nie ma nic wspólnego z serem, i chyba bardzo niewiele z wątróbką (na szczęście). Na mnie zrobiło to wrażenie skrzyżowania pieczeni rzymskiej i mortadelli. Kiedyś miałem okazję spróbować czegoś takiego w Chociebużu (Cottbus). Serwuje się ten plasterek mielonego mięsa w bułce podobnej do kajzerki (Semmel w południowoniemieckiej i austriackiej wersji językowej -- stąd śląska "żymła"). Zamówiłem wersję kanoniczną, a więc bez żadnych dodatków. Jeśli jesteście ciekawi wrażeń, to na pewno zaspokoiłem pierwszy głód przed obiadem, zaś jeśli chodzi o walory smakowe, to powiem, że to było dobre jedzenie, ale nie oszukujmy się, żadne fajerwerki smaku. Bułka z ciepłą pieczenią rzymską albo ciepłą mortadellą. Raczej szału nie ma, ale możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że sprawdziliśmy sami i linceńską specjalność zaliczyliśmy. 














































Wróciwszy na Hauptplatz, udaliśmy się na przystanek tramwajowy, ale nie ten, przez który przejeżdżał np. ten, którym przyjechaliśmy rano, albo ten, którym dojechaliśmy na dworzec, ale przystanek umieszczony niejako równolegle, gdzie na dodatek tory się kończą. Stąd właśnie wyrusza  Strassenbahn, a właściwie w tym przypadku Pöstlingbergbahn, linii 50 w kierunku wzgórza Pöstlingberg, Ponieważ nie ma żadnej pętli na obu końcach trasy, ruch odbywa się sposobem wahadłowym, zaś zderzeniu pojazdów nadjeżdżających z przeciwnych kierunków zapobiega system mijanek. 





Do odjazdu mieliśmy jeszcze trochę czasu, ale tramwaj już czekał, więc wsiedliśmy do niego. Nie wiem, jak to się dzieje, ale Jarka chyba w różnych miejscach biorą za miejscowego. Kiedyś w Budapeszcie Węgier zapytał go, oczywiście po węgiersku, na którym przystanku metra ma wysiąść, zaś Jarek, który zrozumiał tylko nazwy owych przystanków, bez wahania wskazał mu właściwy. Teraz też mężczyzna ok. pięćdziesiątki podróżujący z rodziną, zagadał Jarka po niemiecku. Ponieważ język ten nie jest Jarkowi obcy, rozpoczęła się sympatyczna konwersacja. Wkrótce okazało się, że facet jest Czechem, ale rozmowa się nadal toczyła po niemiecku. Ponieważ wiem, że Jarek bardzo dobrze radzi sobie z językiem czeskim, spytałem "Proč nemluvíš česky?" No, jest coś takiego, że jak się człowiek na czymś zafiksuje, to zapomina, że można się przestawić na tryb dla obu stron dogodniejszy. Faktycznie, dalsza wymiana zdań potoczyła się po czesku, a Jarek mógł czeskiemu turyście zaimponować swoją znajomością kraju naszych południowych sąsiadów. Swego czasu razem z Janickimi zrobiliśmy kilka bardzo fajnych wycieczek do Czech, natomiast sam Jarek zwiedził chyba każdy czeski pałac, zamek i zameczek. 

Tymczasem tramwaj ruszył i wkrótce zorientowaliśmy się, że Pöstlingberg to jest to wzgórze z widocznym na szczycie białym kościołem, a więc to, na temat którego robiliśmy sobie żarty kosztem Joli, zapowiadając, że się tam będziemy wspinać. Na szczęście jest tramwaj nr 50, który jest najwyżej i najstromiej wjeżdżającym tramwajem na świecie pozostając zwykłym tramwajem właśnie, a nie podpierając się techniką zębatkową (czyli nie jest funikularem). Jak się wkrótce dowiedzieliśmy z tablicy umieszczonej kilka kroków od przystanku końcowego, pierwowzór kolejki górskiej mającej wjeżdżać na Pöstlingberg opracował niejaki Josef Urbanski urodzony w 1846 r. w Wadowicach. 

Kiedy już tramwaj dotarł do góry i zaczął się wspinać na jej szczyt, mieliśmy okazję zobaczyć, że zbocza stanowią nie tylko lasy i łąki, ale również zabudowania, w tym luksusowe wille. Niestety widoki na panoramę miasta z okien tramwaju pojawiały się tylko sporadycznie, ponieważ na długich odcinkach po obu stronach torów znajdowały się gęste zarośla. 

Wysiadłszy na końcowym przystanku, podeszliśmy jeszcze kilka kroków pod górę, mijając schody wiodące do restauracji, i przechodząc przez kamienną bramę, żeby dotrzeć do barokowego kościoła z dwoma identycznymi wieżami pod wezwaniem Siedmiu Boleści Maryi. Nie sprawdzałem wcześniej żadnych informacji o tej bazylice, ale kiedy odczytałem na tablicy niemiecką wersję nazwy (wezwania) "Wallfahrtsbasilika Sieben Schmerzen Mariae". To, że pierwsze słowo znaczy "bazylika pielgrzymkowa", sprawdziłem później. Trochę mnie zdziwiło, że w niemieckim napisie zastosowano deklinację łacińską imienia Maria, natomiast rozbawiło mnie "Sieben Schmerzen", ponieważ to zrozumiałem od razu. Mój przypływ dobrego humoru spowodowany był wspomnieniami z dzieciństwa, kiedy to przedstawiciele starszego pokolenia, kiedy chcieli wyrazić pogardę wobec jakości czyichś miernych wyników w jakichś wysiłkach (głównie typu zawodowego), mawiali "o, artysta od siedmiu boleści". Oczywiście "artysta" mógł być zastąpiony dowolnym zawodem ("lekarz/muzyk/nauczyciel " itd.). Jako dziecko czasami się zastanawiałem, skąd te "siedem boleści", ale potem przyjąłem, że tak się po prostu mówi i kwestie pochodzenia tego idiomu przestały mnie interesować. Tymczasem to Maryja, matka Jezusa, przeżywała siedem boleści (wiadomo, że siedem, podobnie jak trzy, ma swoje "magiczne" znaczenie w symbolice chyba nie tylko chrześcijańskiej). 

O ile kościół  (kolejny tego dnia) nie zrobił na mnie oszałamiającego wrażenia (no barok po prostu), to historia tego miejsca jest dość ciekawa. Początki ruchu pielgrzymkowego do tego miejsca wiążą się z figurą Matki Boskiej Bolesnej wyrzeźbioną przez niejakiego Ignaza Jobsta z Linzu. Na górę Pöstling przyniósł ją kapucyn Franz Anton Obermayr, który w 1716 r. umieścił ową pietę przy przydrożnym krzyżu, a później zamieszkał w pobliżu jako pustelnik.  Od 1720 notuje się początek pielgrzymek do tego miejsca. Hrabiowie von Starhemberg ufundowali następnie kościół, którego budowa zaczęła się w 1742, zaś po kilku etapach, został konsekrowany jako kościół parafialny w 1786 r. Wieże, które widać z daleka z poziomu miasta, zostały dobudowane dopiero w latach 90. XIX w. 

















Po obejrzeniu wnętrza bazyliki, zeszliśmy do restauracji, do której wejście zobaczyliśmy po drodze z przystanku, ale od drugiej strony. Zajęliśmy miejsce przy stoliku, a po chwili zamówiliśmy obiad: bardzo dobrą zupę-krem z ziemniaków i pieczarek i pyszny gulasz wołowy podany z knedlem bułczanym. Jedzenie, można śmiało powiedzieć, po prostu środkowoeuropejskie, znane prawie wszędzie na ziemiach byłego imperium austro-węgierskiego. Restauracja nazywa się Kirchenwirt am Pöstlinberg (tak było wydrukowane na rachunku), natomiast szyld przy wejściu miał nazwę Eggenberg. Dziwna sprawa, bo chciałem znaleźć więcej informacji o tym lokalu w internecie, ale kiedy wpisałem "Eggenberg", ukazała się informacja, że taka restauracja owszem istnieje, ale w... Grazu. Nie wiem jaki był cel umieszczenia tego szyldu, skoro akurat ta sympatyczna knajpa nazywa się Kirchenwirt. 






Syci i usatysfakcjonowani zeszliśmy kilka kroków na przystanek końcowy tramwaju linii 50. Nie czekaliśmy długo i wkrótce wróciliśmy na Hauptplatz, gdzie przesiedliśmy się już do "normalnego" tramwaju, który nas zawiózł do dzielnicy St. Magdalena. Po drodze z przystanku zaszliśmy do miejscowego marketu w celu dokupienia czegoś do jedzenia i picia. 

Wieczór zakończyliśmy kolacją i rozmowami doprecyzowującymi nasze plany na kolejny dzień. Nie wymagało to jednak zbyt wielu przemyśleń, ponieważ głównie miał on polegać na przejeździe do Pistoi w Toskanii.