poniedziałek, 21 września 2026

Linz (poniedziałek, 20 lipca 2026), część druga

Od dworca, który okazał się solidną, ale jednak dość sztampową nowoczesną konstrukcją ze szkła i stali, cofnęliśmy się nieco w kierunku centrum, żeby dojść do naszego kolejnego celu, jakim była Nowa Katedra pw. Niepokalanego Poczęcia Maryi. Jak już wspomniałem, w 1909 r. kościół św. Ignacego przestał pełnić rolę głównej świątyni diecezji i wrócił w ręce jezuitów, ponieważ gmach nowej katedry był już gotowy. Na oficjalną konsekrację musiała jednak poczekać do roku 1924. Jej budowę rozpoczęto w 1862, a więc trwała ona dwa pokolenia. Inicjator całego przedsięwzięcia, biskup Franciszek Józef Rudigier nie dożył końca budowy, bo zmarł w 1884. Architekt Vincent Statz, znany wówczas ze swoich prac w archidiecezji kolońskiej, zaprojektował ogromny gmach w stylu neogotyku francuskiego. Nowa katedra w Linzu jest największym budynkiem sakralnym w Austrii, ale jej najwyższa wieża pozostaje o 2 metry niższa od katedry św. Szczepana w Wiedniu, jako że stwierdzono, iż się nie godzi, by prowincjonalny Linz miał świątynię wyższą od stołecznej archikatedry. 

Olbrzymia przestrzeń wewnątrz świątyni onieśmiela i przytłacza. Przynajmniej takie było moje odczucie. Ponieważ nie odbywały się w niej żadne uroczystości, a jedynymi ludźmi snującymi się po niej byli tacy sami turyści, jak my, miałem wrażenie, że tej pustej przestrzeni jest jakoś zbyt dużo. Z drugiej strony zdziwiła mnie ambona umieszczona tuż za kolumnadą oddzielającą główną nawę od bocznej. Gdyby ktoś faktycznie głosił z niej homilię, mówiłby raczej do jednej z kolumn, bo do oddzielonych nią wiernych już by nie trafił. Z drugiej strony wiemy, że po II Soborze Watykańskim tradycyjne ambony, czyli "gondole" umieszczone na pewnej wysokości na filarze, straciły swoją funkcję, i kazania księża głoszą z pulpitów stojących zwykle obok ołtarza. 

W katedrze na uwagę zasługują witraże. Również rzeźbiony ołtarz robi duże wrażenie. Zwiedziliśmy również podziemia, gdzie jednak nie znaleźliśmy niczego godnego uwagi. Chcieliśmy również wjechać windą na wieżę. Kiedy jednak spytaliśmy uśmiechniętej kobiety energicznie idącej w kierunku biura informacji na terenie katedry, w celu jego otwarcia, ta poinformowała nas, że na wieżę mogą wjechać tylko zorganizowane wycieczki z przewodnikiem. Grzecznie podziękowaliśmy za to wyjaśnienie i opuściliśmy gmach świątyni. 

 









































Uliczkami pobocznymi a uroczymi (po drodze przeszliśmy przez Hoffgasse, z fontanną świateł, która jednak za dnia nie była czynna, i obok domu, którym w 1762 r. pomieszkiwał Mozart), udaliśmy się w stronę linceńskiego zamku, który nie jest jakąś piękną budowlą. Jest budynkiem rozległym, ale bardzo prostym. Zauważywszy kawiarnię przy jego murach, postanowiliśmy spędzić tam kilka chwil przy kawie. Z ogródka mieliśmy widok na Dunaj, obsługa była bardzo miła, a kawa smaczna. Po tej chwili odpoczynku wróciliśmy do bramy wiodącej na podwórko, skąd weszliśmy na piętro z wielką przeszkloną nowoczesną nadbudową, w której m.in. mieściła się inna kawiarnia. Obfotografowawszy widoki z każdej możliwej strony, zeszliśmy z drugiej strony zamku na poziom ulic i udaliśmy się z powrotem w kierunku Placu Głównego. Przeszliśmy go w poprzek, żeby wejść w wąską uliczkę, gdzie spodziewaliśmy się znaleźć miejsce, do odwiedzenia którego zachęcał w jednym ze swoich programów Robert Makłowicz. 

Niewielki lokal o nazwie Leberkas Pepi słynie przede wszystkim z tego, że serwuje rzeczony "wątróbkowy ser", który nie ma nic wspólnego z serem, i chyba bardzo niewiele z wątróbką (na szczęście). Na mnie zrobiło to wrażenie skrzyżowania pieczeni rzymskiej i mortadelli. Kiedyś miałem okazję spróbować czegoś takiego w Chociebużu (Cottbus). Serwuje się ten plasterek mielonego mięsa w bułce podobnej do kajzerki (Semmel w południowoniemieckiej i austriackiej wersji językowej -- stąd śląska "żymła"). Zamówiłem wersję kanoniczną, a więc bez żadnych dodatków. Jeśli jesteście ciekawi wrażeń, to na pewno zaspokoiłem pierwszy głód przed obiadem, zaś jeśli chodzi o walory smakowe, to powiem, że to było dobre jedzenie, ale nie oszukujmy się, żadne fajerwerki smaku. Bułka z ciepłą pieczenią rzymską albo ciepłą mortadellą. Raczej szału nie ma, ale możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że sprawdziliśmy sami i linceńską specjalność zaliczyliśmy. 














































Wróciwszy na Hauptplatz, udaliśmy się na przystanek tramwajowy, ale nie ten, przez który przejeżdżał np. ten, którym przyjechaliśmy rano, albo ten, którym dojechaliśmy na dworzec, ale przystanek umieszczony niejako równolegle, gdzie na dodatek tory się kończą. Stąd właśnie wyrusza  Strassenbahn, a właściwie w tym przypadku Pöstlingbergbahn, linii 50 w kierunku wzgórza Pöstlingberg, Ponieważ nie ma żadnej pętli na obu końcach trasy, ruch odbywa się sposobem wahadłowym, zaś zderzeniu pojazdów nadjeżdżających z przeciwnych kierunków zapobiega system mijanek. 

Do odjazdu mieliśmy jeszcze trochę czasu, ale tramwaj już czekał, więc wsiedliśmy do niego. Nie wiem, jak to się dzieje, ale Jarka chyba w różnych miejscach biorą za miejscowego. Kiedyś w Budapeszcie Węgier zapytał go, oczywiście po węgiersku, na którym przystanku metra ma wysiąść, zaś Jarek, który zrozumiał tylko nazwy owych przystanków, bez wahania wskazał mu właściwy. Teraz też mężczyzna ok. pięćdziesiątki podróżujący z rodziną, zagadał Jarka po niemiecku. Ponieważ język ten nie jest Jarkowi obcy, rozpoczęła się sympatyczna konwersacja. Wkrótce okazało się, że facet jest Czechem, ale rozmowa się nadal toczyła po niemiecku. Ponieważ wiem, że Jarek bardzo dobrze radzi sobie z językiem czeskim, spytałem "Proč nemluvíš česky?" No, jest coś takiego, że jak się człowiek na czymś zafiksuje, to zapomina, że można się przestawić na tryb dla obu stron dogodniejszy. Faktycznie, dalsza wymiana zdań potoczyła się po czesku, a Jarek mógł czeskiemu turyście zaimponować swoją znajomością kraju naszych południowych sąsiadów. Swego czasu razem z Janickimi zrobiliśmy kilka bardzo fajnych wycieczek do Czech, natomiast sam Jarek zwiedził chyba każdy czeski pałac, zamek i zameczek. 

Tymczasem tramwaj ruszył i wkrótce zorientowaliśmy się, że Pöstlingberg to jest to wzgórze z widocznym na szczycie białym kościołem, a więc to, na temat którego robiliśmy sobie żarty kosztem Joli, zapowiadając, że się tam będziemy wspinać. Na szczęście jest tramwaj nr 50, który jest najwyżej i najstromiej wjeżdżającym tramwajem na świecie pozostając zwykłym tramwajem właśnie, a nie podpierając się techniką zębatkową (czyli nie jest funikularem). Jak się wkrótce dowiedzieliśmy z tablicy umieszczonej kilka kroków od przystanku końcowego, pierwowzór kolejki górskiej mającej wjeżdżać na Pöstlingberg opracował niejaki Josef Urbanski urodzony w 1846 r. w Wadowicach. 

Kiedy już tramwaj dotarł do góry i zaczął się wspinać na jej szczyt, mieliśmy okazję zobaczyć, że zbocza stanowią nie tylko lasy i łąki, ale również zabudowania, w tym luksusowe wille. Niestety widoki na panoramę miasta z okien tramwaju pojawiały się tylko sporadycznie, ponieważ na długich odcinkach po obu stronach torów znajdowały się gęste zarośla. 

Wysiadłszy na końcowym przystanku, podeszliśmy jeszcze kilka kroków pod górę, mijając schody wiodące do restauracji, i przechodząc przez kamienną bramę, żeby dotrzeć do barokowego kościoła z dwoma identycznymi wieżami pod wezwaniem Siedmiu Boleści Maryi. Nie sprawdzałem wcześniej żadnych informacji o tej bazylice, ale kiedy odczytałem na tablicy niemiecką wersję nazwy (wezwania) "Wallfahrtsbasilika Sieben Schmerzen Mariae". To, że pierwsze słowo znaczy "bazylika pielgrzymkowa", sprawdziłem później. Trochę mnie zdziwiło, że w niemieckim napisie zastosowano deklinację łacińską imienia Maria, natomiast rozbawiło mnie "Sieben Schmerzen", ponieważ to zrozumiałem od razu. Mój przypływ dobrego humoru spowodowany był wspomnieniami z dzieciństwa, kiedy to przedstawiciele starszego pokolenia, kiedy chcieli wyrazić pogardę wobec jakości czyichś miernych wyników w jakichś wysiłkach (głównie typu zawodowego), mawiali "o, artysta od siedmiu boleści". Oczywiście "artysta" mógł być zastąpiony dowolnym zawodem ("lekarz/muzyk/nauczyciel " itd.). Jako dziecko czasami się zastanawiałem, skąd te "siedem boleści", ale potem przyjąłem, że tak się po prostu mówi i kwestie pochodzenia tego idiomu przestały mnie interesować. Tymczasem to Maryja, matka Jezusa, przeżywała siedem boleści (wiadomo, że siedem, podobnie jak trzy, ma swoje "magiczne" znaczenie w symbolice chyba nie tylko chrześcijańskiej). 

O ile kościół  (kolejny tego dnia) nie zrobił na mnie oszałamiającego wrażenia (no barok po prostu), to historia tego miejsca jest dość ciekawa. Początki ruchu pielgrzymkowego do tego miejsca wiążą się z figurą Matki Boskiej Bolesnej wyrzeźbioną przez niejakiego Ignaza Jobsta z Linzu. Na górę Pöstling przyniósł ją kapucyn Franz Anton Obermayr, który w 1716 r. umieścił ową pietę przy przydrożnym krzyżu, a później zamieszkał w pobliżu jako pustelnik.  Od 1720 notuje się początek pielgrzymek do tego miejsca. Hrabiowie von Starhemberg ufundowali następnie kościół, którego budowa zaczęła się w 1742, zaś po kilku etapach, został konsekrowany jako kościół parafialny w 1786 r. Wieże, które widać z daleka z poziomu miasta, zostały dobudowane dopiero w latach 90. XIX w. 

















Po obejrzeniu wnętrza bazyliki, zeszliśmy do restauracji, do której wejście zobaczyliśmy po drodze z przystanku, ale od drugiej strony. Zajęliśmy miejsce przy stoliku, a po chwili zamówiliśmy obiad: bardzo dobrą zupę-krem z ziemniaków i pieczarek i pyszny gulasz wołowy podany z knedlem bułczanym. Jedzenie, można śmiało powiedzieć, po prostu środkowoeuropejskie, znane prawie wszędzie na ziemiach byłego imperium austro-węgierskiego. Restauracja nazywa się Kirchenwirt am Pöstlinberg (tak było wydrukowane na rachunku), natomiast szyld przy wejściu miał nazwę Eggenberg. Dziwna sprawa, bo chciałem znaleźć więcej informacji o tym lokalu w internecie, ale kiedy wpisałem "Eggenberg", ukazała się informacja, że taka restauracja owszem istnieje, ale w... Grazu. Nie wiem jaki był cel umieszczenia tego szyldu, skoro akurat ta sympatyczna knajpa nazywa się Kirchenwirt. 






Syci i usatysfakcjonowani zeszliśmy kilka kroków na przystanek końcowy tramwaju linii 50. Nie czekaliśmy długo i wkrótce wróciliśmy na Hauptplatz, gdzie przesiedliśmy się już do "normalnego" tramwaju, który nas zawiózł do dzielnicy St. Magdalena. Po drodze z przystanku zaszliśmy do miejscowego marketu w celu dokupienia czegoś do jedzenia i picia. 

Wieczór zakończyliśmy kolacją i rozmowami doprecyzowującymi nasze plany na kolejny dzień. Nie wymagało to jednak zbyt wielu przemyśleń, ponieważ głównie miał on polegać na przejeździe do Pistoi w Toskanii.