poniedziałek, 5 stycznia 2026

Sarajewo, dzień trzeci, część trzecia (piątek, 1 sierpnia 2025)



Zwiedzając Bośnię doszedłem do wniosku, że coraz bardziej intryguje mnie historia i kultura Turcji epoki osmańskiej. Oczywiście na studiach historycznych musieliśmy trochę poczytać na temat tego imperium, ale nie oszukujmy się, kto sobie do lektur fakultatywnych nie wybrał konkretnych pozycji na temat jego struktury wewnętrznej, ten przeczytał tylko odpowiednie rozdziały z podręczników do historii powszechnej, a te zawsze są pisane z perspektywy europocentrycznej, a ponieważ na polskich uniwersytetach korzystamy z podręczników polskich autorów, wręcz polonocentrycznej. Kto zaś był pilnym uczniem w liceum, ale nie fanatykiem historii, przeczytał o Turcji pewnie jeszcze mniej. Wszyscy na pewno wiemy jedno -- Rzeczpospolita Obojga Narodów była przedmurzem chrześcijaństwa broniącym dzielnie całej Europy przed zalewem islamu w postaci panowania Osmanów. Tak na marginesie, są też inne kraje w Europie pretendujące do tego miana, np. Węgry lub Hiszpania. Wiemy, że nasz król Władysław Jagiellończyk zginął pod Warną z tureckich rąk, wiemy, że prowadziliśmy z Turkami i ich lennikami krwawe wojny w XVII wieku,  że Turcy chętnie kupowali jeńców z terenów Polski i Ukrainy porwanych w jasyr przez Tatarów, oraz że Jan III Sobieski uratował Wiedeń w 1683 r., za co mu się nikt należycie nie odwdzięczył, ale wiek później Austriacy zabrali kawał naszego kraju. Lubimy też powtarzać legendę o tym, jak to po rozbiorach na dworze sułtana w Konstantynopolu (bo przez cały okres istnienia państwa osmańskiego obowiązywała właśnie ta oficjalna nazwa stolicy) na złość ambasadorowi rosyjskiemu sułtański herold zadawał pytanie o posła z Lechistanu, na co padała odpowiedź "w drodze". 

Kto się interesował trochę bardziej, ten wie, że władze sułtańskie porywały chrześcijańskich chłopców, zwłaszcza z terenów Bałkanów, i wychowywały je na fanatycznych muzułmanów i wiernych żołnierzy zwanych janczarami. Co jeszcze? Do niektórych z nas mogły dotrzeć informacje, że był taki okres, kiedy po śmierci każdego sułtana, zwycięski następca tronu kazał mordować wszystkich swoich braci (a zawsze było ich nie mało biorąc pod uwagę liczbę żon i nałożnic władcy), żeby nikt nie zagrażał jego władzy. Z tego wszystkiego rodzi się obraz państwa pogrążonego w wiecznej wojnie, albo zewnętrznej, albo domowej i chaosie. Tak naprawdę nie wiemy nic o życiu codziennym mieszkańców imperium osmańskiego (celowo nie piszę "Turków", ponieważ było to państwo wielonarodowe). Tymczasem wygląda na to, że nie był to jakiś Mordor, tylko właśnie twór wielokulturowy i stosunkowo tolerancyjny. Oczywiście muzułmanie cieszyli się pozycją dominującą, ale o ile chrześcijanie (np. Serbowie) nie wszczynali buntu, i zapłacili odpowiedni podatek, od którego muzułmanie byli zwolnieni, mogli wyznawać swoją religię bez większych przeszkód. Ba, przecież to do osmańskiej Turcji sprowadzili się masowo Żydzi sefardyjscy, którym sułtan zapewnił ochronę i swobodę wyznania. 

I wbrew pozorom, to dopiero młodoturcy i potem kemaliści (zwolennicy Ata Turka) wprowadzili w życie zasady nowoczesnego, dziewiętnastowiecznego nacjonalizmu, kładąc nacisk na turecką etniczność swoich obywateli, czego efektem były mordy na Ormianach (do których oficjalnie Turcja do dziś się nie przyznaje) czy pogromy i przesiedlenia Greków. Pod rządami sułtanów wszyscy jakoś żyli obok siebie. 

Piszę o tym wszystkim po wrażeniu jakie zrobiły na mnie budynki użytku publicznego w Barsciarsiji ufundowane przez jednego z tureckich gubernatorów (sandżak bejów) Gaziego Husrev beja (1484-1541) zarządzającym sandżakiem Bośni w latach 1521-1525, 1526-1534 i 1536-1541). Oczywiście w tamtych czasach władzy wojskowej nie oddzielano od cywilnej, więc Gazi Husrev bej wsławił się wśród swoich podbojami na terenie Chorwacji i Węgier (m.in. w pokonaniu wojsk chrześcijańskich pod Mohaczem w 1526), ale mnie w tym przypadku zafascynowała jego działalność jako gospodarza Sarajewa. Do dziś na terenie Barsciarsiji stoją budynki jego fundacji (wakuff) i do dziś jest człowiekiem, którego pamięć jest żywa i pielęgnowana. A obiekty, które ufundował, wskazują na to, że miał bardzo, jakbyśmy to dziś kolokwialnie powiedzieli, "ogarniętą" wizję potrzeb mieszkańców miasta. Dzięki jego oficjalnie założonym wakuffom (fundacjom) powstał meczet, medresa (szkoła muzułmańska), biblioteka, łaźnia publiczna, i kilka innych. Struktura społeczna państwa Osmanów niewątpliwie była feudalna, tzn. istniała warstwa begów (szlachty), i magnatów związanych z rodziną sułtańską (sam Gazi Husrev był synem bośniackiego magnata i córki sułtana Bajazyda II, zaś potem był jednym z najbardziej zaufanych ludzi Sulejmana I), ale wyżej wspomniane budynki były ufundowane z myślą o wszystkich muzułmańskich obywatelach miasta. I właśnie te gmachy postanowiliśmy zwiedzić. 

Decyzję podjęliśmy jeszcze wieczorem poprzedniego dnia, ale Jarek stwierdził, że nie chce mu się kupować biletów i wchodzić do środka tych budynków, ponieważ był w Błękitnym Meczecie w Stambule, więc żaden inny meczet już go nie zaskoczy. Jola zgodziła się z mężem i w ten sposób się rozdzieliliśmy na prawie trzy godziny. 

Weszliśmy z Agnieszką na podwórzec dżamiji, żeby w niewielkim budynku w rogu placu zakupić bilety. Mieliśmy jednak pecha, ponieważ sprzedający najwyraźniej zrobił sobie przerwę, a drzwi kasy były zamknięte na klucz. W związku z tym, żeby nie tracić czasu, udaliśmy się najpierw do synagogi znajdującej się już na obrzeżach carsiji (rynku), a właściwie już poza jej terenem. Bilet wstępu kupiliśmy u pani siedzącej przed budką-kasą przed synagogą i weszliśmy do środka. 

Wiele sobie po zwiedzeniu tego żydowskiego domu modlitwy obiecywałem, ponieważ jest to synagoga sefardyjska (z 1581 r., a więc z czasów już osmańskich, potem odbudowywana po pożarach z lat 1679 i 1778), a moje dotychczasowe doświadczenie ograniczało się do polskich synagog aszkenazyjskich (Tykocin, Kazimierz w Krakowie) lub reformowanych (też Kazimierz w Krakowie, Praga i Decin w Czechach). Ciekaw byłem różnic w wystroju i rozplanowaniu. Niestety musiałbym posiadać głębszą wiedzę na ten temat, bo niezwykle skromny wystrój w kamiennych murach sarajewskiej synagogi niczym mnie nie zaskoczył. Natomiast na piętrze urządzono  wystawę zdjęć i artefaktów związanych z życiem sefardyjskiej wspólnoty żydowskiej przed holokaustem, zaś na kolejnej kondygnacji obejrzeliśmy wystawę bardziej przygnębiającą, bo dotyczącą ruchu oporu, ale i samej Zagłady, która nie ominął sarajewskich Żydów. 

Po wyjściu spytałem pani sprzedającej bilety, czy synagoga pełni jeszcze rolę sakralną, na co otrzymałem odpowiedź, że tak, ale tylko raz do roku na święto Rosz Haszana (w Polsce znanym jako Święto Trąbek). Na moje pytanie, czy ta niewielka wspólnota, jaka do tej pory żyje w Sarajewie, to nadal Żydzi hiszpańskojęzyczni (sefardyjscy), odpowiedziała, że jest ona bardzo mała, a stanowią ją potomkowie różnych społeczności żydowskich. Nie umiała mi natomiast odpowiedzieć, czy na co dzień posługują się ladino czy jidysz, i czy podczas uroczystości posługują się sefardyjską czy aszkenazyjską wymową hebrajskiego. 




















































Wróciliśmy pod meczet Gazi Husreva. Kasa w niewielkim budynku w rogu meczetowego dziedzińca była otwarta, więc weszliśmy i zakupiliśmy bilety. W budynku sąsiednim znajdowały się krany, gdzie wierni muzułmanie dokonywali rytualnych ablucji przed wejściem do dżamiji. My tego nie zrobiliśmy tylko udaliśmy się do wejścia, które okazało się być nie tym od frontu, ale zupełnie z boku. Właściwie były to niepozorne drzwi przed którymi stał niewielki regał na buty. Zostawiliśmy więc nasze na zewnątrz, ale po wejściu okazało się, że tuż za drzwiami stał regał o wiele większy, gdzie też można było zostawić obuwie. Agnieszka chciała już wkładać przygotowaną na tę okazję chustę na głowę i ramiona, ale sympatyczny starszy pan z siwą brodą i w białym nakryciu głowy przypominającym trochę tiubitiejkę a trochę jarmułkę, z uśmiechem pokazał jej, że nic takiego robić nie musi. Weszliśmy więc dalej. 

Dżamija w Barsciarsiji jest dużo większa od wszystkich, w jakich do tej pory byliśmy, czy to w Mostarze, Stolacu czy Konjicu. Miała też jakby więcej zdobień na ścianie, ale jedno jest pewne -- meczety generalnie są świątyniami skromnymi. Oczywiście nie byłem w Stambule ani w innych centrach islamu, więc nie mogę powiedzieć, że znam muzułmańską architekturę sakralną, ale myślę, że przy włoskich kościołach i tak pozostają oszczędniejsze w kwestii ozdób. Wiadomo wszak, że bierze się to z samych założeń religii, które zakazują tworzenia wizerunków ludzi. 

Dżamija Gazi Husrev Bega była więc duża, ale robiąca wrażenie stosunkowo pustej, podobnie jak inne bośniackie meczety, które zwiedziliśmy. Na zlecenie fundatora budowla powstała w latach 1530-1537 i była wzorowana na meczetach konstantynopolitańskich, zaś w 1898 r. pod okupacją austro-węgierską, otrzymała elektryczne oświetlenie. Zniszczona podczas serbskiego oblężenia Sarajewa, była remontowana od 1996 r. głównie ze środków z Arabii Saudyjskiej. 

Po wyjściu z samego meczetu podeszliśmy do dwóch turb (mauzoleów), w jednej z których pochowano samego Gazi Husreva. 


























Opuściwszy dziedziniec meczetu udaliśmy się na drugą stronę bazarowej uliczki, żeby wejść do medresy, czyli średniej szkoły religijnej będącej również wynikiem wakuffu Gazi Husrev Bega. Fundator nakazał jej budowę natychmiast po skończeniu meczetu, czyli w 1537 r.  Do medresy przylgnęła popularna nazwa Kursumlija, z powodu ołowianego dachu ją pokrywającego (kurs to ołów po turecku). Bilety, które zakupiliśmy przy meczecie, pokazaliśmy sympatycznej dziewczynie w hidżabie, która towarzyszyła nam w charakterze przewdoniczki przez cały nasz czas zwiedzania. Tzn. w każdej sali tłumaczyła nam, co się w niej znajdowało (głównie były to sypialnie uczniów medresy), po czym się dyskretnie oddalała, żeby nas odnaleźć w następnej sali. Oglądaliśmy dawne podręczniki i pomoce naukowe, bo wygląda na to, że oprócz Koranu uczono tam chłopców również jakichś elementów nauk ścisłych i geografii. Nie byliśmy jedynymi turystami w medresie. Od czasu do czasu mijały nas bowiem kobiety w czarnych abajach i nikabach w takimż kolorze, co znaczyło, że miały zakryte całą twarz oprócz wąskiego paska na oczy. 

Jeżeli pamiętacie moją nieco głupio prześmiewczą wypowiedź z Jablanicy na temat kobiet w takich strojach robiących sobie zdjęcie na moście w Mostarze, to teraz miałem się okazję dowiedzieć, dlaczego nasza przewodniczka nosi tylko hidżab, a te panie nikaby. Dziewczyna zaczęła mi tłumaczyć, że to kwestia bardzo indywidualna, że Bośniaczki raczej nikabów nie noszą, bo nie jest to wyraźnie nakazane w Koranie. Wszystko zależy od stopnia pobożności i od samego tej pobożności pojmowania. Kiedy tak mi o tym opowiadała, podeszła do niej jedna z czarno okrytych kobiet i spytała po angielsku, czy się pytam o ich stroje. Trudno było to ukryć, skoro właściwie w ich obecności rozmawialiśmy po angielsku. Po otrzymaniu twierdzącej odpowiedzi, piękną brytyjską angielszczyzną potwierdziły to, co już powiedziała mi dziewczyna-przewodniczka. Powiedziały, że po prostu w ich rodzinie jest taka tradycja. Ośmielony tą bardzo spokojną i kulturalną odpowiedzią, spytałem skąd są. Podobnie jak w klasztorze derwiszów w Blagaju, gdzie sympatyczna dziewczyna w hidżabie, która robiła nam zdjęcie, okazała się Kanadyjką, tak samo tutaj przeżyłem pewien rodzaj zaskoczenia, ponieważ obie panie powiedziały, że są z Londynu. Dodały, że w swoich strojach odsłaniających jedynie oczy chodzą regularnie do pracy i nikogo to tam nie szokuje, a chodziło chyba o jakąś pracę biurową, ale o szczegóły już nie wypytywałem. To była bardzo sympatyczna wymiana informacji, ponieważ spytały mnie skąd jestem, na co opowiedziałem nieco o polskich Tatarach mieszkających w mieście, gdzie mieszkami i jego okolicach. 

To już było pod koniec ekspozycji zabytkowej medresy, więc serdecznie podziękowaliśmy naszej młodej przewodniczce, której usług zresztą wcale się wcześniej nie spodziewaliśmy. Ruszyliśmy na sąsiednie podwórko do biblioteki również fundacji Gazi Husrev Bega. 









Bibliotekę Gazi Husrev ufundował w tym samym roku, co medresę, czyli w 1537. Częściowo zniszczył ją znany nam już z Timisoary austriacki generał Eugeniusz Sabaudzki w 1697, zaś niemalże unicestwili Serbowie podczas oblężenia Sarajewa na początku lat 90. ubiegłego stulecia. Na szczęście księgozbiór w porę przeniesiono do meczetu cesarskiego, dzięki czemu duża jego część ocalała. Obecny gmach biblioteki, ze szkła i marmuru to już dzieło odbudowy z lat 2004-2014. 

To, co mogliśmy podziwiać na bibliotecznej wystawie to po prostu misternie wykonane manuskrypty i starodruki alfabetem arabskim, którego niestety czytać nie umiemy, dlatego nic nie uszczknęliśmy z ich treści, natomiast przyglądaliśmy się im z niemym podziwem dla kunsztu kaligrafów, iluminatorów (od razu przychodzi na myśl powieść "Nazywam się Czerwień" Orhana Pamuka) i introligatorów. Taką książkę chciałoby się mieć dla samego piękna jej wykonania. Oprócz samych książek wystawa przedstawia sarajewskich uczonych, których nie było wcale tak mało, a oprócz teologii zajmowali się szerokim spektrum nauk. Ich sława pozostaje jednak lokalna, ponieważ żyjemy w świecie zachodniocentrycznym, do świadomości którego trudno się przebić pisarzom i uczonym ze wschodniej części Europy. Na koniec obejrzeliśmy inskrypcje wykute w kamiennych fragmentach budynków, jak się domyślam. 










































Naprawdę byłem pod wrażeniem wszystkich budynków ufundowanych przez Gazi Husrev Bega i wizyta w nich pozostanie wspaniałym doświadczeniem estetycznym. Ponieważ bardzo sobie cenię spotkania z ludźmi, rozmowa z przemiłą przewodniczką z medresy i dwoma londyńskimi muzułmankami również pozostanie w mojej pamięci. 

Wkrótce spotkaliśmy się z Jolą i Jarkiem, którzy już byli po obiedzie. My tak naprawdę po porannym obfitym posiłku nadal nie byliśmy głodni, ale postanowiliśmy jednak zjeść coś niedużego, bo było już po 15.00. Zdecydowałem, że nie będziemy szukać jakichś restauracji, tylko pójdziemy do ćevabdżinicy w ciągu sklepików, jakie mijaliśmy. Wszak sarajewskie czewapy słyną we wszystkich krajach byłej Jugosławii. 

Wstąpiliśmy więc do  ćevabdżinicy Zeljo, która była drewnianą wielką budą ze stolikami i tłumem gości szczególnie nastawioną na kibiców piłkarskich. Na wolne miejsce musieliśmy trochę poczekać, ale w końcu ktoś skończył swój posiłek i zwolniły się cztery miejsca. Janiccy byli po obiedzie, więc nic nie zamówili, natomiast my wzięliśmy po liepinji z czewapami i cebulą, zaś do popicia zamówiłem ajran podany w fabrycznym opakowaniu. Niczego więcej się po tym lokalu nie spodziewałem, więc żadnego powodu do narzekania nie było. Czewapy z cebulą w liepinji, czyli podane "klasycznie" (tak samo podane można zjeść np. w Splicie) były bardzo smaczne. Trudno mówić, że zaspokoiliśmy głód, bo naprawdę od śniadania byliśmy syci, ale po prostu uzupełniliśmy zapas energii, po czym powoli ruszyliśmy tym razem ulicą marszałka Tity w kierunku naszego przystanku. 





Już przed samym skrzyżowaniem, gdzie się ów przystanek znajdował trafiliśmy na spory plac zajęty przez stoiska bukinistów. Kto mnie zna, ten wie, że w księgarniach i na stoiskach z książkami mogę spędzić cały dzień. W dawnych czasach, kiedy jeszcze wierzyłem, że nauczę się wszystkich języków świata, nawet kupowałem książki w językach, których nie znałem. Na stare lata mi to przeszło, choć niektóre tytuły kusiły. 

Przeglądając ogromną część wystawianej literatury naszło mnie niepokojące pytanie, a mianowicie "Czy jestem islamofobem?" W moim przypadku z muzułmanami jest jak z Amerykanami. Osobiście nigdy nie spotkałem głupiego Amerykanina, ani niemiłego muzułmanina. Sympatyczna rozmowa z muzułmankami w medresie utwierdziła mnie w przekonaniu, że to przecież tacy sami ludzie, jak my, więc dlaczego nie mielibyśmy żyć w pokoju. Widok wielu drukowanych wersji Koranu oczywiście mnie nie zdziwił, ale tyle opracowań np. nt. "islamskiej tożsamości Europy," historii świata muzułmańskiego i innych pozycji na podobne tematy wprowadził w mój umysł pewien niepokój. Bo co, jeśli pewnego dnia muzułmanów będzie w Europie tylu, że zechcą wprowadzać swoje prawo i je egzekwować przy pomocy naostrzonego miecza? No oczywiście mam od razu obraz szaleńców z państwa islamskiego, al-Kaidy, czy innych terrorystów. Na szczęście myśl ta nie zagościła w moim umyśle na długo. Nadal naiwnie wolę wierzyć w porozumienie ludzi dobrej woli niezależnie od światopoglądu. 













Pod drugiej stronie ulicy marszałka Tity patrzył na mnie ze swojego kamiennego konia równie kamienny król Trvtko I Kortumanić, więc chyba nic złego się tutaj wydarzyć nie mogło. Poza tym byliśmy w mieście, gdzie gubernator Gazi Husrev Beg postanowił zostawić po sobie coś, co będzie trwałym dobrem mieszkańców miasta, a dobro to to gmachy, gdzie ludzie się modlą, uczą się i czytają. Tutaj barbarzyńcami okazali się nie muzułmanie, ale Serbowie. 

Tym razem na autobus zbyt długo nie czekaliśmy. Na naszym przystanku zrobiliśmy zakupy spożywcze w delikatesach i w piekarni obok i pomaszerowaliśmy na kwaterę. Na wizytę w zoo się jednak nie zdecydowaliśmy. Następnego dnia czekała nas długa droga z powrotem do Serbii, a konkretnie do Suboticy przy granicy węgierskiej, ale za moją namową, Jarek zgodził się nieco nadłożyć drogi, żebyśmy mogli zwiedzić Travnik -- wiecie, to miasto, skąd przyszła burumtija, żeby pochwycić braci Moriciów. O tym już wkrótce. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz