To, że historia o braciach Morić fascynuje mnie od dawna świadczy choćby wpis na moim starym blogu z 4 września 2012 r.
https://stefankubiak.blogspot.com/2012/09/spotkanie-z-ballada-5-czyli-historia.html
Jak już wcześniej wspominałem zauroczenie sevdalinkami wzięło się u mnie jako rezultat oglądania filmów Emira Kusturicy, w tym przypadku "Otac na sluzebnom putu" z 1985 r. Natomiast dopiero poprzedniego wieczora doczytałem w przewodniku, że wracając spod stacji kolejki linowej przez plac, na którym szykowano się nocnego koncertu, przeszliśmy z powrotem na stronę Barscarsiji przez "most burmistrza", czyli Šeher-Ćehaja ćuprija. Teraz natomiast, wracając z wycieczki na górę Trebević, udałem się tam z pełną świadomością, żeby znaleźć się ponownie tam, gdzie bracia Morić palili swoje długie fajki siedząc po obu bokach mostu tak, że się stykały pośrodku. Potrafili w ten sposób spędzić wiele godzin na dyskusjach, podczas których nikt nie śmiał przejść tym mostem przejść na drugą stronę rzeki, co m.in. pokazuje jakimi bracia byli ludźmi. Lubili pokazać, kto tu rządzi. Sam most zbudował niejaki Alija Hafizadić w roku 1585/86. Ulegał on zawaleniu z powodu powodzi w latach 1619, 1629., 1848 i 1880. Obecny most nie jest więc dokładnie tym samym, na którym w latach pięćdziesiątych osiemnastego wieku dwaj sarajewscy watażkowie palili fajki, ale mieści się w tym samym miejscu.
Braci Ibrahima (Ibru) i Mehmeda zwanego Paso stracono w 1757 r., i przywrócono władzę administracji osmańskiej, ale legenda przetrwała dwa i pół stulecia, zaś na YouTube można znaleźć wspomnianą na początku bośniacką sevdalinkę.
Po przejściu legendarnym mostem znaleźliśmy się na wprost sarajewskiego ratusza, który jest budynkiem zjawiskowym. Widziałem imponujące budynki mieszczące władze miejskie we Włoszech, widziałem olbrzymie ratusze w Niemczech. Znamy oczywiście renesansowe zarówno wielkie (np. Poznań) jak i nieduże i zgrabne gmachy tego typu z innych polskich miast (Sandomierz, Tarnów), ale żaden nie przypomina pałacu z "Baśni z tysiąca i jednej nocy", a takie wrażenie właśnie robi gradska vijecnica w Sarajewie. Architekt, który gmach zaprojektował, Austriak Alexander Wittek, zmarł w trakcie pracy nad projektem, a jego dzieło przejął Ćiril Iveković, który go zmodyfikował w stylu neomauretańskim. Dlatego właśnie sarajewski ratusz jest tak innych od ratuszy w innych miastach Europy. Wzniesiono go w latach 1882-1884. To właśnie w nim podejmowano arcyksięcia Ferdynanda z jego żoną Zofią tuż przed ich tragiczną śmiercią. Po drugiej wojnie światowej mieściła się tu uniwersytecka biblioteka, którą niemal doszczętnie zniszczyli Serbowie w 1992 r. ostrzelawszy budynek. Książki niestety nie ocalały. Po odbudowie (z przerwami od 1996 do 2012) gmach ratusza uroczyście otwarto 17 lipca 2014 r. Obecnie jest siedzibą burmistrza i rady miejskiej. Oprócz funkcji oficjalnych mieści również galerię sztuki. Jest też miejscem oficjalnych uroczystości i koncertów.
Kiedy po zakupieniu biletów weszliśmy do olbrzymiego hallu otoczonego krużgankami w stylu mauretańskim, akurat grupa specjalistów przygotowywała pomieszczenie do ślubu. Nie dopytywałem, czy związek małżeński zawierała para VIPów, czy tez zwykłych obywateli Sarajewa, ale miałem wrażenie, że skoro kogoś było stać na wynajęcie ratusza i ekipy fachowców, z pewnością musiał to być ktoś majętny. Weszliśmy na piętro, gdzie rozpoczęliśmy właściwe zwiedzanie.
Ponieważ hall, gdzie szykowano ślub sięga aż witrażowego świetlika w dachu, poszczególne piętra stanowią krużganki obiegające tę przestrzeń. Pierwsze piętro obeszliśmy zaglądając do pomieszczeń władz miasta, m.in. salę posiedzeń rady miejskiej, a także aulę i inne biura. Ze ścian pomiędzy tymi pomieszczeniami spoglądali na nas z portretów i zdjęć dawni, niedawni i obecni burmistrzowie Sarajewa. Nie można do nich wejść głębiej, ponieważ zaraz za drzwiami od reszty pomieszczenia zwiedzających oddziela taśma wyznaczająca granicę, do której mogą się zagłębić. Na tym samym piętrze znajduje się też pomieszczenie poświęcone arcyksiążęcej parze, która po opuszczeniu tego gmachu 28 czerwca 1914 r. spotkała swoje tragiczne przeznaczenie w postaci Gavrila Principa.
Piętro wyżej znajduje się galeria sztuki nowoczesnej, część której poświęcona jest instalacjom, rzeźbom i obrazom zgoła abstrakcyjnym, ale część ma wymiar bardzo politycznie zaangażowany i symboliczny -- to dzieła ukazujące morderczość ideologii, potworności wojny itd., co w tym miejscu ma jak najbardziej sens, bo przecież sarajewski ratusz to miejsce, które zostało zniszczone właśnie przez absurdalne dążenie do unicestwienia drugiego człowieka i tego, co zbudował.
W pewnym momencie doznałem głębokiego wzruszenia, ponieważ trafiłem na instalację Richarda Nonasa z 1995. pt. Tours. Richarda, nowojorskiego intelektualistę i artystę, poznałem w 1990 r., kiedy jako student ostatniego roku historii, który posługiwał się językiem angielskim, znalazłem zatrudnienie w wielkim artystycznym projekcie polskiego artysty Ryszarda Waśko "Konstrukcja w procesie". Ta edycja tego przedsięwzięcia miała miejsce w Łodzi. Kwatera główna mieściła się w galerii sztuki "Wschodnia" przy ulicy o tej samej nazwie i tam przychodziłem rano, żeby znaleźć sobie przydział do zagranicznych artystów, których trzeba było zaprowadzić w jakieś konkretne miejsca -- np. do Teatru 77 na Zachodniej, do Teatru Nowego przy Więckowskiego, do części zabudowań Scheiblera w parku Źródliska, gdzie właśnie otwierano Muzeum Kinematografii, czy do pofabrycznego budynku przy Targowej, gdzie artyści ustawiali swoje instalacje w wielkich halach, gdzie jeszcze kilka lat wcześniej dudniły maszyny. Artystów trzeba było zaprowadzić na miejsce, porozumieć się z gospodarzami miejsca -- tylko niektórzy mówili po angielsku. Za tę robotę nieźle płacono, ale najwyższą jej wartością była możliwość spotkania niezwykle ciekawych ludzi. Najbardziej lubiłem pracować z Hanne Tierney i Ann Thulin, wspaniałymi inteligentnymi kobietami tworzącymi teatr kostiumów. Hanne wieszała kostiumy na specjalnej konstrukcji i za pomocą żyłek poruszała nimi z boku tak, że robiły wrażenie aktorów poruszających się w przestrzeni -- chodzących, tańczących, całujących się itd. Ann w tym czasie czytała narrację będącą kompilacją tekstów Gertrude Stein. I właśnie Ann Thulin była żoną Richarda Nonasa, który po swojej pracy polegającej na rozstawianiu własnych instalacji, wpadał do teatru, gdzie Hanne i Ann przygotowywały swój performance. Wtedy to właśnie poznałem tego już wówczas niemłodego, a dziś nieżyjącego, artystę. To właśnie w tamtych czasach "Konstrukcji w procesie" z jednej strony pozbyłem się kompleksów wobec ludzi z tzw. Zachodu (jako dziecko komuny miałem wyidealizowany obraz Amerykanów i Europejczyków z Zachodu), ale równocześnie wyrobiłem sobie bardzo dobre zdanie o Amerykanach, uważając ich za bardzo oczytanych, inteligentnych i po prostu mądrych ludzi. Tacy byli Hanne, Ann i Richard. Reszty amerykańskiego społeczeństwa nie znałem. Pobieżnie poznałem innych nowojorskich artystów, w tym jednego, który fizycznie zniszczył instalację swojemu koledze. Dzieło składało się z nadmuchanych balonów, a ten je wszystkie poprzekłuwał, widziałem też gości o wyglądzie gangsterów, którzy chcieli sprowokować Ilana, przystojniaka z Izraela. Ale jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby to ten obraz rozszerzyć na wszystkich Amerykanów, tylko właśnie Hanne, Ann i Richarda. Ten tydzień przebywania z nimi niezwykle poszerzył moje horyzonty w ogóle, a na pewno wpłynął na poprawę umiejętności mówienia po angielsku (w wersji amerykańskiej oczywiście). Z Hanne jeszcze jakiś czas korespondowałem, ale potem ta wymiana tradycyjnych listów się z mojej winy urwała, a rok później zamiast do Nowego Jorku przeprowadziłem się do Białegostoku. I teraz, po trzydziestu pięciu latach trafiłem na dzieło Richarda Nonasa w sarajewskim ratuszu. Odżyły wspmnienia z najpiękniejszej przygody mojego życia.































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz