środa, 24 grudnia 2025

Sarajewo, dzień drugi, część pierwsza (piątek, 1 sierpnia 2025)





Sarajewo jest stolicą państwa przedziwnego, państwa, którego ustrój wyłonił się nie dzięki demokratycznym przemianom społecznym, a dzięki umowie między wodzami plemiennymi. Można by tutaj użyć angielskiego wyrazu warlords, co często tłumaczy się jako watażkowie, ale użycie takiego zwrotu trochę obniżyłoby rangę tego, co się dokonało w Dayton w roku 1995. Zakończono krwawą jatkę między Serbami, Boszniakami i Chorwatami na terenie Bośni i powołano państwo federacyjne składające się z dwóch części: Federacji Bośni i Hercegowiny i Republiki Serbskiej. Ta pierwsza zamieszkana jest przez Boszniaków (muzułmanów) i Chorwatów. Ci ostatni w krwawych latach 1991-1994 utworzyli własną Republikę Herceg-Bośni. Obecnie uznają, przynajmniej w jakimś stopniu, władzę Federacji. W Dayton nie porozumiewali się demokratycznie wybrani przedstawiciele całej ludności Bośni i Hercegowiny, tylko przywódcy poszczególnych grup etnicznych. Dlatego do tej pory państwo opiera się na tej kruchej umowie etnicznej, a obywatele państwa deklarujący narodowość inną niż boszniacka, chorwacka lub serbska (czyli np. Romowie, Żydzi czy Albańczycy) w ogóle nie mają biernego prawa wyborczego. Jeżeli pamiętacie mój wpis o tym, jak wjechaliśmy do Bośni i Hercegowiny i znaleźliśmy się na terenie Republiki Serbskiej (tej części BiH, bo z Serbii to akurat właśnie wyjechaliśmy), zastanawiałem się wtedy, jakie są nastroje w tej wschodniej części tego państwa, gdzie rozwiązania prowizoryczne funkcjonują już od 30 lat. Otóż po obejrzeniu bardzo ciekawego materiału Ośrodka Studiów Wschodnich  nt. rocznicy porozumień z Dayton, już wiem, że jest to polityczna jednostka z władzami państwa związana bardzo luźno, a jego obecny prezydent Milorad Dodik jest człowiekiem, który na każdym kroku podkreśla niezależność Republiki Serbskiej od władz w Sarajewie, choć do ostatecznej secesji jeszcze nie dochodzi. Przedziwny jest tez system administracyjny, który nie pozwala obywatelowi na leczenie na terenie innej jednostki administracyjnej. Wschodnie Sarajewo (do którego nie dotarliśmy) jest częścią Republiki Serbskiej i np. jego mieszkaniec, gdyby zasłabł na terenie Sarajewa, stolicy BiH, nie dostałby tam pomocy, tylko zostałby odtransportowany do szpitala w Sarajewie wschodnim. Wszystko jest dziwne, łącznie z walutą, tzw. marką zamienną (to z czasów, kiedy istniały jeszcze marki niemieckie), której nikt zdaje się nie szanować, a transakcje i płatności w euro są bardzo rozpowszechnione. 

To wszystko jest wiedza nabyta z różnych źródeł, w tym przypadku z wyżej wymienionego dokumentu na YouTube, bo niczego tego nie doświadczyliśmy sami. To jest właśnie urok i równocześnie najsłabszy aspekt bycia turystą. Inny ogląd odwiedzanego kraju mają podróżnicy, choć ci też nie są w stanie utożsamić się i dogłębnie poznać każdy punkt widzenia jego mieszkańców (podróżnik najczęściej zaprzyjaźnia się z grupą miejscowych i to oni kształtują jego pogląd na cały kraj). Inną percepcję mają reporterzy, ale ten zawód lata świetności ma dawno za sobą. Profesjonalni reporterzy rozmawiają z politykami, śledzą doniesienia medialne, mają wiedzę ogólną o historii i gospodarce kraju, o którym piszą. Idą tez do "zwykłych ludzi" (cudzysłów znaczy, że do końca nie rozumiem, kto jest zwykłym a kto niezwykłym człowiekiem) i rozmawiają o ich nastrojach starając się o maksymalny obiektywizm. Niestety w dobie upadku prasy, mało które czasopismo czy gazetę stać na utrzymanie reporterów i wysyłanie ich w różne rejony świata. Ich rolę przejęli częściowo blogerzy i youtuberzy, z których niektórzy wykazują się nawet sporym profesjonalizmem, ale to już jednak nie jest to samo. Jeśli zaś do końca mamy być szczerzy, to powiedzmy sobie otwarcie, reportaże takich gigantów jak Ryszard Kapuściński, czy Wojciech Jagielski (którego uwielbiam) też nie do końca bywały/bywają obiektywne, a jak się okazuje w przypadku tego pierwszego, nie wszystkie są odzwierciedleniem rzeczywistości. Ba, w studiach literaturoznawczych wielu uznaje reportaż za gatunek literacki, a nie za rzetelny raport z suchych faktów. 

Piszę o tym wszystkim właśnie dlatego, że często dziwi nas, że kogoś może zauroczyć Rumunia (tak jak nas sześć lat wcześniej), Serbia czy Bośnia właśnie, mimo wszystkich mankamentów tych krajów, o jakich możemy się dowiedzieć z internetu (jeżeli oczywiście chcemy i faktycznie się dowiadujemy). Jak można się zakochać np. w Indiach, czyli kraju gdzie wielu ludzi nadal żyje w skrajnej biedzie, gdzie zanieczyszczenie środowiska jest ogromne i niewiele się z tym robi? Otóż można -- jeździmy do obcych krajów i wybieramy sobie ich pozytywne aspekty (np. smaczną kuchnię, piękne krajobrazy, życzliwość akurat spotykanych ludzi, bo przecież może się trafić, że w ogóle nie trafimy na łobuzów. Tworzymy sobie obrazy krajów przez pryzmat własnych zainteresowań i nie ogarniamy całości, albo jeśli nawet, to zło ignorujemy. Jeżeli natomiast jesteśmy tylko turystami na krótkiej wycieczce wszystko nas tak fascynuje, że również nie zastanawiamy się nad codziennymi problemami ludności miejscowej. Gdyby więc ktoś mnie zaraz po powrocie z Sarajewa spytał o poziom życia mieszkańców, czy tez ich nastroje polityczne, nie umiałbym odpowiedzieć na te pytania w najmniejszym stopniu, ponieważ widziałem miasto żywe, gwarne, miasto zapracowanych ludzi -- głównie w usługach, bo przecież tylko z takimi mieliśmy styczność. Do fabryk i biur nie wchodziliśmy, tylko korzystaliśmy z usług sklepikarzy, kelnerów i przewodników. I nie dostrzegliśmy żadnej jakościowej różnicy między tymi usługami, a podobnymi świadczonymi w innych krajach, łącznie z wysokorozwiniętymi potęgami przemysłowymi Zachodu. To zaś, co było urokliwe to "egzotyczna", "turecka" atmosfera Barsciarsiji, co świadczy o tym, że żebym nie wiem jak się starał, pozostanę Europejczykiem szukającym "egzotyki", a więc podchodzącym do rzeczywistości z "orientalistycznym" nastawieniem tak krytykowanym przez Edwarda Saida. I, mówiąc szczerze, nie wiem, czy inne podejście jest w ogóle możliwe. Wiem, że możliwe jest gorsze -- pogarda dla wszystkiego, co inne. W związku z czym uważam się za człowieka dobrej woli, bo mnie prawie wszystko fascynuje i zachwyca. 

Kto zaś zechciałby się zapoznać z sytuacją Bośni i Hercegowiny 30 lat po Dayton, i ma wolnych 66 minut, to gorąco polecam: 


*    *    *

Już wracając poprzedniego wieczora na kwaterę powzięliśmy z Agnieszką, że rano nie będziemy sobie zawracać głowy przygotowywaniem śniadania i kawy, tylko sobie zejdziemy do baru na parterze sąsiedniego bloku. Janiccy do tego pomysłu odnieśli się sceptycznie, więc 1 sierpnia zostali w mieszkaniu Ahmeda, natomiast my we dwoje udaliśmy się na przeciwną stronę niewielkiego parkingu między blokami, gdzie znajdował się lokal o nazwie Bokun. To stamtąd poprzedniego dnia odebraliśmy klucze do naszego mieszkania, bo Ahmed wydaje się być w dobrych układach zarówno z właścicielami baru Bokun, jak i sąsiedniej kawiarni. Teraz natomiast szefowa przyjęła od nas zamówienie na śniadanie i kawę, zaś po kilku minutach kelnerka przyniosła nam solidny poranny posiłek. Żadne tam croissanty, tylko solidne buły, rodzaj spłaszczonego, acz nie płaskiego pieczywa i w moim przypadku podano do nich trzy jajka sadzone, kiełbaskę, kostki sera, musztardę i jakieś warzywka. Agnieszka natomiast wzięła dla siebie kanapkę z wędliną. Przyznam, że tak obfitego śniadania dawno nie jadłem i praktycznie ten posiłek mógłby mi wystarczyć na cały dzień. 

Wróciliśmy na moment na górę, żeby zaraz z Janickimi wyruszyć ponownie do centrum. Część naszej drogi na autobus wiodła wzdłuż siatki ogradzającej zoo, bo balkon naszego bloku wychodził prosto na ogród zoologiczny, ale nie znaleźliśmy czasu, żeby odwiedzić sarajewskie zwierzęta. 







Ponownie dojechaliśmy na ten sam przystanek niedaleko początku ulicy marszałka Tity i piechotą ruszyliśmy wzdłuż rzeki Miljacki w kierunku stacji kolejki linowej na Trebević. Po drodze jednak minęliśmy kilka bardzo ważnych punktów. Poprzedniego dnia przegapiliśmy Most Łaciński. Nie wiem, jak to się stało, ale szukaliśmy go, przeszliśmy obok niego i nie zwróciliśmy nań uwagi. Tym razem tego błędu już nie popełniliśmy.

Bez problemu doszliśmy do miejsca, gdzie 28 czerwca 1914 roku serbski terrorysta z organizacji "Młoda Bośnia" powiązany też z organizacją "Zjednoczenie lub Śmierć" zwane popularnie "Czarną ręką", zamordował strzałami z rewolweru austro-węgierskiego następcę tronu arcyksięcia Ferdynanda i jego żonę Zofię księżnę Hohenberg z domu von Chotek. Jak wiemy, wydarzenie to dało pretekst Austro-Węgrom wystosowania ultimatum wobec Serbii, które było tak sformułowane, że ta ostatnia przyjąć go nie mogła, ale przecież nie o to Wiedniowi chodziło. Serbowie ultimatum odrzucili, Austro-Węgry wypowiedziały jej wojnę. Jak pamiętamy z lekcji historii, za Serbią ujęła się jej tradycyjna słowiańska i prawosławna sojuszniczka Rosja, przez co po stronie Austro-Węgier opowiedziały się Niemcy, ich sojusznik z tzw. Trójprzymierza. Do wojny po stronie Rosji przyłączyli się jej alianci z tzw. Trójporozumienia (Entente Cordiale), Francja i Wielka Brytania. W ten sposób wojna ogarnęła niemal całą Europę. Włochy, które były w Trójprzymierzu, zdradziły sojuszników i stanęły po stronie Ententy. Kto chce zgłębić ten temat, ten ma mnóstwo materiałów w bibliotekach i internecie, więc nie będę teraz robił wykładu z historii I wojny światowej. Dość powiedzieć, że dochodziliśmy do miejsca, w którym padła iskra na beczkę prochu, jaką była Europa początku XX wieku. 

źródło: Wikipedia


O samym przebiegu zamachu też można znaleźć informacje w internecie, choćby na Wikipedii. Historycy przelali już na ten temat hektolitry atramentu. Mało kto się jednak zastanawia, że los nieszczęsnego bratanka starego cesarza Franza Josepha podzieliła jego żona, Zofia, która towarzyszyła mężowi w jego podróży służbowej. Zapłaciła za miłość wobec mężczyzny swojego życia, przez którą wcale nie miała łatwego życia. Otóż jej główną przewiną wobec stryja męża było to, że urodziła się "tylko zwykłą hrabianką", a więc pochodziła z arystokracji stojącej zbyt nisko w hierarchii, żeby się równać z Habsburgami. Niesamowicie głupie, prawda? A jednak stary Franz Joseph nie omieszkał wykorzystać każdej okazji, żeby żonę bratanka towarzysko upokorzyć. Po śmierci syna Rudolfa cesarz nie miał już naturalnego następcy, więc naznaczył bratanka, ale już przy ślubie tego ostatniego z Zofią, choć tej ostatniej nadał tytuł księżnej Hohenberg, żeby jednak jakąś księżną była, zastrzegł, że ich potomstwo tronu dziedziczyć nie może. I to jest kolejny punkt, w którym ślepo za panem Robertem Makłowiczem nie podążam (jak pamiętacie, jednym z nich jest stosunek do niczym nie przyprawionej jagnięciny z rożna). Jestem w stanie zrozumieć sentyment do CK monarchii, która taka "fajna" stała się dopiero, kiedy dostała baty od Prusaków pod Sadową w 1866, bo wcześniej młody Franciszek Józef nie miał skrupułów krwawo tłumić buntów, a nawet wezwać Rosjan na pomoc. Po "rozdwojeniu" monarchii, faktycznie życie w niej stało się o wiele bardziej znośne, a samo to państwo zapewniało spokój i względny dobrobyt wszystkim swoim poddanym. Nie zrozumiem jednak sentymentu do Franza Josepha, którego pan Robert chce widzieć tak, jak go widzieli Czesi, czyli jako poczciwego "starego Prohazkę", a był to wyniosły arystokratyczny buc, któremu na dodatek wszystko wymykało się z rąk -- rodziły się młode i umacniały stare nacjonalizmy, grożąc rozpadem państwa, a tymczasem on dokuczał kobiecie, bo pochodziła ze zbyt niskiej arystokracji. Już po śmierci Rudolfa i Sisi (też przecież ofiary sztywnych reguł wiedeńskiego dworu) trudno się oprzeć wrażeniu, że fortuna opuszczała Habsburgów. Śmierć Franciszka Ferdynanda doprowadziła do jednej z najstraszliwszych wojen w historii ludzkości, o której tak często nie mówimy, bo niestety przyćmiły ją potworności wojny, która nastąpiła później. A Habsburgów faktycznie chyba "opuścił Bóg", jak napisał Joseph Roth w swojej powieści "Marsz Radetzky'ego". 



Przyszedł mi do głowy pomysł, żeby już Mostem Łacińskim przejść na drugą stronę i iść wzdłuż rzeki drugim brzegiem, ale Jarek przytomnie zauważył, że po drugiej stronie ulica się urywa i do samej Miljacki dochodzą jakieś posesje -- być może tereny pofabryczne. Rzekę przekroczyliśmy więc w innym miejscu. 

W międzyczasie naszą uwagę przyciągnęły rzeźby postaci zawieszonych nad wodą, co od razu przywiodło mi na myśl dzieła polskiego artysty Jerzego Kędziory, którego prace po raz pierwszy zobaczyliśmy w weekend majowy 2024 r. w Bydgoszczy, a później w lipcu w Krakowie. Sprawdziłem jednak, że moje podniecenie popularnością rzeźb naszego rodaka było przedwczesne, bo te wiszące na Miljacką były pracami Enesa Sivaca, artysty urodzonego w 1966 r. w Sarajewie.










Do koszar Safet Hadzicia zwanych też koszarami Jajce się nie wybieraliśmy, więc je tylko sfotografowałem z dużej odległości.
 



Doszliśmy do meczetu cesarskiego (careva džamija), jednego z najstarszych muzułmańskich miejsc modlitwy na terenie Bośni, bo zbudowanego w 1457 r. z polecenia Isa Bega Isakovicia na cześć Mehmeda II, zdobywcy Konstantynopola sprzed czterech lat. Ta pierwotna drewniana konstrukcja spłonęła w 1480 r. i w tym samym miejscu odbudowano już džamiję murowaną w roku 1565, tym razem na cześć Sulejmana Wspaniałego. 

Dlaczego jednak w nazwie użyto "careva", czyli cesarska, a nie sułtańska? Otóż Mehmed II Zdobywca, kiedy już opanował Konstantynopol, zaczął używać m.in. tytułu cesarz rzymski (Kayser-i Rûm), uznając się za prawowitego spadkobiercę cesarzy wschodniorzymskich (bo pamiętajmy, że "cesarstwo bizantyńskie" to nazwa wymyślona przez historyków -- do samego końca jego władcy uważali się za cesarzy rzymskich, a poddani za Rzymian (gr. Romaioi). Tak na marginesie, historia tytułu cesarskiego jest bardzo ciekawa, bo do sukcesji po starożytnym cesarstwie rzymskim rościli sobie w sposób uzasadniony władcy Konstantynopola -- byli bezpośrednimi legalnymi sukcesorami imperatorów rzymskich. Na zachodzie tymczasem po długiej przerwie tradycję tytułu cesarza rzymskiego odnowił Karol Wielki, a po kolejnej przerwie Otto I. Po upadku cesarstwa wschodniego tytuł cesarza zawłaszczył sobie właśnie sułtan z dynastii Osmańskiej, zaś w następnym stuleciu na cara koronował się wielki książę moskiewski, Iwan Groźny, ogłaszając Moskwę "trzecim Rzymem". Kiedy Napoleon nawiązując do tradycji ustrojowej starożytnego Rzymu, tylko przeskakując kilka etapów w błyskawicznym tempie, ogłosił się imperatorem, ale już nie rzymskim, sprawił, że Habsburgowie zrezygnowali z tytułu cesarzy rzymskich i swoją tytulaturę ograniczyli do cesarzowania Austrii, zaś kiedy Bismarck zjednoczył Niemcy dla Hohenzollernów, ci również przybrali tytuł cesarski, choć z jego pierwotnym, starorzymskim znaczeniem nie miało to już nic wspólnego. W międzyczasie zaczęto rozumieć wyraz "cesarz" jako ktoś o wyższym statusie niż król, więc Europejczycy szczodrze obdarzali nim władców spoza Europy (Chiny, Indie, Japonia, Etiopia, Meksyk, a nawet Maroko), choć z tradycją rzymską nic ich nie łączyło. Tymczasem osmańskich sułtanów jakoś łączyło, bo sobie siłą prawo do "drugiego Rzymu" wywalczyli i rządząc terenami wschodniego cesarstwa rzymskiego za jego spadkobierców się uznali. W językach wschodnio i południowosłowiańskich potężni władcy to carowie rządzący w Carogrodzie (Konstantynopolu), albo uzurpujący sobie równy z nimi status (władcy Bułgarów czy Serbów), słowiańscy muzułmanie nazwali sarajewską dżamiję carską, czyli cesarską. 

Niestety, nie było nam dane do niej wejść, ponieważ z jakichś powodów była zamknięta. Ruszyliśmy więc już prosto w stronę kolejki linowej na górę Trebević. 





Ponieważ byliśmy w pobliżu stacji Sarajevskiej žicary już poprzedniego dnia, tym razem nie traciliśmy czasu na jej poszukiwanie. Bez problemu znaleźliśmy ją niejako wciśniętą między kamienice, zakupiliśmy bilety i poszliśmy czekać na nadjechanie wagonika. Gdy tak czekaliśmy wzruszył mnie widok modelu wagonika z olimpijskiego roku 1984, który zachowano jako eksponat przypominający o olimpiadzie zimowej z czasów, kiedy mało kto mógł przewidzieć potworności, jakie nastąpiły już 7 lat później. Wszystko wydawało się dynamiczne, radosne i optymistyczne. Wiadomo, idea olimpijska to wszak starożytna idea pokoju. No i to wszystko było w Jugosławii, a przecież wg naszych wyobrażeń, w Jugosławii wszystko musiało się udać, bo Jugosłowianie mają głowę na karku i nie słuchają Rosjan. 

Przypomniała mi się tez maskotka tych zimowych igrzysk, czyli vučko (wilczek). Wszystko to było w czasie, kiedy miałem studniówkę, a potem w maju maturę. Kompletnie inna epoka, aż trudno uwierzyć, że człowiek był jej częścią. 


Wjechaliśmy na górę podziwiając z każdą sekundą zmieniającą się perspektywę miasta, po czym zaczęliśmy od kawiarni na czwartym piętrze górnej stacji kolejki. Winda miała co prawda przycisk na piętro piąte, ale nie działał, o czym się przekonaliśmy, kiedy chcieliśmy tam wjechać dla lepszego widoku. Ten z tarasu kawiarni musiał nam wystarczyć, a też był uroczy. 


Zrobiliśmy sobie spacer po okolicy stacji, popodziwialiśmy widok Sarajewa z góry, i dziwiliśmy się wróżce, która w pieśniach ciągle pyta, czy tam w dole to miasto ciągle istnieje. Zresztą nie natknęliśmy się na żadną istotę nadprzyrodzoną, a jedynie na innych turystów z różnych części świata. Wróciliśmy do budynku i wjechaliśmy windą na piętro, z którego odjeżdżają wagoniki. W windzie natomiast miałem okazję użyć języków obcych. Razem z nami wsiadła bowiem rodzina frankofońska, która chciała koniecznie wjechać na piąte piętro. Kobiecie, która usilnie wciskała nieczynny guzik wytłumaczyłem w przypływie nagłego olśnienia, że "cinq ne marche pas!" (francuskiego ostatni raz usiłowałem użyć w realnej sytuacji w 2004), co zostało zrozumiane, powtórzone przez kobietę dla pewności, i zaowocowało zaprzestaniem prób. Tymczasem wsiadła rodzina hiszpańskojęzyczna, której co prawda wytłumaczyłem po angielsku, że "the button isn't working", ale zaraz powtórzyłem, ryzykując natknięciem się na tzw. false friend, bo opierałem się na włoskim, że "non funziona" i na szczęście się nie pomyliłem, ponieważ matka rodziny wyraźnie się ucieszyła usłyszawszy "no funciona", co też kilkakrotnie powtórzyła i zabrała rodzinę z windy dwa piętra niżej. Po tych przygodach lingwistycznych wsiedliśmy do wagonika i zjechaliśmy tam, skąd przybyliśmy. 
























Przed nami było jeszcze kilka ważnych punktów do zwiedzenia. Przy większości z nich byliśmy już poprzedniego dnia, ale teraz chcieliśmy do kilku z nich wejść. 

CDN...

piątek, 19 grudnia 2025

Sarajewo, dzień pierwszy (czwartkowe popołudnie, 31 lipca 2025)






O odwiedzeniu Sarajewa marzyłem od dawna. Chyba nawet od lat studenckich, kiedy obejrzałem wczesne produkcje Emira Kusturicy, "Sjecas li se, Dolly Bell?" (Pamiętasz Dolly Bell, 1981) i "Otac na sluzebnom putu" (Ojciec w podróży służbowej, 1985). W obu filmach przedstawiono Sarajewo w bardzo osobisty sposób, częściowo oczami dziecięcych bohaterów. Jest to Bośnia czasów komunistycznych, lata 60., życie może nie na najwyższym poziomie materialnym, okolice pospolite, żeby nie powiedzieć szemrane, ale za to dużo się dzieje, a przy alkoholu bohaterowie śpiewają tradycyjne pieśni. W "Pamiętasz Dolly Bell?" ojciec narratora odwiedza wraz z całą rodziną grubego przyjaciela, który po kilku głębszych bierze do ręki saz (turecki instrument strunowy podobny do wielkiej mandoliny) i zawodzi pieśń, przy której obaj się wzruszają. W "Ojcu w podróży służbowej" z kolei przewija się przy kilku okazjach, niczym grecki chór w klasycznej tragedii, "Ballada o braciach Moriciach". W tym samym filmie gość bohaterów przy akordeonie śpiewa "Kliče vila sa vrh Trebevića". Ponieważ ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem "brany na muzykę", jak mawiają pewni łodzianie, te sevdalinki, czyli skądinąd dość monotonne pieśni w warstwie melodycznej powtarzające właściwie tylko jedną frazę, zadziałały na mnie hipnotyzująco. I myślę, że przede wszystkim dlatego zawsze chciałem pojechać do Sarajewa -- żeby odwiedzić miejsce, gdzie ludzie w tak przejmujący sposób śpiewają. 
 
W 1984 r., tuż przed moją maturą, w Sarajewie odbyły się zimowe igrzyska olimpijskie, które oglądaliśmy całą rodziną, a transmisje z których rozpoczynała czołówka z animowanym "Vukiem" (wilczkiem), który nadlatywał na nartach i śpiewał "Sarajevoooooo". 
 
A potem rozpadła się Jugosławia i nic już nie było takie jak przedtem. Władze w Belgradzie nie chciały dopuścić do rozpadu federacji, ale ostatecznie wyszły na strażników serbskiej dominacji, spod której pozostałe narody chciały się wyzwolić. Ludzi ogarnął amok zabijania. Między 1992 a 1995 wiadomości w telewizji codziennie donosiły o sytuacji w byłej Jugosławii, w tym wiele miejsca poświęcono stolicy Bośni i Hercegowiny. Nigdy nie zapomnę bardzo krótkiego fragmentu, w którym pokazano rodzinę idącą ulicą, rodziców i dzieci w różnym wieku, w tym chłopca ok. 17 lat, kiedy w pewnym momencie w pobliżu wybucha bomba, a oni wszyscy nagle przypadają do siebie skuleni i zaczynają płakać. Ta scena zrobiła na mnie większe wrażenie niż widok zabitych na ulicy. Pokazywała bowiem ludzki strach, który oznaczał odarcie ludzi z godności, z poczucia własnej wartości. Pokazywała, że w każdej chwili ktoś może zrobić z ich życiem, co chce. Zmarli już tego nie odczuwają, więc chyba dlatego ta scena oddziałała na mnie z większą mocą niż dziesiątki trupów na ulicach Sarajewa. 
 
Przypomniała mi się też scena już z jakiegoś filmu dokumentalnego, w którym rosyjski pisarz Eduard Limonow spytał serbskich żołnierzy, czy może sobie postrzelać, a następnie dorwał się do ciężkiego karabinu maszynowego i posłał szereg kul w kierunku mieszkańców Sarajewa. Nie mogłem uwierzyć, że coś takiego naprawdę się dzieje. Ostatnio jednak okazuje się, że nie był jedynym amatorem bezkarnego zabijania przypadkowych ludzi. Włoskie śledztwo właśnie ujawnia, że bogaci Włosi uprawiali coś w rodzaju makabrycznej turystyki i za pieniądze przyjeżdżali do Sarajewa strzelać do bezbronnych jego mieszkańców. To są przecież historie jak z powieści Stephena Kinga, tylko że powodem do prawdziwego przerażenia jest to, że ci psychopaci z Sarajewa nie są wytworem wyobraźni autora horrorów, a realnie istniejącymi potworami żyjącymi między normalnymi ludźmi. 
 
Ha, Sarajewo oczywiście kojarzy się też z bardziej odległą historią, a mianowicie z pretekstem do wszczęcia I wojny światowej, czyli ze śmiertelnym zamachem na austro-węgierskiego następcę tronu kronprinza Ferdynanda Habsburga i jego żony. 
 
Ciekawość miasta o tak burzliwej historii, które jednak jest kolejnym przykładem na to, że ludzie, jak cała przyroda, mają tendencję od odradzania się, do urządzania sobie normalnego życia mimo traum, których przecież nie zapomnieli, ta ciekawość przyciągała mnie właśnie do Sarajewa. I oto wjeżdżaliśmy do tego miasta, w którym niemal od razu znaleźliśmy się na tzw. "Alei Snajperów" czyli na ulicy Smoka z Bośni (Zmaja od Bosni), której nadano taką nazwę z powodu serbskich strzelców, którzy w budynkach przy niej urządzili sobie stanowiska do zabijania Bośniaków. Do dziś domy noszą tam liczne ślady kul, których nie załatano chyba ku przestrodze przyszłych pokoleń.   

Musieliśmy w końcu skręcić w lewo, żeby już mniej ważnymi ulicami dojechać na niewielkie osiedle wieżowców na peryferiach miasta, gdzie znajdowało się mieszkanie mające zostać naszą kwaterą na kolejne dwie noce. Wjechaliśmy na coś w rodzaju podwórka między dwoma blokami. Jakimś cudem znaleźliśmy miejsce parkingowe, ale takie zupełnie przypadkowe, bo nie to, które było przypisane do naszego mieszkania. Poszliśmy też do baru, gdzie właściciel mieszkania polecił nam odebrać klucze. Tam jednak, po telefonie do niego, okazało się, że mamy się udać do kawiarni znajdującej się tuż obok. Tak też zrobiliśmy. Teraz z kolei młody barman, czy też raczej barista, zadzwonił do naszego gospodarza i po krótkiej rozmowie wydał nam klucze. Poszliśmy z nimi do bloku naprzeciwko, weszliśmy do właściwej klatki i wjechaliśmy windą na piętro, gdzie mieszkanie się znajdowało. Weszliśmy do środka i na pierwszy rzut oka wszystko nam się spodobało. Naprzeciwko drzwi wejściowych było wejście do sypialni, zaś zaraz po prawej było wejście do łazienki. Drzwi po lewej z kolei prowadziły do salonu z kuchnią. Moda na rozchodzenie się zapachów gotowania po salonie najwidoczniej rozpowszechniła się na całym świecie, bo zarówno w Polsce, w USA, Wielkiej Brytanii i, jak widać, również w Bośni, kuchnia i salon stanowią teraz integralną całość. Nie to żebym zaraz narzekał, ale jednak wolę, jak woń smażenia pozostaje w pomieszczeniu, gdzie się posiłek przyrządza, a w salonie lub jadalni wolę czuć już tylko zapach gotowej potrawy. Ale może się czepiam, bo jestem dziadersem. 

Z salonu z kolei wychodziło się na balkon znajdujący się dokładnie za sypialnią. Dlaczego tak dokładnie opisuję to mieszkanie? Otóż jest to preludium do opowieści o problemie, który zaraz miał się pojawić. Otóż przeważnie się umawiamy z Janickimi tak, że co drugą kwaterę dajemy sobie prawo wyboru miejsca do spania. Tym razem padło na nich właśnie i Jarek zaraz po wejściu zarezerwował dla Joli i siebie kanapę w salonie stojącą naprzeciwko telewizora. Bez szemrania więc rozlokowaliśmy się (tzn. Agnieszka i ja) w mniejszej sypialni. Zjechaliśmy po bagaże, a Jarek przy okazji przeparkował samochód na miejsce przypisane naszemu mieszkaniu. Wszystko szło bardzo gładko i sympatycznie do momentu, kiedy Jola z Jarkiem postanowili sprawdzić, jak też rozkłada się obita skóropodobnym materiałem kanapa, na której mieli spać. I tutaj nastąpiła przykra niespodzianka, ponieważ okazało się, że kanapa w ogóle się nie rozkłada. Tzn. wszyscy zaangażowaliśmy się w próbę znalezienia sposobu na jej rozłożenie i zaadoptowanie do celów noclegowych, ale na próżno. Od żadnej strony nie było ani luki, ani zawiasów, ani w ogóle niczego, co przeczyłoby jednolitości i niepodzielności bryły tego mebla. Zrobiło się trochę nieprzyjemnie. Zadzwoniliśmy do właściciela, ale ten na moje tłumaczenia odpowiedział raczej kiepską angielszczyzną, że nie rozumie, co do niego mówię. Niemniej za jakieś dziesięć minut Ahmed, bo tak się przedstawił, przyszedł osobiście do mieszkania i na nasze pretensje dotyczące sofy, która nie chciała stać się łóżkiem, zaczął nas gorąco przepraszać, że w ofercie na booking.com, gdzie wyraźnie zaznaczono, że to kwatera dla czterech osób, nastąpiła pomyłka, bo chodziło o rodzinę z dwójką dzieci, a nie o czwórkę dorosłych itd. itp. Kiedy słyszycie, że ktoś ma na imię Ahmed, to pewnie wyobrażacie sobie brodatego bruneta, ale nic z tych rzeczy. Nasz gospodarz był niskim blondynem, choć z ogoloną głową i twarz miał okrągłą i bardzo poczciwie słowiańską. Gdybym nie wiedział, że jest Bośniakiem, wziąłbym go za gościa spod polskiego wiejskiego sklepu. Awantura nic by nam nie dała, więc przyjęliśmy te jego przeprosiny, choć nie do końca wierzyliśmy w ich szczerość. To znaczy może w szczerość przeprosin tak, ale nie w jego uczciwość w przedstawieniu swojej oferty w internecie. Starał się być miły, i jeszcze z tą swoją kiepską angielszczyzną był nawet wzruszający, więc postanowiliśmy już nie ciągnąć tematu, zaś Jola z Jarkiem stwierdzili, że jakoś te dwie noce na wąskiej sofie wytrzymają. 

Ruszyliśmy "na rekonesans". Stwierdziliśmy, że bardziej szczegółowo zwiedzimy Sarajewo nazajutrz, kiedy będziemy mieli na to cały dzień, natomiast teraz po prostu się przespacerujemy po Barščiaršiji, czyli dzielnicy tureckiej. Tak naprawdę nie jest to dokładnie dzielnica w normalnym tego słowa znaczeniu, ponieważ jest to raczej wielki bazar (tur. baş -- główny, i znana nam już čaršija, czyli rynek)z mnóstwem sklepików i straganów, a także lokali gastronomicznych i kilku zabytkowych obiektów, natomiast trudno tam dostrzec domy mieszkalne. Ale nie uprzedzajmy faktów. Wzięliśmy z naszej kwatery mapki tego zabytkowego centrum z zaznaczonymi punktami do zwiedzania. Jak jednak już się rzekło, nie szliśmy teraz, żeby dokładnie wszystko zwiedzać, ale żeby się zorientować w terenie. 

Od naszego bloku do przystanku autobusowego mieliśmy jakieś pięćset metrów, które pokonaliśmy szybko, ponieważ potrafimy dziarsko maszerować. Stanęliśmy przed delikatesami i piekarnią na trójkątnym placu jaki tworzyły trzy zbiegające się ulice. Zaobserwowaliśmy przy okazji ciekawe zjawisko, a mianowicie samochody zatrzymujące się na środku jezdni, kiedy kierowca akurat spotka znajomego i zechce uciąć sobie z nim pogawędkę. Chyba wszyscy są tutaj przyzwyczajeni do takich zwyczajów, bo nikt nie trąbił, tylko najwyżej omijał takich zagadanych kompanów. 

Tymczasem przyjechał nasz autobus, który w około 20 minut zawiózł nas na przystanek po pobliżu miejsca, gdzie od ulicy Hamze Hume prostopadle odchodzi ulica marszałka Tito, który jak widać, w państwach byłej Jugosławii (może z wyjątkiem Chorwacji) nadal cieszy się szacunkiem. Nie poszliśmy jednak tą ostatnią ale ruszyliśmy ulicą do niej równoległą. Początkowo odczuwałem swego rodzaju rozczarowanie, ponieważ czułem się trochę jak w każdym postkomunistycznym mieście -- bloki z lat 60., przedwojenne kamienice. Na jakimś pustym placu przed takimi "chruszczowkami" moją uwagę przyciągnęły regularnie ułożone kamienne struktury, przez co całość wyglądała jak stanowisko archeologiczne, ale brakowało jakiegokolwiek opisu, więc nie wiem, czy były to ślady domów starożytnych, średniowiecznych, a może po prostu przedwojennych. Być może jednak było to coś zupełnie innego. 

Stopniowo te "gomułkowskie" bloki zaczęły zanikać, a kamienice zyskiwać przewagę, aż zdecydowanie zdominowały krajobraz. Ale zamiast się poczuć jak na tureckim bazarze, doświadczałem teraz spaceru po jakimś Wiedniu, Pradze, czy innym Budapeszcie. Wszędzie ciągnęły się wysokie secesyjne kamienice. W końcu ulica Branilaca Sarajeva (Obrońców Sarajewa) zmieniła nazwę na Zelenih Beretki (Zielonych Beretów), przy której stoi soborna crkva (cerkiew katedralna) pw. Rodenja Presvete Bogorodice (Narodzenia Matki Bożej). Po raz kolejny (i nie ostatni) zobaczyliśmy serbską cerkiew, której architektura w ogóle nie przypomina ani konstrukcji wschodniosłowiańskich ani greckich, tylko po prostu kościół katolicki. Nic dziwnego, bo architekt Andrea Damjanov zaprojektował ją w stylu neobarokowym, zaś budowę zakończono w 1874 r. 

Podeszliśmy do świątyni z zamiarem krótkiego przyjrzeniu się wnętrzu, któremu zdążyłem zrobić zdjęcie przez otwarte drzwi, ponieważ wejście nie było nam dane. Oto bowiem widząc nasz zamiar przekroczenia progu chramu, od drugiej strony podszedł do drzwi mężczyzna (chyba kościelny) i bez słowa nam je przed nosem zamknął. Nie sądzę, żeby rozpoznał w nas bezbożników, tylko chyba faktycznie o tej porze cerkiew zamykają. 

Nie weszliśmy też z tego samego powodu do katolickiej katedry pw. Serca Jezusowego zbudowanej w latach 1884-1889 w stylu neogotyckim wg projektu Josipa Vancasa. Tzn. nie dlatego, że katolicki kościelny też nam zamknął drzwi przed nosem, tylko że zrobił to ktoś już wcześniej. 





 














Sprzed świątyni katolickiej skręciliśmy w prawo. Ulica nadal była po środkowoeuropejsku wielkomiejska, ale wkrótce wszystko się zmieniło. Jeżeli pamiętacie z dzieciństwa serię "Bolka i Lolka", w której mali bohaterowie przenosili się do krainy baśni przekraczając granicę, za którą wszystko robiło się diametralnie inne, to możecie sobie wyobrazić to uczucie, kiedy nagle z ulic dziewiętnastowiecznego Wiednia przenosicie się nagle i bez ostrzeżenia na gwarny turecki bazar z wieku XVII, gdzie nie ma już secesyjnych kamienic, a ciągi parterowych budynków oraz drewnianych "budek" ze sklepikami i čevabnicami, spomiędzy których wyłaniają się niskie murowane budynki użyteczności publicznej z czasów osmańskich -- mehany/kafany, meczet, biblioteka, studnia itd. Bazar ten został założony wraz z samym miastem wzniesionym w XV wieku przez Isę Bega Iszakowićia. Naprawdę to przejście z okcydentalnego uniwersum środkowoeuropejskiego do świata od dawna nieistniejącego sułtanatu zrobiło na mnie wielkie wrażenie. 

Żeby je jednak spotęgować postanowiliśmy znaleźć jakieś miejsce, gdzie zaspokoimy głód, bo od burka w Konjicu minęło już trochę czasu. Zaszliśmy do restauracji wyglądającej jak mehana, czyli zajazd z atrium, na którym ustawione były stoliki. Usiedliśmy bliżej rogu podwórka w podcieniu jednego ze skrzydeł budynku otaczającego dziedziniec. Restauracja ku mojemu lekkiemu rozczarowaniu nosiła nazwę zgoła nie turecką, nie muzułmańską, ani nawet nie bośniacką, a mianowicie "Aeroplan", ale za to jedzenie na pewno mnie nie zawiodło. Zamówiliśmy bowiem z Agnieszką miskę czegoś, co spodziewałem się, że będzie przypominać nasze gołąbki, bo w nazwie miało šarema dolma. Ten ostatni element przypominał mi grecką nazwę na mięso z ryżem owinięte w liście (w Grecji głównie winogron). Jarek wziął kurczaka po meksykańsku, czyli po raz kolejny wzgardził lokalną kuchnią.

Przeuroczy nasze dolmy wylądowały na stole na półmisku z metalową pokrywą kształtem przypominającym marokański tażin, po zdjęciu której naszym oczom ukazały się faktycznie rzeczy nadziane mięsem z ryżem, ale tylko dwa z nich były owinięte w kapustę. Pozostałe to były nadziewana cebula, pomidor, papryka i cukinia. Było więc z jednej strony nietypowo, czy nawet egzotycznie, a z drugiej bardzo smacznie i swojsko, bo naprawdę te dolmy przypominały nasze domowe gołąbki.

Nasyceni i usatysfakcjonowani smakiem, ruszyliśmy w dalsze rejony bazaru. Jeszcze przed obiadem przeszliśmy obok hamamu, czyli publicznej łaźni ufundowanej przez drugiego gubernatora Bośni Gazi Husrev Bega w 1537 r. O tym człowieku opowiem więcej opisując kolejny dzień, bo był on szczególnie zasłużony dla tego miejsca. Teraz natomiast podeszliśmy do meczetu również jego fundacji, którego zwiedzanie też odłożyliśmy do dnia następnego.

































 



Doszliśmy do końca bazaru, po czym skręciliśmy w prawo i znaleźliśmy się przy sarajewskim ratuszu, do którego zaplanowaliśmy wejść dnia następnego. Już z zewnątrz budynek prezentuje się niczym pałac z tysiąca i jednej nocy i na razie to nam musiało wystarczyć. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy, a następnie na drugą stronę Miljacki, czyli rzeki płynącej przez Sarajewo. Przy pomocy nawigacji w telefonach doszliśmy do stacji kolejki linowej na Trebević, którą postanowiliśmy znaleźć, żeby nazajutrz nie tracić czasu na jej szukanie, bowiem w planie mieliśmy wjazd na tę górę, którą upamiętniają pieśni -- zarówno bośniackie jak i serbskie-czetnikowskie. 

Powoli wróciliśmy przez plac, na którym szykowano scenę pod koncerty w ramach imprezy o nazwie Baščarsijske Noci, a następnie przez legendarny most Šeher Čehaja z powrotem pod ratusz. Ponownie zagłębiliśmy się w alejki bazaru. 
















Podeszliśmy pod fontannę Sebilj, a następnie inną alejką doszliśmy do najstarszej gospody w Sarajewie, czyli do mehany Morića Han. Ten słynny karawanseraj, gdzie niegdyś można było przyjąć 300 gości i 70 koni, zbudowano w roku 1551 z pieniędzy wspomnianego już Gazi Husrev Bega, o którym będzie jeszcze mowa, bo człowiek ten nie szczędził pieniędzy na budynki użyteczności publicznej, przez co do dziś cieszy się zasłużoną pamięcią i wdzięcznością sarajewian. Spłonął w 1697 r., ale został odbudowany i taki się właśnie zachował do dziś. Kiedy Evlija Çelebi, turecki podróżnik, o którym pisałem przy okazji naszej wycieczki do klasztoru derwiszów w Blagaju, odwiedził Sarajewo w 1659 r., zajazd był własnością niejakiego Hadżiego Besira i tak jest zanotowany i Çelebiego. Jednym z kolejnych właścicieli, już na początku wieku XIX byli Mustafa Aga Morić, a potem jego syn Ibrahim. Stąd nazwa, która najbardziej się utrwaliła w sarajewskiej tradycji, choć niektórzy usiłują ją powiązać ze słynnymi braćmi Moriciami, którzy byli czymś na kształt dzisiejszych gangsterów, którzy faktycznie kontrolowali Sarajewo. O nich też jeszcze będzie. Nie wiadomo na pewno, czy karawanseraj miał jakiś związek z nimi, lub czy Mustafa i Ibrahim Moriciowie byli w jakiś sposób spokrewnieni z osiemnastowiecznymi watażkami. 

Niezależnie od historii, dzisiaj budynek jest zachowany w swojej historycznej formie, ale nie ma tam już stajni. Jest restauracja (jeśli nie dwie, bo nie wiem, czy wszystkie stoliki należały do jednego lokalu), są sklepy z pamiątkami. No i jest tablica informująca, że tutaj mieścił się słynny Morić Han. 

Mnie oczywiście przypomniała się sevdalinki (bośniackiej pieśni ludowej) "Vila kliče sa vrh Trebevića", zarówno w wersji z filmu Kusturicy "Tata w podróży służbowej", jak i w wykonaniu Eminy Ahmedhodzić (która śpiewa, "vila viče", a nie "kliče". Sens tej pieśni jest taki, że oto

Vila viče sa vrh Trebevića:

 ”Jel’ Saraj’vo gdje je nekad bilo?

 Jel’ mejhana kraj Morića hana?

 Piju l’ vino mlade Sarajlije?

 Služi li ih krčmarica Mara?

 Nosi l’ Mara tri tanka fistana?

 Prvi, plavi, što begove mami,

 drugi, žuti, što hanume ljuti,

 treći, b’jeli, što djevojke cvjeli!”

Wróżka woła ze szczytu Trebević:

 „Czy Sarajewo jest tam, gdzie kiedyś było?

 Czy jest tawerna w pobliżu Morić Han?

 Czy młodzi Sarajewianie piją wino?

 Czy obsługuje ich karczmarka Mara?

 Czy Mara nosi trzy cienkie suknie?

 Pierwsza, niebieska, która kusi bejów,

 druga, żółta, który drażni chanów,

 trzeci, biały, który sprawia, że ​​dziewczęta rozkwitają!”


Tłumaczenie z pomocą translatora Google, więc mogą być przekłamania. 

Karczmarki Mary w trzech cienkich fistanellach w atrium hanu nie dostrzegłem, ale i tak się wzruszyłem, że oto jestem w tym miejscu. 

Wędrując dalej znaleźliśmy się znowu w okolicy restauracji "Aeroplan", i właśnie zza drzwi wiodących na jej dziedziniec doszły mnie dźwięki akordeonu. Nie była to jakaś zwykła muzyka, jaką się słyszy z tego instrumentu. To nie było zwykłe dur i mol. Skala była inna, choć miejscami przechodziła w melodię, do której bardziej jest przyzwyczajone północnoeuropejskie ucho, ale jednak ozdobniki, w sumie normalna rzecz, którą stosuje każdy wirtuoz akordeonu, były jakieś inne, po prostu orientalne. Nie oglądając się na nikogo, jak zahipnotyzowany przekroczyłem drzwi wejściowe restauracji i zacząłem słuchać jak zaczarowany. Jeden młody mężczyzna wybijał rytm na bębnie, a drugi właśnie czarował dźwiękami akordeonu. Trochę późno przyszło mi do głowy, żeby wyjąć telefon i nagrywać, bo złapałem tylko końcówkę tej "egzotycznej" części koncertu. Ale i tak było warto. To było coś zupełnie innego, niż kapele ze Skadarskiej w Belgradzie. W pewnym momencie odwróciłem się, żeby zobaczyć, czy moi towarzysze stoją za mną, ale nie było ich nigdzie w pobliżu. W końcu dostrzegłem ich na alejce na zewnątrz, patrzących na mnie ze zniecierpliwieniem. Odniosłem wrażenie, pewnie mylne, ale nieodparte, że przytupują nóżkami ze zniecierpliwieniem. Cały czar prysł. Wyszedłem z "Aeroplanu" i poszliśmy razem dalej. Później, kiedy wyłuszczyłem Agnieszce swoje uczucie z tamtej chwili, odpowiedziała, że przecież mogłem powiedzieć, że chcę posłuchać muzyki i żeby pójść za mną, ale to zupełnie nie o to chodziło. Po raz kolejny w życiu poczułem się jak odmieniec, z którym nawet przyjaciele i bliscy znajomi nie nadają na tej samej fali. Kiedy się słyszy dobrą muzykę, to się do niej idzie i słucha bez żadnego namawiania. A jak takie rzeczy trzeba tłumaczyć lub do nich namawiać, to już zupełnie nie jest to. 

Nie było jednak czasu na długie żale, bo oto weszliśmy do budynku pełniącego rolę krakowskich sukiennic, tylko o wiele od nich mniejszego. Sklepy po obu stronach korytarza oferowały najczęściej podróbki akcesoriów ubraniowych, pamiątki i kosmetyki. Wyszliśmy drugą stroną i ruszyliśmy już w stronę przystanku autobusowego. Tym razem obraliśmy ulicę biegnącą przy samej rzece Miljacka, o nazwie Obala Kulina bana. Zapadał już zmrok, więc jak to w każdym dużym mieście na świecie, zaczęło się pojawiać coraz więcej młodych ludzi. W pewnym momencie nasze uszy zaatakowała głośna bałkańska muzyka z jednego z nadjeżdżających samochodów. Ku mojemu zdziwieniu auto nie wiozło napakowanych młodych osiłków, jak to zwykle bywa, kiedy się słyszy "umpa umpa" na cały regulator, tylko było pełne młodych dziewczynek w hidżabach! Jechały niezbyt szybko, bo przecież nie na wyścig się wybierały, tylko na zabawę, więc do nich pokiwałem, na co zareagowały żywiołowym piskiem i gwałtownym machaniem w moją stronę. I tak oto można dostać lekcję, że stereotypy o zahukanych i zastraszonych muzułmańskich nastolatkach nie zawsze mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. 
 
Idąc dalej wzdłuż rzeki trafiliśmy na podświetlony gmach Akademii Sztuk Pięknych założonej przez bośniackich artystów w 1972 r., który pierwotnie był zbudowanym w latach 1898-1899 w stylu romańsko-bizantyńskim kościołem ewangelickim.  Już przed II wojną światową ewangelików było w Sarajewie coraz mniej, a budynek został opuszczony. Przed totalną ruiną spowodowaną zaniedbaniem uratowała go dopiero grupa artystów, którzy na początku lat 70. ubiegłego wieku zainteresowała się obiektem. Obecnie stanowi jedną z ozdób miasta. Prowadzi do niego most, a właściwie kładka dla pieszych, o wymownej nazwie Festina Lente (łac. spiesz się powoli) zaprojektowana przez studentów Akademii. 

Tymczasem na przystanku znajdującym się naprzeciwko tego, z którego wysiedliśmy, nasza cierpliwość została wystawiona na próbę, której się z całą pewnością nie spodziewaliśmy. Oto bowiem czekaliśmy na nasz numer, ale na próżno. Przyjeżdżały dziesiątki innych autobusów, w tym międzymiastowe, z których jeden się zepsuł i czekał na serwis, który po dłuższym czasie przyjechał, a naszego za diabła nie mogliśmy się doczekać. Na dodatek, kiedy chcieliśmy sprawdzić rozkład jazdy, okazało się to niemożliwe, ponieważ niczego takiego nie wywieszono ani na wiacie, ani obok niej, ani w ogóle nigdzie. I może znacie ten tok myślenia "nie będę próbował się ruszyć z tego przystanku, bo a nuż nasz autobus przyjedzie za minutę". Osobiście zacząłem wątpić, czy z tego miejsca w ogóle nasz autobus odjeżdża. Może jego przystanek w stronę naszego osiedla znajduje gdzie indziej.   Tkwiliśmy więc tam jakieś dwie godziny. W końcu jednak autobus nadjechał, a my spokojnie dojechaliśmy na kwaterę. 

Pod łóżkiem w naszej sypialni znalazłem sztangę z założonymi pięciokilogramowymi talerzami, więc przed snem wykonałem kilka ugięć ramion. Prawdopodobnie w okresie międzywakacyjnym nasz gospodarz wynajmuje ten pokój, a może całe mieszkanie, studentom medycyny, bo w naszej sypialni były też książki do anatomii w języku serbsko-chorwacko-bośniacko-czarnogórskim i pewnie ta sztanga należała właśnie do jakiegoś studenta. 

To był dzień pełen wrażeń i ciekawych doświadczeń, a jutro miało być jeszcze ciekawsze, bo przecież zaplanowaliśmy wjazd kolejką na Trebević i szczegółowe zwiedzanie obiektów Barŝčaršiji. 



Fontanna Sebilj






Morića Han























Poniższy filmik oddaje mój nastrój na przystanku...
A tutaj fragment koncertu w "Aeroplanie", który mnie tak zauroczył.