W 2017 r. przechodziliśmy obok Term Szechenyi'ego, czyli zespołu basenów termalnych w zabytkowych budynkach, ale do środka nie weszliśmy. W 2019 roku natomiast byliśmy tam dwukrotnie -- najpierw z dziećmi, a tydzień później z Jolą i Jarkiem. Nie jest to jednak w Budapeszcie jedyny obiekt tego typu. Wspiąwszy się na Wzgórze Gellerta i patrząc na hotel o tej samej nazwie (na cześć św. Gellerta, który ochrzcił Madziarów) obiecaliśmy sobie, że jeżeli trafi nam się jeszcze kiedyś wizyta w stolicy Węgier, koniecznie odwiedzimy termy znajdujące się właśnie w Hotelu Gellert. Obiekt ów był dla nas tym bardziej intrygujący, że w jednym z basenów nakręcono kilka scen bardzo swego czasu popularnego w Polsce filmu "CK Dezerterzy". Stefan Friedman, grający budapesztańskiego cwaniaka, przyprowadził tam tytułowych bohaterów. Pobyt w Budapeszcie wreszcie nam się ponownie przytrafił, więc termy Gellerta trzeba było obowiązkowo odwiedzić.
Wakacyjnie...
niedziela, 8 marca 2026
Budapeszt, dzień drugi (wtorek, 5 sierpnia 2025)
Secesyjny gmach Hotelu Gellert zaczęto wznosić w roku 1911, ale do użytku oddano go dopiero w 26 września 1918, a więc już na zakończenie I wojny światowej. Można powiedzieć, że był świadkiem upadku środkowoeuropejskiej Cesarsko-Królewskiej Monarchii. Pierwotnie nosił nazwę Hotelu Świętego Gellerta. Dopiero komuniści w 1945 wykreślili "Szent" z nazwy. Przez lata hotel zmieniał właścicieli, ale zawsze było to miejsce luksusowe. 1 grudnia 2021 roku hotel zamknięto z powodu remontu, zaś jego otwarcie przewiduje się na rok przyszły (2027). W Gellercie więc spędzić nocy by się nie dało, ale za to dało się skorzystać z basenów termalnych.
O ile układ term Szhechenyi jest raczej transparentny i trudno się tam pogubić, w Gellercie, żeby dotrzeć do dwóch bocznych sal, trzeba trochę się wysilić w ich poszukiwaniu. Dlatego później mogłem się śmiać z ludzi, którzy na forach internetowych pisali, że za pieniądze, które zapłacili pomoczyli się w tylko w trzech basenach. Po prostu nie znaleźli pozostałych!
Duży odkryty basen do pływania był o wiele mniejszy od tego w Szechenyim (tam jest to duży basen olimpijski). Ten wewnątrz, który uwieczniono w "CK Dezerterach" jest jeszcze mniejszy. Pozostałe służą do moczenia się w różnych temperaturach. A jak ktoś się chciał ochłodzić, to mógł wskakiwać do wody o temperaturze 18 stopni Celsjusza.
Chodziliśmy więc tak od basenu do basenu, trochę poleżeliśmy na leżakach, i tak minęło jakieś trzy godziny, co uważam, było absolutnie wystarczająco długim okresem do spędzania na luksusowym lenistwie. Oczywiście wartością dodaną tego relaksu była możliwość podziwiania detali architektury i ozdób. Secesja to przecież ostatni styl w sztuce, gdzie dekoracyjność się jeszcze naprawdę liczyła. Potem postawiono na funkcjonalność i niestety mało który budynek z czasów po I wojnie światowej naprawdę cieszy oczy.
Generalnie można powiedzieć, że mieliśmy szczęście, bo już po powrocie do domu doczytałem, że wkrótce z powodu remontu zamykają również baseny! W porę się jeszcze na nie załapaliśmy!
Wróciliśmy na naszą kwaterę, ponieważ nie chcieliśmy chodzić po mieście z torbami z mokrymi kostiumami, i zanim ruszyliśmy na kolejny spacer po mieście, poszliśmy do Bujdoso, czyli "naszej" szeklerskiej knajpy na obiad. Jak już wspomniałem, wybór tego roku na kolana nas nie powalił. Nawet kiełbaski, które miały jakiś egzotyczny przymiotnik w nazwie okazały się przyzwoitymi, ale zupełnie pospolitymi frankfurterkami. Jarek natomiast, pamiętając, że moje flaczki z poprzedniego dnia okazały się ciorbą de burta, oczywiście je sobie zamówił, ponieważ jest to jego ulubiona zupa rumuńska. Nie było rumuńskojęzycznej kelnerki z Siedmiogrodu, która nas obsługiwała poprzedniego dnia, ale na dźwięk "ciorba de burta", bo tak Jarek właśnie zamówił te flaki, które w karcie miały nazwę absolutnie węgierską, podszedł do nas siwy wysoki mężczyzna, który do tej pory siedział z jakimś kolegą przy ścianie. Sądząc po rewerencji, jaką mu okazywały kelnerki, był to jeśli nie właściciel, to pewnie kierownik knajpy. No i właśnie podszedł do nas i zagadał po rumuńsku. Niestety mój zasób słownictwa w tym języku, który zresztą nigdy nie był zbyt bogaty, przez ostatnich sześć lat uległ znacznemu uszczupleniu. Po angielsku odpowiedziałem więc, że niestety, ale po rumuńsku to my się nie dogadamy. Ponieważ angielszczyzna siwego mężczyzny nie była jego najmocniejszą stroną, wycofał się do swojego stolika pod ścianą.
Najlepszym punktem obiadu okazały się słodkie knedelki, jakie zamówiła Jola. Spróbowaliśmy po jednym i obiecaliśmy sobie, że weźmiemy je nastepnego dnia na deser.
Lemoniady były świetne -- smakowały jak bezalkoholowe mojito.
Po obiedzie wsiedliśmy do wagonów metra, żeby po przesiadce dostać się na budzińską stronę. Postanowiliśmy bowiem urządzić sobie spacer do Baszty Rybackiej, czyli miejsca, które znaliśmy sprzed ośmiu lat. Jak już wspomniałem wcześniej, nie nastawialiśmy się w Budapeszcie na intensywne zwiedzanie, ale raczej na relaksacyjne spacery. Dlatego nie spiesząc się wędrowaliśmy uliczkami wśród uroczych kamieniczek, szukając miejsca, gdzie można byłoby wypić kawę, ale dzielnica jest najwyraźniej turystyczna, ponieważ wszędzie po drodze ceny kawy były bardzo wysokie, więc doszliśmy do Placu Św. Trójcy, przy którym stoi kolumna morowa, budynek starego ratusza i kościół NMP, zwany też kościołem św. Macieja, do którego jednak nie wchodziliśmy, ponieważ zwiedzaliśmy go osiem lat wcześniej. Budowla robi imponujące wrażenie, ale tak naprawdę oryginalny jest w niej tylko portal z 1370 rok (ha, a więc z czasów panowania Ludwika Wielkiego, zwanego u nas Węgierskim). Poza tym jest to dzieło późnodziewiętnastowiecznej odbudowy świątyni. Z przełomu XIX i XX wieku pochodzi też sama Baszta Rybacka, która wygląda na średniowieczną. Po prostu, wszystko, co tutaj stoi i skąd można podziwiać Dunaj, i Parlament po jego przeciwnej stronie, to nic innego, jak taki Disneyland, dekoracja dla coseplayerów, czy co tam jeszcze. Tyle, że trzeba przyznać, że razem z pomnikiem konnym św. Stefana cały ten zespół budynków robi naprawdę urocze wrażenie i przez chwilę można nawet zapomnieć, że ze średniowieczem oprócz stylu, nie mają one nic wspólnego.
Zrobiwszy sobie serię zdjęć, ruszyliśmy inną ulicę, która łagodnie opadając prowadziła nas w kierunku Mostu Łańcuchowego. Kiedy doń dotarliśmy, nie przeszliśmy na peszteńską stronę, tylko, skręciliśmy w lewo, żeby idąc naddunajskim bulwarem znaleźć kawiarnię, w której piliśmy kawę z naszymi dziećmi w 2019. Faktycznie znaleźliśmy przecznicę, na rogu której owa knajpka się znajduje, ale ta była zamknięta. Na szczęście otwarty był lokal o wodnej nazwie "PORT beer&food" po przeciwnej stronie ulicy.
Było ciepło, więc zajęliśmy stoli w kawiarnianym ogródku obsługiwanym przez kelnera, który nieco przypominał mi pewnego kolegę z pedagogiki z czasów studiów na Uniwersytecie Łódzkim. Ciemny blondyn był raczej młody, nie jakiś gruby, ale jednak z nadwagą, co przede wszystkim widać było na jego zmęczonej i spoconej twarzy. Natomiast jego mina była bezcenna, kiedy zobaczył, że siadami przy stoliku. Jego zbolała twarz i wielkie, acz podkrążone, smutne oczy wyrażały niemy krzyk "O Jezu, jeszcze jacyś następni przyleźli!" Niemniej po chwili do nas podszedł i jak najbardziej profesjonalnie nas obsłużył. Jarek wziął sobie piwo, a nasza reszta jakieś napoje kawowe.
I tak sobie siedzieliśmy w atmosferze leniwej i odpoczynkowej, próbując usłyszeć dźwięki toczącego za naszymi plecami swe fale Dunaju, ale było to niemożliwe z co najmniej dwóch powodów. Od rzeki dzieliła nas ruchliwa ulica z samochodami i tramwajami, natomiast przy stoliku po przekątnej siedziała Rosjanka w średnim wieku, która na cały głos rozmawiała przez telefon komórkowy! Po prostu wydzierała się do tego telefonu, jakby cała knajpa należała do niej. Po dziesięciu minutach straciliśmy nadzieję, że kiedykolwiek tę rozmowę skończy. Gdybyśmy byli agentami wywiadu, np. ukraińskiego, moglibyśmy nagrać wszystkie sekrety, jakimi dzieliła się ze swoją rozmówczynią i wykorzystać je przeciwko niej. Ponieważ jednak agentami nie jesteśmy, cierpliwie skonsumowaliśmy nasze napoje, uregulowali rachunek i opuścili lokal. Głos Rosjanki trajkoczącej do telefonu niósł się jeszcze długo za nami.
Powoli robił się wieczór, więc postanowiliśmy wrócić do naszego niezbyt atrakcyjnego pensjonatu, żeby przy kolacji i winie na patio zaplanować kolejny dzień.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





























































































