
Po śniadaniu pojechaliśmy metrem a potem autobusem na Wyspę Małgorzaty. Tak naprawdę do XIX wieku były to trzy wyspy na Dunaju, które połączono przy okazji regulacji Dunaju. W 2017 r. podpłynęliśmy na nią statkiem wycieczkowym z bulwarów po drugiej stronie Mostu Łańcuchowego i zrobiliśmy po niej tylko krótki spacer, zjedliśmy po langoszu i wróciliśmy tą samą drogą. Wówczas nawet nie wiedziałem, że można na nią dojechać z jednej strony autobusem, a z drugiej tramwajem.
Teraz właśnie wysiedliśmy z autobusu na moście Arpada (Arpad hid) i zeszliśmy do parku, którego jedną z atrakcji jest ogród japoński, a w nim staw z rybami i żółwiami. Kiedy słyszę "ogród japoński", zawsze żywiej bije mi serce, bo odkąd zobaczyłem tego typu założenie w Jarkowie w Kotlinie Kłodzkiej, zawsze spodziewam się czegoś podobnego, a prywatny ogród w Jarkowie całkowicie mnie zauroczył. Niestety, jak dotąd nie udało mi się natknąć na ogród japoński, który zrobiłby na mnie takie wrażenie. W berlińskich Ogrodach Świata jest on niezwykle ascetyczny i gdybym nie przeczytał, że jestem na terenie ogrodu japońskiego, możliwe, że myślałbym, że znajduję się po prostu w zwyczajnej części parku. Niestety podobne wrażenie odniosłem na Wyspie Małgorzaty. Broń Boże nie twierdzę, że jest on pozbawiony walorów estetycznych, ale... no cóż, ten niewielki ogród w Jarkowie to po prostu cacuszko!
















Minąwszy artystyczną instalację z kamieni ustawionych trochę niczym Stonehenge w Anglii, dotarliśmy do Wieży Wodnej z 1911 r., która służy dziś jako punkt widokowy, ale się na nią nie wspinaliśmy. W dużej hali pod nią za to wypiliśmy z Agnieszką po filiżance kawy. Gdzieś w pobliżu znajduje się kompleks basenów, ale wyszliśmy z założenia, że poprzedniego dnia moczyliśmy się dostatecznie długo.




Spod wieży udaliśmy się w miejsce, gdzie poustawiano wąskie postumenty z popiersiami wybitnych Węgrów, ale co tu dużo gadać, tylko nazwisko Ferenca Liszta coś mi mówiło. Zaraz potem znaleźliśmy się obok zrekonstruowanego kościółka zakonu premonstratensów pod wezwaniem św. Michała. Uwielbiam zabytki średniowieczne, zwłaszcza przedgotyckie. Romańskie budowle działają na moje emocje pewnie dlatego, że wzrusza mnie historia, jaką sobie wyobrażam, że stała za ich wznoszeniem. Oto władcy, którzy niedawno byli brutalnymi barbarzyńcami, postanawiają na swojej ziemi wznieść gmach naśladujący wzory pochodzące z cywilizacji, którą owi władcy uznają za godną naśladowania. Kościółek, czy też może raczej kaplica św. Michała została w XX wieku odbudowana, ale mimo, że to nie oryginał (choć wykorzystano w nim wiele elementów pierwotnych), wzbudził we mnie te ciepłe uczucia, o których napisałem. Natomiast ruiny mnie przygnębiają. Ruiny są zawsze śladem upadku, klęski kultury. Stare opactwa, jak np. Holyrood Abbey w Edynburgu, pozbawione dachu fragmenty ścian, przywołują w mojej głowie skojarzenia faktycznie religijne, bo wydają mi się znakiem zwycięstwa sił Zła. Tak naprawdę chodzi jednak po prostu o to, że ludzie wielkim wysiłkiem wznieśli coś pięknego i to coś obróciło się w jakieś kikuty. Dlatego niezbyt budujące wrażenie zrobiły na mnie fragmenty murów, jakie zostały z klasztoru dominikanek i kościoła franciszkanów. Wyspa musiała być kiedyś ważnym ośrodkiem religijnym, ale od dawna nim nie jest.
Wśród tych ruin znajduje się nagrobek świętej Małgorzaty (Szent Margit, 1242-1270), córki króla Beli IV i cesarzówny nicejskiej Marii Laskaris, mistyczki, którą w wieku 3,5 roku uczyniono dominikanką, a która od dziesiątego roku życia mieszkała już w klasztorze dominikanek na wyspie, która teraz nosi jej nazwę. Nigdy nie zajmowała żadnego ważnego stanowiska w hierarchii zakonnej, ale słynęła z ascetyzmu i pobożności, tudzież ze stygmatów, których dostąpiła jako jedna z pierwszych kobiet w historii kościoła.
Wśród ruin stoi też budowla zdecydowanie nowsza w kształcie murowanej altany, o ile się nie mylę w stylu neogotyku angielskiego, być może z czasów romantyzmu, o której nie umiem znaleźć żadnych informacji, gdzie okazało się, że nocuje w niej "lokator", czyli bezdomny. Nasza obecność wcale go nie przepłoszyła. Mimo, że był już niemal środek dnia, nadal oddawał się relaksowi.
Na południe od kompleksu sakralnych wyspę pokrywają klomby kwiatów i trawniki, które, o ile google translator dobrze przetłumaczył napis, noszą nazwę "ogrodu świetlistego", albo po prostu "jasnego". Moją uwagę przykuły małe kamienie pokryte napisami lub inicjałami, które są pewnie objawem jakiegoś obyczaju dającego się porównać do wieszania kłódek na mostach na znak miłości.
Następnie podeszliśmy do ścieżki wiodącej wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy, a zachęcony widokiem mijających nas joggerów, również przetruchtałem jakieś kilkaset metrów.
Dotarliśmy do grającej i "tańczącej" fontanny, gdzie dostojnie spoczęliśmy na ławce dając nogom wytchnienie po jednak dość długim spacerze. Następnie doszliśmy do wniosku, że czas na obiad.
I tak się dzisiaj zastanawiam, czy nie mogliśmy zostać w centrum i zjeść coś w jakiejś innej restauracji, bo nie przychodzi mi do głowy żadne wytłumaczenie, dlaczego koniecznie chcieliśmy wrócić do Bujdoso, czyli do "naszej" szeklerskiej restauracji, która nas już przecież rozczarowała, kiedy porównywaliśmy jakość jej potraw z tymi sprzed kilku lat. Być może wróciliśmy dlatego, że chcieliśmy zamówić sobie te słodkie knedelki, którymi poprzedniego dnia poczęstowała nas Jola?
Moje danie główne wyglądało całkiem imponująco, ale dwa duże kawałki mięsa okazały się raczej gumowate i smakiem też na kolana nie powalały. Agnieszki mamałyga (polenta, jakby powiedzieli Włosi) ze śmietaną i skwarkami też okazała się raczej zapychaczem niż eksplozją smaku. Humor poprawiły mi nieco te słodkie kluseczki, ale przy większej ich liczbie też w końcu doszedłem do wniosku, że są raczej banalne.
Pisząc to, kieruję się szczerością, ale przyznam, że trochę mi głupio tak krytykować tę restaurację, do której przecież mamy sentyment wynikający z poprzednich wizyt w Budapeszcie. Myślę też, że kucharze i cała obsługa (bardzo miła) to ludzie solidnie wykonujący swoją pracę. Niestety nie zawsze dobre chęci przekładają się na jakość. Po prostu jakoś tak czasami bywa i już.








Po południu zaś wybraliśmy się na długi spacer udając się najpierw pod katedrę św. Stefana, a następnie na Andrassy Utca, czyli reprezentacyjną ulicą Budapesztu, przy której znajduje się m.in. gmach opery. Przy tej ulicy, ale nie tylko, można poczuć, że Budapeszt to jednak solidna europejska stolica. Twierdzę tak na podstawie takiego swojego własnego kryterium, którym jest obecność w danym mieście dziewiętnastowiecznych kamienic posiadających pięć i więcej pięter. To świadczy o tym, że miasto miało w tymże stuleciu solidny rozmach, że się rozwijało, a bogatych obywateli stać było na wznoszenie takich gmachów. Wpatrywaliśmy się w witryny sklepów z pamiątkami, tudzież z luksusową odzieżą i obuwiem. Na tle tych ostatnich zaskakującym kontrastem okazał się holenderski SPAR, który jest raczej pospolitą sieciówką i z luksusem się nie kojarzy.
Weszliśmy natomiast do neorenesansowego budynku Węgierskiej Opery Narodowej zaprojektowanego przez Miklosa Ybla i wzniesionego w latach 1875-1884. Oczywiście nie planowaliśmy uczestnictwa w spektaklu, ale mieliśmy to szczęście, że stojąc w hallu opery doskonale słyszeliśmy śpiew artystów na scenie. Niestety moja znajomość dzieł światowej opery jest niezwykle ograniczona do największych "hitów" tego gatunku, więc tych konkrentych melodii nie potrafiłem rozpoznać, ale za to pochlebiam sobie, że umiem docenić talent wokalny artystów operowych i tutaj muszę powiedzieć, że mieliśmy okazję usłyszeć naprawdę doskonałe głosy. Nie trwało to jednak długo, bo głupio było tak stać i słuchać "na sępa". Przespacerowaliśmy się jeszcze kilkaset metrów, po czym wróciliśmy jeszcze nad Dunaj, żeby stamtąd udać się do metra, które miało nas zawieźć na nasz ostatni nocleg w Jade Panzio.













Dlaczego w każdym mieście na świecie w sklepach z pamiątkami są szachy? Co w nich jest wyjątkowego i związanego z konkretnym miejscem?
I dlaczego pamiątką ze stolicy Węgier ma być rosyjska matrioszka?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz