poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Nowa południowoeuropejska przygoda (19 lipca -- 6 sierpnia 2026), dzień pierwszy, czyli jedziemy do Linzu


Na trzydziestopięciolecie naszych małżeństw postanowiliśmy pojechać do Włoch. Ponieważ postawiłem sobie taki ogólny cel, żeby przynajmniej z grubsza zapoznać się z możliwie największą liczbą włoskich regionów, a "zaliczyliśmy" już całą Północ (powiedzmy sobie szczerze, na solidne poznanie choćby jednego regionu potrzebne byłoby dobrych kilka lat), przyszła pora na Toskanię. Zarówno Agnieszka, jak i Jola z Jarkiem w tym regionie już byli, ale żeby mi zrobić przyjemność, stwierdzili, że druga wycieczka po tej jakże sławnej włoskiej krainie nadal może być ciekawa. 

W sobotę 18 lipca pojechaliśmy do Płocka, żeby zostawić tam naszą Kię i ruszyć z Jolą i Jarkiem ich Hyundaiem i20 na naszą ósmą wspólną wakacyjną wyprawę. Po południu odwiedzili ich nasi wspólni przyjaciele, Grażyna i Jacek, z którymi spędziliśmy czas na wspominkach czasów naszych studiów w Łodzi i rozmaitych zabawnych sytuacji z różnych podróży wakacyjnych. Tematów nam nie brakowało, bo trochę się tych doświadczeń nazbierało. 

Nazajutrz, o piątej rano, wsiedliśmy do samochodu Janickich i ruszyliśmy do Mszany, którą traktujemy jako nasz "tradycyjny" postój śniadaniowy. Ta "tradycja" to raptem trzeci raz, bo przecież nie zawsze wyjeżdżamy z Polski tą trasą. Tymczasem, o ile poprzednio śniadanie w Chacie Staropolskiej się zamawiało, to teraz było ono zorganizowane na zasadzie bufetu (stołu szwedzkiego), bo miejsce to pełni również rolę hotelu. Oczywiście my musieliśmy za nasz posiłek osobno zapłacić, ale za to potem mogliśmy nakładać sobie na talerze, co chcieliśmy. Wybór nie był może oszałamiający, ale jak dla nas, zupełnie wystarczający. Kiełbasa na gorąco, plastry szynki, sery, jajecznica itd. Wypiliśmy też kawę, a następnie podjechaliśmy jeszcze na stację benzynową, gdzie Jarek uzupełnił zapas paliwa jeszcze za złotówki, i wróciliśmy na główną szosę wiodącą do czeskiej granicy (do Mszany trzeba trochę odjechać w bok). 



Po czeskiej stronie zatrzymaliśmy się też na znanej nam już stacji benzynowej, ale tym razem tylko po to, żeby kupić winietę na korzystanie z czeskich dróg, w tym autostrad. Od niedawna Czesi i Austriacy wprowadzili bardzo dla nas wygodne udogodnienie. Nie trzeba już wykupywać winiety na minimum siedem dni, jak było kiedyś, a wystarczy nabyć winietę jednodniową. Taka nas też interesowała, ponieważ Republika Czeska była dla nas krajem tranzytowym. Innym sygnałem postępu były automaty do zakupu winiet, więc Jarek nie musiał nawet wchodzić do głównego budynku stacji benzynowej. Inna sprawa, że nigdy nie korzysta z raczej prostego rozwiązania i nie kupuje winiet przez internet. Wychodzi bowiem z założenia, że nie należy przepłacać i dawać zarobić internetowym pośrednikom. 

Wspólnymi siłami opanowaliśmy algorytm rządzący zakupem winiety w automacie (robiliśmy to pierwszy raz w życiu), i to w stopniu tak doskonałym, że Jarek był w stanie nawet udzielić instrukcji obsługi tego urządzenia parze w średnim wieku, którzy zbliżając się do nas mówili w języku, który początkowo wydał mi się mową kraju, na którego terytorium byliśmy. Kiedy jednak bezpośrednio zagadali do nas, okazało się, że to Ślązacy ("my som stōnd, z Chorzowa"), którzy trochę się krygowali, że będąc niemal miejscowymi (właściwie cały czas byliśmy na Śląsku) nie umieją skorzystać z winietomatu. Jarek przeprowadził ich jednak gładko przez cały proces i w ten sposób zaliczył dobry uczynek. 

Tak samo, jak kilka lat temu objechaliśmy Brno, przejechaliśmy obok Sławkowa, czyli pola bitwy pod Austerlitz z modelem armaty i gigantycznymi (i dość groteskowymi, bo wyglądającymi jak powiększone do absurdalnych rozmiarów zabawki dla dzieci) figurami żołnierzy widocznymi z autostrady. Po drodze nie spotkały nas żadne przygody, więc po jakimś czasie znaleźliśmy się po stronie austriackiej, a tam, przejechawszy obwodnicą Wiednia, skierowaliśmy się prosto na Linz. Nawigacja przeprowadziła nas bez problemu ulicami miasta do naszej kwatery. Właściciel doradził nam, żebyśmy nie parkowali samochodu przy jego domu, ponieważ zastawialibyśmy wyjazd jemu i innym lokatorom, ale po przeciwnej stronie ulicy znajdował się niewielki, ale za to z wieloma wolnymi miejscami, darmowy parking i tam też spoczął Hyundai i20 na ok. 36 godzin. 

Szybko się rozpakowaliśmy i zrobiliśmy sobie herbaty. Nasza kwatera znajdowała się na najniższym piętrze dużego domu, które można byłoby wziąć za piwnicę, gdyby jednak nie znajdował się na poziomie gruntu. Sufit mieliśmy dość nisko i okna nie były zbyt duże, dlatego miałem wrażenie, że znajdujemy się w jakichś izbach siedemnastowiecznego niemieckiego zajazdu. Janiccy zajęli pomieszczenie większe z aneksem kuchennym, a my sypialnię, do drzwi której trzeba było pokonać trzy stopnie pod górę. Gdyby nie okno, nazwałbym ją alkierzem. Wyszedłszy przed nasze mieszkanko, "odkryliśmy", że za rogiem domu znajduje się równo przystrzyżony trawnik i chyba sauna. Ponieważ nie było ich w ofercie na booking.com, a Jurgen, nasz gospodarz, nas tam nie zaprosił, zadowoliliśmy się stołem i krzesłami przed drzwiami naszej kwatery. Z tego miejsca mieliśmy widok na ulicę biegnącą dołem, bo dom stoi na wzniesieniu, na frontowym zboczu którego gospodarze urządzili niewielki ogródek), a odwróciwszy się w lewo na kościół św. Magdaleny, od której imienia bierze nazwę cała ta część Linzu.







Do wieczora było jeszcze daleko, a my poczuliśmy już głód, więc przy pomocy map google namierzyliśmy najbliższą restaurację. Zeszliśmy do bardziej ruchliwej ulicy, przy której jeździły tramwaje, przeszliśmy na jej drugą stronę i znaleźliśmy się na terenie krytego basenu, przy którym mieściła się restauracja o literackiej nazwie Moby Dick. Nie pytaliśmy sympatycznego młodego kelnera, czy czytał powieść Meliville'a, tylko zamówiliśmy sobie porządny austriacki obiad. Ponieważ Austria łączy w sobie tradycje dawnej monarchii cesarsko-królewskiej, Jarek mógł sobie zamówić gulasz wołowy z kluseczkami, które na Węgrzech nazywają się galuska (por. nasze góralskie gałuszki, czy słowackie halušky), a w krajach niemieckojęzycznych spätzle. Nasze żony zamówiły panierowane kawałki kurczaka, a ja chciałem zjeść coś typowo austriackiego, więc wziąłem miejscowe kiełbaski. Po kwadransie zaczęło padać, więc przenieśliśmy się od stolika w ogródku do środka, gdzie spożyliśmy nasze napoje i  przeczekaliśmy największą ulewę. 















Syci i otwarci na dalsze wakacyjne doświadczenia, wróciliśmy na kwaterę, gdzie Jarek rozłożył plan Linzu i wspólnie ustaliliśmy trasę jutrzejszego zwiedzania. Jeszcze w drodze do restauracji przeczytaliśmy rozkład jazdy tramwajów, tak że wiedzieliśmy już w którym kierunku udamy się następnego dnia. 

Po drodze na kwaterę podeszliśmy do kościoła, którego wezwanie (St Magdalena) stało się eponimem całej dzielnicy. Pierwsza świątynia została w tym miejscu zbudowana w XII w., a w stuleciu XV przebudowana w stylu gotyckim. Obecnie jednak reprezentuje dość pospolity barok, będący wynikiem przebudowy pod koniec XVII w. i kolejnej w połowie XVIII.