wtorek, 6 stycznia 2026

Travnik, Zmajevac i Subotica (sobota, 2 sierpnia 2025)

W sobotę rano po śniadaniu znieśliśmy nasze bagaże do samochodu i zgodnie z umową z Ahmedem zanieśliśmy klucze do jego mieszkania do kawiarni na parterze bloku po przeciwnej stronie niewielkiego parkingu. Nasz krótki pobyt w Sarajewie dobiegał końca. Czekał nas przerzut do Suboticy, miasta, które zaplanowaliśmy również dzięki Balkan Dadowi i jednej z jego rolek. Po drodze jednak postanowiliśmy podjechać do Travnika, przede wszystkim, żeby zobaczyć zamek wezyrów. 


Nawigacja poprowadziła nas jakoś tak zgrabnie, że w ogóle nie musieliśmy wjeżdżać do centrum Sarajewa, jak myślałem patrząc na mapę. Żegnaliśmy to miasto z poczuciem, że doświadczyliśmy obecności w ciekawych historycznych miejscach, choć oczywiście nie zdążyliśmy zobaczyć ich wszystkich. Z całą pewnością pozostanie w naszej pamięci również jako miasto, którego mieszkańcy przeszli piekło pobratymczej wojny, gdzie szereg ważnych i mniej ważnych budynków zniszczono ostrzałami, gdzie wiele domów do dziś nosi ślady kul i gdzie specjalnie zaznaczono miejsca, w których zginęło co najmniej troje ludzi. Na tzw. sarajewskie róże, czyli punkty na chodnikach i placach z plamami z czerwonej farby natykaliśmy się nader często, co wskazuje na skalę potworności, na jakie cywilną ludność stolicy Bośni naraziła nienawiść serbskich sąsiadów. 

Bardzo szybko znaleźliśmy się poza miastem znowu wjeżdżając między góry. Wjechawszy do Travnika, miasteczka niewielkiego, ale niegdyś odgrywającego w Bośni rolę ważniejszą od Sarajewa (po spaleniu tego ostatniego przez Austriaków w XVII w.), bo to tam mieściły się władze administracyjne, siedziba bośniackiego wezyra, który rezydował właśnie na travnickim zamku, musieliśmy trochę pokrążyć po wąskich ulicach, zanim w końcu znaleźliśmy miejsce do zaparkowania. 




Po chwili znaleźliśmy się na Donja čaršija (rynek Donja), na którym wzrok i zainteresowanie przyciąga kolorowy meczet zbudowany w 1816 roku przez bośniackiego wezyra Sulejmana Paszy Skopljaka na miejscu spłoniętej dżamiji z 1757 r. Od samego początku dżamija charakteryzowała się kolorowymi malunkami na zewnętrznych ścianach, które oczywiście trzeba było odnawiać, zwłaszcza po uszkodzeniach z czasów II wojny światowej. Największym problemem budynku było jego opuszczenie i zaniedbanie. Na szczęście w latach 80. XX w. zdecydowano się na restaurację obiektu. Obecnie jest częścią trawnickiego muftiluka, czyli administracyjnej jednostki religijnej. Zajrzawszy do internetu, zobaczyliśmy, że wnętrze budynku jest chyba najbardziej imponujące i kolorowe ze wszystkich, jakie do tej pory w Bośni i Hercegowinie widzieliśmy, ale niestety drzwi dżamiji były zamknięte na cztery spusty. 

















Pamiętając, że głównym celem naszego nadłożenia drogi do Travnika był zamek wezyrów, udaliśmy się właśnie w jego kierunku. Droga wiodła wąską ulicą dość stromo pod górę. Po drodze minęliśmy inny, skromniejszy, meczet, Lončarica dżamiję, któremu nie poświęciliśmy jednak większej uwagi, bo oto dochodziliśmy do Starego Gradu, albo Trvdavy, czyli do trawnickiego zamku. 














Przed niedużym wejściem w kamiennym murze stała niedługa międzynarodowa kolejka, więc się spokojnie w niej ustawiliśmy. Kiedy jednak nadeszła nasza kolej, spotkało nas chyba największe rozczarowanie podczas całej naszej wyprawy. Oto bowiem nieprzyjemny typ w kasowym okienku (otyły facet chyba taki bardziej w naszym wieku) okazał się strasznym służbistą i "patriotą". Okazało się bowiem, że w jego kasie nie da się zapłacić kartą, bo w ogóle nie ma terminala. My natomiast celowo wydaliśmy ostatnie marki w Sarajewie, żeby nie wywozić tej sztucznej waluty. Ani w Mostarze i okolicach, ani w Sarajewie, nie było problemu, żeby w razie braku marek zapłacić po prostu euro. Uznaliśmy to więc za swego rodzaju normę, że wszędzie nam tę europejską walutę przyjmą. Tymczasem nieprzyjemny "komunistyczny służbista", jak go w duchu nazwałem, w budce stwierdził, że "tu jest Bośnia i euro nie jest tutaj walutą". Odeszliśmy więc jak niepyszni, bez zamiaru mitrężenia kolejnych minut na szukanie kantoru i powrotu na górę. Mieliśmy przed sobą jeszcze kawał drogi. 












Wróciliśmy pod kolorowy meczet z niewielką nadzieją, że może go już ktoś otworzył, która okazała się płonna. Zajrzeliśmy tylko na moment do sklepu z pamiątkami znajdującym się w ciągu lokali w parterowo-piwnicznej części meczetu. Travnik okazał się niewypałem, ale mimo wszystko, nie żałuję, że tam zajechaliśmy. Niewiele bo niewiele, ale jednak trochę go zobaczyliśmy z poziomu ulicy. 

Opis drogi do Zmajevaca w Chorwacji Wam podaruję, ponieważ była ona długa i żmudna, a na nawigację czasami trudno było liczyć z powodu zamkniętych odcinków dróg na czas remontów. Były też odcinki, że poprowadziła nas wąską, na szczęście asfaltową, szosą po górach między polami, żeby nas sprowadzić na główną szosę, do które można było spokojnie dojechać jadąc dołem. No trudno. 

Stopniowo zmieniał się krajobraz. Niekoniecznie mam tu na myśli ukształtowanie terenu, choć to też, ale przede wszystkim w pewnym momencie przestaliśmy dostrzegać meczety w mijanych wsiach i miasteczkach. Teren robił się coraz bardziej "kościelny", może nawet środkowoeuropejski. 

Przekroczenie granicy bośniacko-chorwackiej po dość długiej jeździe w sznurze wolno posuwających się samochodów odbyło się tak bezproblemowo, że nawet nie pamiętam jakichkolwiek formalności. Po niecałych kolejnych dwóch godzinach dotarliśmy do chorwackiej wsi Zmajevac, znanej nam z kulinarnych podróży pana Roberta Makłowicza, gdzie tenże był kilka lat temu, a gdzie znowu trafił już po naszych wakacjach. 

Kierując się nawigacją przejechaliśmy koło Restauracji Winiarni Josić, ponieważ nie zauważyliśmy miejsc wolnych miejsc parkingowych, natomiast GPS prowadził nas dalej. Wyjechaliśmy poza teren wsi, skręciliśmy w prawo w pole, potem znowu w prawo i znaleźliśmy się na drodze, którą w Polsce nazwalibyśmy "zagumienną", czyli biegnącą nie od frontu, a od tyłu gospodarstwa. Zaparkowaliśmy -- do dziś nie wiemy, czy nie było to czyjś prywatny teren i czy w ogóle mieliśmy tam prawo zostawić samochód -- na jakimś zapleczu zamkniętego lokalu gastronomicznego, a może raczej winiarni, albo winnej piwniczki z wyszynkiem. Przez nikogo nie niepokojeni zeszliśmy schodkami między budynkiem a jakimiś zaroślami do głównej ulicy i wkrótce znaleźliśmy się Josiciu. 

O moi drodzy! Wierzcie mi, a nawet mi wierzajcie, jak mawia pan Robert Makłowicz, że dawno nie byłem w lokalu na takim poziomie. Wszyscy kelnerzy posługiwali się nienagannym angielskim, a pozwalam sobie na taki kwantyfikator, z tego względu, że podobnie jak w polskim filmie "Zaklęte rewiry", jeden starszy kelner przyjął nasze zamówienie, a potem kilku młodych chłopaków nam je przynosiło. To znaczy, że zawód kelnera traktuje się tam poważnie, i że istnieje ścisła hierarchia. No i właśnie oni wszyscy mówili po angielsku. Jedzenie było natomiast zjawiskowe -- nietanie, ale myślę, że czasami warto wydać na coś o tak dobrej jakości. I teraz clue programu! Po raz pierwszy w życiu zjadłem żabie udka! Nigdy nie mogłem na nie trafić ani w Paryżu, ani w Bordeaux, a trafiłem we wsi Zmajevacu w Chorwacji. Nie wiem, jak je podają we Francji, ale tutaj szczerze mówiąc nie bardzo odczułem smak tego specjału, ponieważ przede wszystkim czuło się smak panierki, w której były usmażone. Nie piszę tego, żeby krytykować restaurację, tylko po prostu takie było moje wrażenie z tych żabich udek. Pozostałe potrawy były pyszne i bardzo estetycznie podane. Tak czy inaczej, jeżeli traficie w tamte okolice (granica chorwacko-serbska), ten lokal warto odwiedzić! 








Po obiedzie wyszliśmy na krótki rekonesans po winnych piwniczkach, bo pod tym względem ta ulica Zmajevaca przypominała nieco okolice Tokaju, albo Mikulova, ale większość była zamknięta. Jedyna otwarta była właściwie pijalną wina, gdzie nie sprzedawano butelek na wynos. W związku z tym nasz plan zakupienia dobrego wina na wieczór w Suboticy spalił na panewce. 

















Wkrótce potem znaleźliśmy się na granicy chorwacko-serbskiej, gdzie znowu nikt poza zerknięciem w paszporty nie robił żadnych problemów, więc przekroczyliśmy ją szybko i sprawnie. 

Po serbskiej stronie natomiast moją uwagę zaczęły przyciągać tablice z nazwami mijanych miejscowości. Czasami mieściły cztery, a czasami nawet pięć nazw tej samej miejscowości, z czego czasami dwie, a czasami trzy były identyczne. Oczywiście były nazwy pisane cyrylicą, a więc po serbsku. Ponieważ w Serbii obowiązuje również alfabet łaciński, była i ta wersja, a ponieważ wersja chorwacka od tej ostatniej niczym się nie różni, dwa razy pojawiał się ten sam napis. Była też wersja węgierska -- znajdowaliśmy się nie tylko w pobliżu granicy z Węgrami, ale również na terenach zamieszkałych przez madziarską mniejszość. Nie zawsze, ale czasami pojawiał się piąty napis, który najczęściej (choć chyba nie zawsze) okazywał się identyczny z wersją chorwacką i serbską w alfabecie łacińskim, którego obecności długo nie mogłem pojąć. Tak naprawdę sprawdziłem to dopiero po powrocie do Polski, ale do tego jeszcze wrócę. 

Po drodze zadzwoniliśmy do naszego gospodarza, czyli właściciela mieszkania, gdzie mieliśmy spędzić dwie kolejne noce. Milan bardzo dobrą angielszczyzną umówił się z nami na konkretną godzinę pod blokiem i zapowiedział, że przyjedzie na motocyklu. 

Kiedy podjechaliśmy pod nasz adres zaparkowaliśmy samochód po innej stronie bloku, niż wejścia, więc musieliśmy okrążyć nie tylko ten blok, ale jeszcze ten stojący przy prostopadłej ulicy i skręcić w lewo w kolejną. Tam faktycznie czekał na nas wysoki brunet ok. czterdziestki na motocyklu. Jarek wrócił po samochód i kierowany przez Milana wjechał za szlaban na parking przy naszym wejściu na klatkę schodową. 

Mieszkanie przypominało rozkładem nieco to należące do Ahmeda w Sarajewie, ale było mniejsze. Tym razem Janiccy zajęli sypialnię, a my rozkładaną kanapę w salono-kuchni. Tak, właśnie -- w odróżnieniu od kanapy Ahmeda, ta się rozkładała i była wygodna. 

Po rozpakowaniu niezbędnych rzeczy wyszliśmy na krótki spacer. Przede wszystkim chodziło nam o zakup pieczywa. Najbliższy sklep przy ulicy, gdzie pierwotnie zaparkowaliśmy samochód, okazał się punktem sprzedaży głównie alkoholu i słodyczy, więc poszliśmy nieco dalej, gdzie znaleźliśmy sklep ogólnospożywczy. Do tego pierwszego zaszliśmy jednak w drodze powrotnej, żeby kupić jakieś wino do kolacji. Nie było to wino, które "krzywdzi" (zasłyszane od pewnego radiowego sommeliera), a musiało nam zastąpić owoc winnego krzewu i pracy rąk winiarzy ze Zmajevaca. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz