
Po porannej kawie jeszcze raz rozejrzałem się po ogródku otaczającym dom, którego dolne piętro zajmowaliśmy, i odkryłem, że za rogiem nie ma wczorajszego trawnika, tylko zadbany basen z czyściutką wodą. Kiedy już mieliśmy wyjść na naszą wycieczkę po Linzu zobaczyliśmy Jurgena, który pochwalił się, że saunę i basen skonstruował sam, własnymi rękami. Pogratulowaliśmy mu, oczywiście, ale i tak nie zaprosił nas do skorzystania z tych luksusów. Zresztą wcale na to nie liczyliśmy.
Po raz kolejny przeszliśmy obok barokowego kościoła pw. św. Magdaleny i po schodach zeszliśmy na niższy poziom ulic, aż dotarliśmy na przystanek tramwajowy. Bilety wieloprzejazdowe kupiliśmy w automacie na przystanku i wkrótce siedzieliśmy w tramwaju wiozącym nas do centrum. Zanim jednak do niego wsiedliśmy, żartowaliśmy, spoglądając na odległą górę z kościołem na szczycie, że pewnie będziemy musieli się tam wspiąć. Trzeba przy tym dodać, że na górską wspinaczkę żadne z nas nie miało tego dnia ochoty.
Kto regularnie czyta wpisy na tym blogu, dla tego nie jest żadną tajemnicą, że często inspiracją dla naszych wycieczek są programy Roberta Makłowicza, które emituje w każdy piątek o 17.00 na swoim kanale na YouTube. I właśnie z jednego z odcinków, w którym pan Robert opisywał uroki Linzu, dowiedzieliśmy się, że most, na którym wysiedliśmy z tramwaju, to Most Nibelungów osobiście zaprojektowany przez... no właśnie..., przez austriackiego niedoszłego artystę-malarza, który ostatecznie został największym zbrodniarzem w historii. Mostu zaprojektowanego przez Adolfa Hitlera jednak po przegranej przez Niemcy wojnie nikt nie zburzył w ramach denazyfikacji i służy mieszkańcom Linzu i turystom do dziś.
Z mostu rozciąga się piękny widok przede wszystkim na Dunaj, ale również na zamek i na górę z bielejącym na jej szczycie kościołem, który widzieliśmy już, czekając na tramwaj w St. Magdalena.







Wkrótce znaleźliśmy się na Hauptplatzu, czyli na Placu/Rynku Głównym stolicy Górnej Austrii, z pięknie zadbanymi kamienicami z fasadami w stylu barokowym pomalowanymi na pastelowe kolory. I niech mi żaden mądrala nie narzeka na "pastelozę", bo akurat taka kolorystyka bardzo do tych kamienic pasuje. W odróżnieniu od często odrapanych z farby i tynku kamienic włoskich, w krajach niemieckojęzycznych stare domy wyglądają, jakby dopiero co zostały wybudowane, tyle że w historycznym stylu. Na uwagę zasługują gmach ratusza i Dreifaltigkeitssäule, czyli Kolumna Trójcy Świętej. Kto kiedykolwiek podróżował po Śląsku, Czechach, Austrii, Węgrzech, czy nawet Rumunii i Chorwacji, czyli wszędzie tam, gdzie sięgało panowanie Habsburgów, ten na pewno spotkał te kompozycje na placach miast wznoszone jako wotum dziękczynne za zakończenie epidemii, jakie niestety często nawiedzały europejskie miasta. Kolumna w Linzu symbolizuje wdzięczność jego mieszkańców za szczęśliwy obrót spraw podczas 1) wojny o sukcesję hiszpańską, kiedy to w 1704 do Linzu nie dotarły wojska francusko-bawarskie, 2) wielkiego pożaru z 1712 i 3) zarazy z 1713, która ominęła miasto. To barokowe dzieło sztuki rzeźbiarskiej jest wynikiem pracy włoskiego architekta Antonio Beduzziego (projekt) i rzeźbiarza Sebastiana Stumpfeggera (wykonanie), a powstało w latach 1717-1723. Oprócz mieszkańców Linzu, do sfinansowania projektu dołożył się cesarz (jeszcze "rzymski") i stany prowincjonalne.



















Z Hauptplatzu skręciliśmy w stronę tzw. Starej Katedry (Alter Dom). Jest to barokowy gmach z drugiej połowy XVII wieku, zaprojektowany przez Pietro Francesco Carlonego, który urodził się w Loeben, ale nazwisko wskazuje na włoskie pochodzenie jego rodziny. Jak widzimy, architekci o włoskich korzeniach budowali nie tylko polskie kościoły i pałace. Włosi w tamtym czasie stanowili po prostu awangardę sztuki i umiejętności wszelkich.
Pierwotnie, podobnie jak teraz, owa świątynia była po prostu kościołem p.w. św. Ignacego (Loyoli, gdyby ktoś miał wątpliwości), co jest prostą wskazówką, że zbudowali go jezuici. Po kasacie zakonu w 1773 r. przez kolejne dziesięć lat funkcjonował jako zwykły kościół, żeby w 1783 stać się świątynią katedralną, ponieważ wtedy to cesarz Józef II ustanowił tam nową diecezję i mianował biskupa. Co ciekawe, zrobił to bez pytania Rzymu o zgodę! Papież zatwierdził biskupa i biskupstwo w Linzu dopiero dwa lata później. W 1909 r. do kościoła św. Ignacego wrócili jezuici, ponieważ biskup miał już nową katedrę.
Z Domgasse (czyli uliczki Katedralnej) wróciliśmy na główną ulicę, po której jeżdżą tramwaje, czyli Schmidtorstrasse, która przechodzi w Landstrasse i przez jakiś czas trzymaliśmy się jej, podziwiając architekturę i co jakiś czas wstępując do kolejnych kościołów.
W ten sposób zaszliśmy do Ursuline, czyli do kościoła pw. św. Michała Archanioła, będący dawniej częścią klasztaru urszulanek. Też barok (mało brakowało, a napisałbym "oczywiście", co byłoby oznaką pewnego sarkazmu z mojej strony). Obecnie jest to kościół parafialny, a przy tym centrum kultury, gdzie odbywają się koncerty organowe.
Niemal zaraz za "urszulankami" znajduje się kościół karmelitów, konsekrowany w 1726 r., a więc, jak łatwo się domyślić, kolejny reprezentant stylu barokowego. Jak na ludzi pozostających na bakier z religią, mieliśmy całkiem imponującą częstotliwość odwiedzania katolickich świątyń, a to przecież jeszcze nie miał być koniec! Ale tak zupełnie poważnie, trudno mówić o kulturze europejskiej bez jej chrześcijańskiego kontekstu. Czy się to komuś podoba, czy nie, historii nie zmienimy.





Agnieszka wyczytała na jakimś blogu podróżniczym, że w Linzu koniecznie trzeba odwiedzić "piękny dworzec kolejowy, najładniejszy w całej Austrii." Jak mus, to mus, więc zaczęliśmy iść w jego stronę, ale nagle uświadomiliśmy sobie, że przecież bilety tramwajowe, które zakupiliśmy na przystanku w pobliżu naszej kwatery obowiązują przez cały dzień we wszystkich tramwajach, więc postanowiliśmy skorzystać z tego środka lokomocji. Wysiedliśmy przed rzeczonym dworcem i przeżyliśmy ogromne rozczarowanie. Oto bowiem zamiast zabytkowego dziewiętnastowiecznego (secesyjnego na przykład) budynku, jakiego się spodziewaliśmy (Austriacy przecież umieli budować ładne dworce, czego przykładem jest choćby stacja kolejowa w Tarnowie), naszym oczom ukazał się nowoczesny gmach ze szkła i stali. Jest duży i obszerny wewnątrz, więc skoro już się tam znaleźliśmy, zaszliśmy do księgarni. Ja głównie po to, żeby sprawdzić, czy w Austrii ukazują się jakieś przekłady literatury polskiej. Faktycznie znalazłem, ale tylko jedną książkę podpadającą pod tę kategorię autorstwa Szczepana Twardocha. Ponieważ bardzo lubię twórczość tego śląskiego pisarza tworzącego jednakowoż w doskonałej polszczyźnie, byłem nieco zdziwiony jej tytułem "Sehnsucht" (Tęsknota), ponieważ wydawało mi się, że znam przynajmniej większość tytułów jego powieści. Tymczasem, jak to często z przekładami bywa, tytuł niemiecki nie jest tłumaczeniem polskiego. Olaf Kühl, tłumacz, który książkę zniemczył (nieźle brzmi, co nie? Z czym Wam się kojarzy? Ale skoro można książkę "spolszczyć" to i "zniemczyć" chyba można), taki tytuł nadał powieści "Powiedzmy, że Piontek", której akurat nie czytałem.
Przed linckim dworcem, "najpiękniejszym w całej Austrii”, miło zaskoczył mnie murowany "słupek" będący rodzajem pomnika oddającego cześć językowi esperanto i jego twórcy, doktorowi Ludwikowi Zamenhofowi, który wszak pochodził z Białegostoku! Język jako środek międzynarodowej komunikacji się nie przyjął, nie czarujmy się, ale hobbyści, którzy się go nadal uczą i organizują międzynarodowe spotkania, wciąż istnieją. Zawsze to przy tym miło zostać zaskoczonym wyrazem uznania dla człowieka z miasta, w którym się mieszka. Tak kilka lat temu było we włoskim Udine, gdzie też miłą niespodzianką było popiersie Zamenhofa umieszczone w murze okalającym tamtejszy zamek.
Kolejnym punktem, do którego postanowiliśmy dotrzeć, była Nowa Katedra, ale o tym już w następnym odcinku!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz