sobota, 22 lutego 2025

Walhalla w Donaustauf (piątek, 2 sierpnia 2024)




Istnieją historycy, którzy ściśle wiążą nacjonalizm z istnieniem państwowości. To semantyczne nieporozumienie, które przysparza tyle komunikacyjnych problemów, wynika z różnic w definicji wyrazów, które próbujemy tłumaczyć na zasadzie jeden do jednego. Myślimy, że pole semantyczne np. angielskiego wyrazu "nation" pokrywa się w stu procentach z polem semantycznym polskiego "naród". Tymczasem w językach zachodnich "nation" to ludność danego kraju. Stąd np. w amerykańskich tekstach możemy znaleźć zdania, typu, że "New York is the largest city in the nation". Po polsku nigdy byśmy nie powiedzieli, że Warszawa jest największym miastem w narodzie, tylko w kraju. Dla ludności anglojęzycznej nation to praktycznie synonim country.  Tymczasem w polskich szkołach uczy się dzieci od najmłodszych lat, że państwo i naród to dwa odrębne pojęcia. Co ciekawe, nie jest to jakieś bardzo stare i tradycyjne ujęcie, bo jeżeli przypomnimy sobie słowa naszego hymnu, w którym Józef Wybicki napisał, że "będziem Polakami", co oznaczało, że bez państwowości Polakami nie jesteśmy, to pojmiemy, że pojęcie narodu, który może istnieć bez państwa ukształtowało się w wieku XIX, już pod zaborami. Bardzo ciekawym przykładem są również Żydzi, którzy przez wieki uważali się za naród nie posiadając własnego terytorium państwowego. Tu zresztą też wkradały się różne semantyczne nieporozumienia, bo w pewne grupy Żydów przestały się uważać za osobny naród, a jedynie grupę wyznaniową, zaś inni zaczęli dążyć do utworzenia państwa z własnym terytorium, żeby właśnie w pełni stać się narodem. 

W języku angielskim "nationality" to synonim "citizenship" i tak też mamy w paszportach. Zabawne jest, kiedy przedstawiciele mniejszości etnicznych (to znowu kalka z angielskiego, bo w Polsce używamy terminu "mniejszość narodowa") uważają, że np. w paszporcie w linijce oznaczonej "nationality" powinni mieć wpisane np. białoruskie, a nie polskie. To nieporozumienie bierze się właśnie z prostego a nieprecyzyjnego tłumaczenia "nationality" jako "narodowość." 

Temat tożsamości, tożsamości narodowej czy etnicznej jest bardzo ciekawy i niestety na tyle niedoprecyzowany, że oprócz prostych nieporozumień na linii faktycznych podziałów, będziemy się pewnie nadal spierać o rzeczy, które wynikają z rozmijania się naszego rozumienia pewnych pojęć. 

Przejęliśmy z literatury zachodniej pojęcie państwa narodowego jako przeciwieństwa imperium. Faktycznie w średniowieczu, czy jeszcze we wczesnej epoce nowożytnej władcom zależało na rozciągnięciu swojej władzy na jak największe tereny, a przynależność etniczna poddanych czy też potencjalnych poddanych nie miała żadnego znaczenia. Politycy przeprowadzali roszady na mapach nie licząc się w ogóle ze składem etnicznym terenów, o których dyskutowano. Np. w okresie rozbiorów Prusacy mieli początkowo pomysł, że zabiorą Rzeczypospolitej Wielkopolskę, ale Rzeczpospolitej da się rekompensatę w postaci Mołdawii. To było myślenie starego typu. 

Faktycznie w XIX wieku zaczęły się kształtować nacjonalizmy, i tzw. państwa narodowe, gdzie element etnicznej jedności zaczął odgrywać ważną rolę, choć jak wiemy, w państwach zachodnich również żyją mniejszości narodowe i nie są to etniczne monolity. I teraz pojawia się coś, co prowadzi do źródła największych nieporozumień. Otóż niektórzy twierdzą, że wraz z państwami narodowymi pojawiły się też nacjonalizmy. Tak na marginesie, w języku angielskim "nationalism" nie ma aż tak negatywnego wydźwięku jak polski "nacjonalizm". My, Polacy, i generalnie mieszkańcy naszej części Europy, rozumujemy, że naród to jest grupa etniczna, plemię. Stąd nie przyjmujemy takiej teorii. Jeżeli Teodoryk Wielki zabraniał Ostrogotom na gruzach zachodniego cesarstwa rzymskiego żenić się z Rzymiankami, czy też przedstawicielami ludności miejscowej, to jak to nazwać? Kierował się po prostu ostrogockim nacjonalizmem. W językach zachodnich nazwano by to jednak trybalizmem (od tribe -- plemię). 

Śmieszy mnie, gdy słucham polskich historyków lub socjologów, którzy twierdzą, że skoro państwo niemieckie powstało dopiero w 1871 r. , po tym jak pruski kanclerz Bismarck pokonał Francję Napoleona III i zjednoczył państewka niemieckie pod naciskiem Prus, to wcześniej nie było niemieckiego nacjonalizmu. Tymczasem istnieją pisane świadectwa, że poczucie jakiejś jedności, ale przede wszystkim wyższości ludzi posługujących się językiem niemieckim istniało już w średniowieczu. Niektórzy historycy ignorują fakt, że feudałowie niemieccy, którym udało się zdobyć kontrolę nad terenami dawengo państwa wschodniofrankijskiego, zanim koronowali się na cesarzy rzymskich, otrzymywali tytuł królów niemieckich. Święte Cesarstwo Rzymskie było cesarstwem narodu niemieckiego i żebyśmy nie wiem jakie semantyczne łamańce wyrabiali, nic tego nie zmieni. 

W wieku XVIII, a więc stulecie przed zjednoczeniem Niemiec, niemiecki filozof Johann Gottfried Herder nakreślił teoretyczne założenia "narodu" (niem. Volk, czyli po polsku dosł,. "lud", bo "Nation" ma znaczenie podobne jak angielskie "nation"). Zafascynowany ludowością, baśniami i pieśniami niemieckimi, pisał o roli języka ojczystego i koniecznością posługiwania się nim. Herder był prekursorem romantycznego myślenia o roli jednostek i całych narodów właśnie w logicznie rozwijającym się planie historii świata. Oczywiście dla niego narodem, któremu przypadła rola szczególna byli Niemcy. 

Dodatkowym bodźcem do rozwoju niemieckiego nacjonalizmu było upokorzenie jakiego doznali wszyscy Niemcy ze strony Napoleona Bonaparte. Ten najpierw zdeprecjonował anachroniczny i zresztą od zawsze oszukańczy tytuł cesarza rzymskiego. Przyjmując tytuł cesarza Francuzów niejako zmusił Franciszka II (II jako cesarza rzymskiego) do przyjęcia bardziej realnego tytułu cesarza Austrii (jako Franciszek I, 1804), a potem stworzył Związek Reński, czyli grupę państewek niemieckich (poza Austrią i Prusami) pod swoją kontrolą, czym faktycznie zlikwidował Święte Cesarstwo Rzymskie (1806). Później dodatkowo kilka razy pobił Prusaków i Austriaków, więc Niemcy już dawno nie poczuli takiego upokorzenia. Napoleon dla młodych mieszkańców niemieckich państw i państewek stał się uosobieniem zła, zaś Niemcy jawiły im się jako biedne ofiary okrutnej francuskiej przemocy. A przecież to Niemcom należał się prymat we wszystkim, bo Niemcy to najwspanialszy naród pod słońcem. Warto pamiętać, że różnica między nacjonalizmami narodów ciemiężonych a nacjonalizmem hegemonów jest natury ilościowej, a nie jakościowej. Narody ciemiężone, po zrzuceniu jarzma bardzo chętnie przyjmują rolę ciemiężycieli innych. Tak czy inaczej, upokorzeni przez Korsykańczyka Niemcy poczuli, że są nie tylko Bawarami, Sasami, czy Prusakami, ale są jednym narodem, który powinien zająć wreszcie należne sobie miejsce w historii. 

Próby oddolnego zjednoczenia Niemiec podczas tzw. Wiosny Ludów się nie powiodły (król pruski, któremu panniemiecki parlament oferował koronę cesarską, odmówił, bo nie chciał być cesarzem z łaski ludu; koronę mógł przyjąć tylko od równych sobie, czyli innych królów), ale później, dzięki polityce Bismarcka, Prusy podporządkowały sobie mniejsze państewka, wyeliminowały Austrię ze spraw niemieckich (1866), a potem pokonały Francję (1871). Królowie innych państw niemieckich tym razem faktycznie oferowali władcy Prus koronę zjednoczonych Niemiec. 

I co? Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z dniem proklamowania Cesarstwa Niemieckiego narodził się nacjonalizm tego narodu? Przecież to bzdura. To państwo niemieckie było efektem nacjonalizmu, a nie odwrotnie! 

I teraz jeszcze jedna kwestia. Wszyscy są zgodni, że Prusy siłą zdobyły w Niemczech hegemonię, łamiąc niezależność np. Bawarii i dzięki temu stworzyły zjednoczone niemieckie państwo i że to pruski nacjonalizm rozciągnął się na całe Niemcy tworząc nacjonalizm niemiecki. W latach 70. w tygodniku "Panorama" przeczytałem artykuł o Bawarii, w którym autor podkreślał odrębność kulturową i świadomościową tego landu. Podobno Bawarczycy jako obelgi używali określenia "preußische Schweine" (pruskie świnie). Ba, bawarscy ksenofobi nawet na dość świeżych wówczas tureckich imigrantów mówili "tureckie pruskie świnie). Nie wiem, ile było prawdy w tym artykule z komunistycznego czasopisma. Niemniej kiedy podczas naszej wizyty w Walhalli wysłaliśmy wiadomość tekstową do naszego berlińskiego przyjaciela znanego z tego, że był wszędzie w Niemczech i w wielu miejscach na świecie, czy zna Walhallę, ku naszemu zdziwieniu odpowiedział, że nie! Na dodatek spytał, gdzie to jest. Na naszą odpowiedź, że w Bawarii, odpisał, że "Bawaria to nie Niemcy!" No i jak tu się dziwić Bawarczykom, że niektórych nazywają "pruskimi świniami"? Tymczasem Walhalla...

Rozpisałem się na ten temat, a mógłbym tak jeszcze długo, ale przejdźmy do meritum, ponieważ wszystko to wiąże się ściśle z miejscem, do którego trafiliśmy. Walhalla, moi drodzy, to jest świątynia niemieckiego nacjonalizmu. Prawdziwa świątynia, niemieckie kodesz-ha-kodaszim, sancta sanctorum, czyli święte świętych! Takie przynajmniej było, jak mniemam, założenie Ludwika I Bawarskiego, fundatora tej budowli. Król Bawarii kazał zbudować mauzoleum poświęcone wszystkim wielkim Niemcom w historii. Budowla w kształcie greckiej świątyni (np. Partenonu) powstawała w latach 1830-1842. Architektonicznie jest więc helleńska, ale nazwę ma germańską. To przecież "hala", w której mieli ucztować z bogami (Odynem, Thorem i in.) bohaterscy skandynawscy wojownicy polegli na polu bitwy, skąd ich dusze zabierały walkirie i transportowały do tego miejsca wiecznej biesiady. O germańskiej mitologii z terenów dzisiejszych Niemiec nie wiemy tyle, co o swojej wiedzą Skandynawowie na podstawie zachowanych sag (głównie islandzkich), ale przecież zawsze można się podpiąć pod tradycję ludów spokrewnionych językowo. Przecież historia z "Pieśni o Nibelungach" to nic innego jak adaptacji skandynawskiej "Sagi o Volsungach". Wystarczy Sigurda zmienić na Zygfryda i już robi się bardziej niemiecko. Odyn to Wotan/Wodan. Podobieństwo jest więc ewidentne, bo kiedyś wszyscy Germanie byli jednym ludem! 

Ha, no i właśnie. Czyjeż to popiersia i tablice pamiątkowe znajdujemy w Walhalli na wzgórzu Bräuberg w Donaustauf? Oczywiście są cesarze rzymscy i królowie niemieccy, którzy korony cesarskiej nie przywdziali. Są wodzowie germańscy z czasów, kiedy naprawdę nie było takiego pojęcia, jak Niemcy, a więc np. Teodoryk Wielki, król Ostrogotów, są królowie wizygoccy panujący w Hiszpanii! Są też Hengist i Horsa, legendarni wodzowie anglo-sascy, którzy podbili Brytanię spychając Celtów do Walii. Oprócz plejady wodzów i wojowników, są też filozofowie, a wśród nich Erazm z Rotterdamu. No i co z tego, że z Rotterdamu? W końcu niderlandzki to taki dialekt niemieckiego, drobnostka. Jest też Nikolaus Kopernikus, co od lat wzbudza oburzenie Polaków, ale tutaj nadal istnieje pole do dyskusji, bo etniczność naszego astronoma nie jest sprawą jednoznaczną. Jednoznaczne są natomiast jego wybory polityczne, a te były zdecydowanie i konsekwentnie polskie. Są filozofowie, są uczeni i jest również Martin Luter, mimo, że mauzoleum kazał zbudować władca katolicki. Jest caryca Katarzyna II, co jest zrozumiałe, bo to faktycznie była Niemka ze Szczecina i jest rosyjski generał Iwan Dybicz ze względu na swoje niemieckie pochodzenie. 

Co ciekawe, do tej "świątyni" poświęconej "wielkim Niemcom" na przestrzeni jej istnienia dodawano kolejne postaci. W ten sposób do tego "panteonu" dodano np. Sophie Scholl, studentkę, która z grupą kolegów miała odwagę przeciwstawiać się hitlerowskiemu reżimowi (chrześcijańska organizacja Biała Róża) i która zapłaciła za tę działalność cenę najwyższą. Ironicznie zauważyłem jednak, że nie dodano Karola Marksa, Fryderyka Engelsa czy Karola Liebknechta (Róży Luksemburg też nie, ale ona urodziła się w Polsce). Widocznie uznano, że nie byli wystarczająco wielcy, albo wystarczająco niemieccy. Albert Einstein za to okazał się ze wszech miar niemiecki, bo swoje miejsce w Walhalli ma! 

Centralne miejsce w mauzoleum i to nie w postaci zwykłej tablicy, czy popiersia, ale pełnowymiarowego siedzącego posągu zajmuje wcale nie najwybitniejsza postać historii narodu niemieckiego, co zresztą zawsze byłoby trudne do określenia, ale władca jednego z państw niemieckich, drugiego po Prusach. Jak łatwo się domyślacie, chodzi o fundatora tego gmachu, króla Bawarii Ludwika I. Jeżeli nie słyszeliście o jego roli w dziejach świata, to pewnie nie dzieje się tak bez powodu, ale zbudował Walhallę i ma w niej wieczne miejsce! 

Podsumujmy! Kto tu budował niemiecki nacjonalizm? Władca krainy, która do dziś ma w oficjalnej nazwie "Freistaat", czyli "Wolne Państwo", czym podkreślają swoją odrębność od reszty Bundesrepubliki.. Krainy, którą inni Niemcy za Niemcy nie uważają! 

A tak na marginesie, pamiętajmy, że wnuk Ludwika I, "szalony król", marzyciel żyjący w średniowiecznej krainie fantasy, Ludwik II, wspierał finansowo swojego przyjaciela Richarda Wagnera, który również budował panniemieckie mity! 

Z Ratyzbony na parking pod samą Walhallą jedzie się ok. 20 minut. Cały czas trzymamy się Dunaju. Objerzawszy gmach tego niemieckiego "panteonu", trochę jeszcze przespacerowaliśmy się po parkowym terenie dookoła podziwiając piękny widok na rzekę, która mogłaby nas zanieść aż do Morza Czarnego! Taki rejs z Niemiec do Konstancy w Rumunii z Wiedniem, Budapesztem i Belgradem po drodze byłby z pewnością ciekawym doświadczeniem! 

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Netto w Bad Abbach, a po powrocie do Oberndorfu, trochę posiedzieliśmy w dużym salonie na parterze, jaki był do dyspozycji gości. Przypominał raczej salę restauracyjną, co nie powinno dziwić, ponieważ nasi gospodarze (których już później ani razu nie spotkaliśmy), prowadzą tam sezonowo kursy gotowania. My gotować tam nie zamierzaliśmy, a gdyby nas nawet naszła ochota na przyrządzenie jakiegoś posiłku na gorąco, zrobilibyśmy to u siebie w pokoju, gdzie mieliśmy do dyspozycji niewielką, ale wystarczającą kuchenkę z płytą indukcyjną na dwa garnki. 

Wieczorem zaś udaliśmy się do gospody, a właściwie do jej "filii" po dunajskiej stronie ulicy, gdzie pierwsza rzecz, jaka nas zaskoczyła był zwalony konar drzewa przy jednym ze stolików. Na pytanie, czy podczas naszej nieobecności był tu jakiś straszny wiatr, dostaliśmy odpowiedź, że nie. Drzewo ugięło się i złamało po prostu pod własnym ciężarem. Całe szczęście, że nikt wtedy pod nim nie siedział. 

Na nasz ostatni dzień w Bawarii Jarek rozważał wycieczkę do Norymbergii. Ponieważ Agnieszka i ja pamiętaliśmy to miasto sprzed dwudziestu lat, stwierdziliśmy, że żeby zobaczyć Burg, Dom Dürera i zabytkowy ratusz w centrum, nie bardzo jest sens jechać tyle kilometrów, wpłynęliśmy na zmianę planów. Zaintrygowani tym, że "Bad" w Bad Abbach oznacza przecież jakieś wodne uzdrowisko, postanowiliśmy sprawdzić, czy nie ma tym miasteczku jakiejś łaźni z wodami termalnymi. W dodatku przecież był Joli pomysł, żeby popłynąć statkiem wycieczkowym z Kelheim do opactwa Weltenburg na obiad! 






























Tak już na koniec, wracając do Walhalli i nacjonalizmu niemieckiego. Nie tylko historycy o poglądach liberalno-lewicowych, czy też tych przejętych z najnowszej metodologii zachodniej, plotą bzdury o "młodości" państwa niemieckiego. Nie tak dawno znajomy opublikował fragment wykładu profesora Andrzeja Nowaka, którego poglądy są skrajnie odmienne, a który głosił ni mniej ni więcej, tylko to, że Polacy są narodem od tysiąca lat, podczas gdy Niemcy tylko od 1871. Po prostu ręce opadają. Tysiąc lat temu nasz kraj był własnością Mieszka, a potem jego syna Bolesława. Władcy ci, jak to w tamtych czasach bywało, nie mieli na celu budowania "narodu" w dzisiejszym sensie tego słowa, tylko poszerzać i konsolidować swoją władzę. Ponieważ byli realistami, często wchodzili w układy z Niemcami, co do istnienia których nikt nie miał wątpliwości. Walczyli z feudałami niemieckimi, z cesarzami próbując żyć dobrze (dodajmy że z cesarzami, którzy uważali ich za swoich lenników). Od czasu do czasu udawało wybić się na suwerenność, o czym świadczyły koronacje Bolesława Chrobrego, Mieszka II, czy Bolesława Śmiałego. Ale Piastowie żenili się z Niemkami, znali język niemiecki i nawet wtrącali się w sprawy niemieckie, poczynając sobie jakby byli niemieckimi herzogami. Na przykład Bolesław Chrobry wchodził w antycesarskie sojusze za Henrykiem Kłótnikiem, władcą Bawarii! Tak na marginesie, fajnie byłoby myśleć, że Polskę z Bawarią łączą jakieś szczególne więzy, ale to nie byłaby prawda!   

Nie zapominajmy też, że gdyby nie 500 niemieckich rycerzy oddelegowanych do dyspozycji Kazimierza zwanego później Odnowicielem przez cesarza Henryka III, możliwe, że tu gdzie dziś jest Polska, istniałoby jakieś państewko mazowieckie, południe zajęliby Czesi, a resztę margrabiowie północni (później brandeburscy). Potem było rozbicie dzielnicowe, i dopiero czasy Łokietka da się uznać za prawdziwą de iure i de facto pełną suwerenność Królestwa Polskiego. 

Profesor Nowak plotąc swoje androny zapomniał, że w czasach, kiedy powstawała II Rzesza, Polski w ogóle nie było na mapie. Czy w takim razie przyjmując definicję narodu jako ściśle związanego z istnieniem państwowości, jak postąpił w przypadku Niemiec, wobec narodu polskiego zastosował jakieś inne kryterium? 

OK, to już ostatnia dygresja na dziś. 

piątek, 21 lutego 2025

Ratyzbona, część II (piątek, 2 sierpnia 2024)

 




Po kawie ruszyliśmy na obchód uliczek starego miasta, początkowo oddalając się od Placu Ratuszowego. Moją uwagę zwróciły pojawiające się co jakiś czas, ciasno wciśnięte między nowsze kamienice średniowieczne wieże. Nie tak wysokie jak w San Gimignano, Bolonii, czy choćby w Asti, ale jednak bardzo mi przypominały te włoskie. Na jednej z nich umieszczono napis rzucający nieco światła na jej pochodzenie. 


tłum. Google


















Klucząc wąskimi ulicami wyszliśmy na Neupfarrplatz z Neupfarrkirche, czyli na Plac Nowofarny, z Nowofarnym kościołem ewangelickim. A skoro fara to parafia, równie dobrze można przetłumaczyć te nazwy na plac i kościół  nowoparafialny. Ponieważ byliśmy już w trzech kościołach, ten postanowiliśmy sobie odpuścić. 

Te wąskie uliczki, którymi spacerowaliśmy, miały na dodatek wewnętrzne połączenia. Mam tutaj na myśli to, że żeby z jednej uliczki przejść na równoległą, nie trzeba było dochodzić do najbliższej przecznicy, tylko można było wejść w bramę jakiejś kamienicy i podwórkiem przejść do bramy wychodzącej na sąsiednią ulicę. Nie były to przy tym jakieś senne miejsca. Roiły się od przechodniów, pewnie turystów, przyciąganych mnóstwem sklepów i lokali gastronomicznych. 















Po kilkunastu minutach znowu znaleźliśmy się przed Starym Ratuszem. Nie zatrzymywaliśmy się tu jednak, tylko minąwszy jego część barokową znaleźliśmy się przed jego starszą częścią, gdzie wejście do informacji turystycznej (to że była tam informacja turystyczna dowiedziałem się dopiero z map google) zasłoniła grupa ludzi, którzy ustawili się do zdjęcia z kobietą w białej sukni i mężczyzną w garniturze i z małym dzieckiem na ręku. Wiele wskazywało na to, że trafiliśmy parę biorącą ślub i jej gości. 













Spod Starego Ratusza przeszliśmy na pobliski Haidplatz otoczony malowniczymi zabytkowymi kamienicami. Wznosi się tam m.in. hotel Goldenes Kreuz, którego gmach można omyłkowo wziąć za jakiś dziewiętnastowieczny historyzm, ale nic bardziej mylnego. Wieża i przylegające budynki powstały w roku 1250 jako własność rodziny Weltenburgów, ale na przestrzeni kolejnych stuleci obiekt kilkakrotnie zmieniał właścicieli -- bogatych rodzin mieszczańskich. Blanki nadające mu pozory średniowiecznego zamku dobudowano dopiero w XIX wieku. Całość jest jednak jak najbardziej historyczna. Istnieją zapiski, że w hotelu gościł szereg osobistości, w tym koronowane głowy, np. cesarz Karol V, zwycięzca spod Lepanto książę Juan d'Austria, król bawarski Ludwik I i cesarz austriacki Franciszek Józef, a także cesarz niemiecki Wilhelm I. 












Kiedy tak podziwiałem hotel Złoty Krzyż i inne budynki Haidplatzu Jola dyskretnie dała mi znak, żebym zwrócił uwagę na pewnego jegomościa w jasnobłękitnym garniturze i kapeluszu tegoż koloru. Właśnie ten kapelusz był tym, co mnie (i pewnie Jolę) szczególnie zaintrygowało. Jako żywo przypominał nakrycie głowy tytułowego bohatera filmu "Maska" odtwarzanego przez Jima Carreya. Podobny krój kapelusza nosiła też niedawno Melanie Trump podczas inauguracji prezydentury swojego męża, ale na początku sierpnia 2024 roku tego ostatniego skojarzenia jeszcze mieć nie mogłem. 







Ruszyliśmy teraz na długi spacer w inny kraniec miasta, po drodze mijając siedzibę rządu rejencji Górny Palatynat (Regierung der Oberpflatz). Następnie doszliśmy do placu z posągiem biskupa Johanna Michaela von Saliera na Emmeramplatz, czyli Placu św. Emmerama, klasztor pod wezwaniem którego znajdował się po jego przeciwnej stronie. Zanim jednak zdecydowaliśmy się wejść do klasztornego kościoła, udaliśmy się na poszukiwanie zamku książąt Thurn und Taxis. 









Wkrótce znaleźliśmy się na ślepej uliczce, której budynki wydały nam się zabudowaniami pałacu  (zamkiem jest tylko z nazwy) możnego rodu Thurn und Taxis, bo tak nam wskazywała nawigacja google, ale prawdopodobnie znaleźliśmy się gdzieś po zewnętrznej jego stronie. Wejścia na główny dziedziniec nie znaleźliśmy, więc zawróciliśmy i weszliśmy do kościoła św. Emmerama. Tak w ogóle, to "zamek" (Schloss) nosi imię św. Emmerama, natomiast książęta Thurn und Taxis obrali go sobie za rezydencję. 

Zabawna sprawa, bo z nazwiskiem Thurm und Taxis i z działalnością komunikacyjno-transportową (prowadzili sieć pocztową, a jak poczta to i dyliżanse, a więc transport publiczny) zetknąłem się wcale nie na studiach historycznych, tylko na filologii angielskiej i to zupełnie przypadkiem. Pewnego razu Jurek Kamionowski, obecnie doktor habilitowany i profesor UwB, powiedział nam na zajęciach, że w jednej z białostockich księgarń pojawiło się tłumaczenie "They Crying for Lot 49" ("49 idzie pod młotek") Thomasa Pynchona. Zaraz po zajęciach pobiegłem tam i kupiłem egzemplarz. Pynchona nie omawialiśmy na zajęciach, więc była to lektura całkowicie nieobowiązkowa, a ponieważ rekomendowana przez lubianego i cenionego wykładowcę, od razu zacząłem czytać. Ze wstydem przyznaję, że obszerne fragmenty dotyczące pocztowego imperium Thurm und Taxis wziąłem wówczas za postmodernistyczny zabieg i element kompletnie zmyślony, twór wyobraźni nie tyle autora, co bohaterki cierpiącej na paranoję. Co więcej u Pynchona firma Thurm und Taxis konkuruje z Trystero, a ta ostatnia jest faktycznie kompletnie zmyślona. Dopiero jakiś czas później trafiłem w internecie na jakiś text, w którym wspomniano niemiecki książęcy ród. Wtedy dotarło do mnie, że istnienie rodziny o tym nazwisku to historyczny fakt. Później zaś już świadomie celowo poszukałem informacji o tych arystokratach, którzy sprawowali urząd poczmistrzów Rzeszy i Niderlandów Hiszpańskich. Tak w ogóle wywodzili się z Lombardii i w herbie mieli torre (wieżę) i borsuka (tasso), które w niemieckiej wersji przybrały formę Thurn (czyli Thurm z błędem) i Taxis. 
 




Herb Wieża, czyli Thurm, która w nazwisku jego posiadaczy zmieniła się w Thurn. 







Jak później doczytałem, rodzina książąt poczmistrzów otrzymała budynki po klasztorze benedyktynów, który zsekularyzowano w roku 1810. Sam kościół postawiono tutaj już w końcu VIII wieku, ale oczywiście nie przetrwał w tej formie, ponieważ ulegał przebudowom i odbudowom, m.in. po pożarach. Na zewnątrz wygląda jakby faktycznie niewiele się zmieniło od czasów Karolingów (pochowano tu m.in. cesarzy Arnulfa i Ludwika Dziecię). Wnętrze jednak to bogate rokoko, co jest oczywiście wynikiem osiemnastowiecznej renowacji. 

Sam święty Emmeram to postać warta wspomnienia, choć jako żywo nigdy wcześniej o nim nie słyszałem (tak samo jak nigdy nie słyszałem o świętej Afrze). Świętego czci się jako męczennika, ale osobiście uważam, że zginął jedną z najgłupszych śmierci, jakie można sobie wyobrazić. Otóż ów mnich z państwa Franków zachodnich, czyli dzisiejszej Francji, z VII wieku udał się szerzyć wiarę chrześcijańską wśród Bawarów. Dobrze go przyjął ówczesny książę Bawarii Theodo I. Zdobywał więc ten akwitański ksiądz coraz większe poważanie. Traf chciał, że córka władcy Uta zaszła w ciążę z jednym z dworzan. Dobra duszka Emmerald poradził jej, żeby to jego podała za ojca nieślubnego dziecka, licząc na to, że skoro jest człowiekiem cieszącym się szacunkiem na dworze, hańba dziewczyny nie będzie tak wielka. Emmerald akurat jechał do Rzymu, kiedy dopadli go sam książę Theodo i jego syn, czyli brat Uty, Lantpert gdzieś na terenie, który dzisiaj jest częścią Monachium. Porywczy braciszek zmył hańbę siostry siekąc biednego biskupa na drobne kawałki. To tylko legenda, ale palmy męczeństwa niejednemu świętemu nadano w oparciu o legendę (patrz opowieść o biskupie Stanisławie). Zadziwiające jest jednak uznanie tej idiotycznej śmierci za męczeństwo. Emmeram nie zginął przecież za wiarę, ani w wiary obronie! 

Tymczasem podziwialiśmy rokokowe wnętrze, które dzięki swojemu przepychowi przywodził mi na myśl kościoły włoskie, co stanowiło pewien kontrast z innymi katolickimi świątyniami, jakie zwiedzaliśmy w Niemczech. 

Ciekawostką jest układ wewnętrzny. Otóż po drugiej stronie kruchty, czyli naprzeciwko głównej przestrzeni liturgicznej, wchodzi się po schodach nie na chór, ale do całkiem sporej kaplicy z ołtarzem i ławkami dla wiernych, a także z osobnymi piszczałkami organów. Ciekaw jestem, czy kiedykolwiek odprawia się w tym kościele dwie msze naraz i czy w takim razie, czy ich uczestnicy sobie nawzajem nie przeszkadzają. 

Bardzo ciekawe jest pomieszczenie pod tą kaplicą, bo zawiera płyty nagrobne pochowanych tam dostojników. Moją uwagę przyciągnęła kamienna tablica poświęcona niejakiemu Franzowi, księciu żagańskiemu z rodu Lobkowizów. Ten ostatni wyraz wydało mi się zgermanizowaną wersją nazwiska polskiego, ale jak się okazało, chodziło o czeską rodzinę Lobkowiczów. Natomiast na próżno szukałem w spisie dziedziców śląskiego Żagania jakiegoś Franza. Owszem, Lobkowicze faktycznie przejęli to piastowskie dziedzictwo, ale na listach dostępnych w internecie nie ma ani jednego Franza. 






































Wróciliśmy do centrum, gdzie musieliśmy podjąć decyzję, gdzie zjeść. Restauracji i barów w Ratyzbonie nie brakuje, ale mimo, że sprawdzaliśmy już podczas spaceru niektóre z nich, jakoś nic nam nie pasowało. Ostatecznie weszliśmy do restauracji o charakterze zupełnie nieniemieckim. Hemingway's przy Obere Bachgasse serwuje kuchnię amerykańską. Już przedtem przechodziliśmy obok niej, ale jeszcze nie byliśmy zdecydowani. Teraz, wracając z kościoła św. Emmerama poczuliśmy, że głód nas przycisnął na tyle, że nie ma co wydziwiać, tylko wchodzimy. Zachęcające było przy tym to, że menu zawierało cały szereg potraw ciekawszych od hamburgerów. Ja sobie wziąłem jambalayę, która okazała się niezwykle smaczna (lepsza od tej, którą kiedyś zrobiłem w domu). Próbki kuchni z Luizjany (kuchni frankofońskich Cajunów) miałem okazję posmakować w Bydgoszczy i Toruniu, gdzie działają świetne restauracje należące do tych samych właścicieli (Restauracja Luizjana. Kuchnia kreolska & steakhouse). Hemingay's też nas nie zawiódł! Cokolwiek myślimy o amerykańskich gustach, ratyzbońska restauracja urządzona jest naprawdę klimatycznie (ściany zdobią fotosy z amerykańskich filmów i postaci amerykańskiej kultury), a jedzenie jest kapitalne. 




Po obiedzie wróciliśmy do bramy przy wieży z zegarem, przez którą weszliśmy na Kamienny Most. Nie zeszliśmy z niego tymi samymi schodami, którymi wchodziliśmy, tylko poszliśmy nim na drugą stronę Dunaju i dalej ulicą z uroczymi kamieniczkami, która kończyła się przecznicą. Skręciliśmy w lewo i doszliśmy prosto do naszego parkingu. Po chwili jechaliśmy w kierunku Walhaali, obiektu przedziwnego i dlatego wartego osobnego wpisu.