sobota, 27 stycznia 2024

Białystok, Tykocin, Supraśl, Kruszyniany, Narejki (sobota, 5 sierpnia 2023)

W nocy dojechała do nas Basia ze Stevem. Ci, którzy śledzą ten blog, wiedzą, że u Basi mieszkaliśmy w Marina di Cerveteri, kiedy z Janickimi zwiedzaliśmy Rzym. Później już tylko my i nasze dzieci odwiedziliśmy ją w Edynburgu, a w 2019 r. ona po raz pierwszy odwiedziła nas (https://wakacjesk.blogspot.com/2019/07/interludium.html). 

Tym razem Basia i Steve stwierdzili, że będą spać w swoim kamperze, czyli zaadoptowanym na potrzeby domu na kółkach fordzie transit. Spotkaliśmy się więc u nas na śniadaniu. W ten sposób przy stole spotkaliśmy się w szóstkę. Trochę powspominaliśmy nasze wspólne chwile pod Rzymem, wymieniliśmy informacje o tym, co generalnie u nas i naszych dzieci. Świetnie się bawiliśmy, ale był to też czas pożegnania z Jolą i Jarkiem, którzy musieli już jechać do Płocka. 

 
Po wyjeździe Janickich siedzieliśmy z Basią i Stevem jeszcze jakieś dwie godziny, ponieważ liczyliśmy, że wiatr przegoni ciemne chmury. Tymczasem zaczęło kropić. Ponieważ wiedziałem, że nasi goście mają bardzo ograniczony czas, a przy tym Basie wyraziła bardzo konkretne zapotrzebowanie na obiekty do zwiedzenia na Podlasiu, podjąłem decyzję, że jedziemy najpierw do Tykocina. Trzeba bowiem nadmienić, że Basia i Steve są artystami-fotografikami. Steve swego czasu był wykładowcą Basi w szkole fotograficznej, a obecnie również Basia uczy w tej samej szkole młodsze pokolenia fotografików. O ile więc Steve potraktował wypad na Podlasie czysto wakacyjnie, Basia postanowiła zrobić jak najwięcej zdjęć interesujących ją obiektów.
 
Ustaliliśmy, że tego dnia prowadzi Agnieszka. Ruszyliśmy więc na trasę, w lekkim deszczu, który po minięciu "Macro Cash & Carry" przy alei Jana Pawła II zmienił się w ulewę. Z niezbyt jasnego dnia zrobiła się prawie noc, zaś z nieba lunęły cebry wody. Wycieraczki ledwo nadążały odgarniać wodę z przedniej szyby. W Złotorii intensywność deszczy jakby zelżała, ale nadal padało. 
 
Zwykle, kiedy zajeżdżamy do Tykocina, parkujemy samochód naprzeciwko barokowego kościoła pw. Świętej Trójcy i robimy sobie kilkugodzinny spacer po rynku, a także do odbudowanego zamku i do Kaczorowa za Motławą, czyli do przedwojennej dzielnicy Żydowskiej. 
 
Tym razem też zrealizowaliśmy te punkty, ale bynajmniej nie spacerem. Pokazałem naszym gościom wnętrze barokowej świątyni, w której ku mojemu rozczarowaniu nie mogłem im pokazać portretów hetmanostwa Branickich, które zawsze wisiały na wewnętrznej ścianie frontowej kościoła. Być może zostały zabrane do renowacji, bo ich tam po prostu nie było. 
 
Następnie wsiedliśmy do samochodu i podjechaliśmy pod synagogę. Po drodze powiedziałem kilka słów na temat wyschniętego strumyka, który nazywa się tak samo jak gdańskie ujście Wisły (Motława), i przedstawiłem zarys dziejów tykockiej gminy żydowskiej. Spędziliśmy trochę czasu w samej synagodze, a następnie poszliśmy do Domu Talmudycznego mieszczącego muzeum. Jeżeli Basia i Steve nie zobaczyli Jana Klemensa Branickiego i Izabeli z Poniatowskich (rodzonej siostry króla Stanisława) na olbrzymich portreteach w kościele Świętej Trójcy, to tutaj, w największym z pomieszczeń muzeum, mogli podziwiać plastikowe modele obojga wielkości naturalnej ustawione w scenerii wnętrza bogatego szlacheckiego dworu.  

Do zamku, który jest imitacją oryginału, w którym zmarł Janusz Radziwiłł (zarówno ten prawdziwy, jak i ten powieściowy, z "Potopu" Sienkiewicza), nie wchodziliśmy. Nie mamy żadnej pewności, czy gmach, który tam obecnie stoi, jest podobny do zamku z XVII wieku, choć podobno odtworzono go na podstawie jakichś rycin. Tyle, że te też niekoniecznie były dokładne. Tak czy inaczej, odbudowany zamek obejrzeliśmy z zewnątrz, a następnie pojechaliśmy do Supraśla.
 
 



Po zaparkowaniu samochodu przed supraskim monastyrem, znanym z całkiem niedawnej (ok. 30 lat temu) historii sporu między prawosławnymi a katolikami (wygrali prawosławni) o ten pobazyliański (a więc unicki, czyli katolicki z obrządkiem wschodnim, oryginalnie jednak prawosławny) obiekt. Przypomniała mi się historia sprzed trzydziestu lat, kiedy to miałem fazę jeżdżenia na rowerze po okolicach Białegostoku. Cerkiew obronna Zwiastowania NMP z początku XVI wieku, nie została jeszcze odbudowana. Na teren klasztoru można było jeszcze wejść o każdej porze dnia bez biletów. Przysiadłem sobie na trawie obok roweru i przysłuchiwałem się wówczas prawosławnemu księdzu, który oprowadzał wycieczkę swoich współwyznawców. Po opowiedzeniu historii jak to mnisi z Gródka puścili rzeką Supraśl krzyż z relikwiami, żeby im wskazał miejsce pobudowania nowego klasztoru, tudzież o początkach kultu prawosławnego w Supraślu, zarządził przerwę, w której wycieczkowicze-pielgrzymi z jakiejś wsi pod Hajnówką rozproszyli się na grupki. Kilku mężczyzn wdało się w rozmowę z robotnikiem pracującym przy odbudowie cerkwi. Ktoś spytał, co się stało, że Niemcy zburzyli przy pomocy ładunków wybuchowych zabytkowy obiekt. Na to robotnik, starszy mężczyzna, stwierdził nie tyle kategorycznie, co tak konfidencjonalnie, na zasadzie "do końca nie wiem, ale jestem prawie pewien że...": "No jak to mogło być? Tu Polacy zawsze nienawidzili prawosławnych. Postawili flaszkę niemieckiemu oficerowi i ten cerkiew zburzył!" Szczerze mówiąc, oniemiałem. Goście z podhajnowskiej wsi pokiwali głowami ze zrozumieniem, dając się przekonać, że tak na pewno było. Wszyscy pamiętaliśmy PRL, gdzie za butelkę wódki faktycznie można było różne rzeczy załatwić, ale żeby Niemiec dał się takim tanim kosztem namówić do zniszczenia zabytkowej świątyni? Za okupacji, co jak co, ale wódka nie była towarem luksusowym, trudno dostępnym, czy drogim. No i ten niemiecki oficer jak dziecko dający się podpuścić jakimś Polakom z wioski pod Białymstokiem... 

Właściwie to, że zapamiętałem całą tę sytuację, było efektem tej absurdalnej plotki, jaką widocznie powtarzali sobie prawosławni z Supraśla. Jeszcze jedna rzecz, która mnie wówczas zaskoczyła, że pomimo, że grupa gości pochodziła z okolic Hajnówki, zarówno prawosławny duchowny, jak i robotnik, z którym kilku z nich rozmawiało, porozumiewali się w czystej polszczyźnie. Tylko w jednym momencie ksiądz użył żartobliwie jakiegoś słowa w dialekcie białoruskim, dodając "jak to się u nas mówi", na co goście radośnie wykrzyknęli "rozumiemy, rozumiemy". 

Teraz jednak był rok 2023, odbudowana piękna budowla sakralno-obronna znowu stoi na swoim miejscu. Tym razem trzeba było kupić bilet, tyle że za dobrowolną darowiznę (czyli "co łaska"). Steve dał jakąś większą sumę, więc młody ksiądz chciał wydać resztę, ale Steve odpowiedział, że wszystko w porządku i reszty nie trzeba. Młody duchowny rozumiał po angielsku, więc nie było nawet potrzeby tłumaczyć. Tenże sam ksiądz okazał się przewodnikiem naszej grupy, bo na teren klasztoru wpuszcza się turystów grupami w regularnych odstępach czasu. Zaczęliśmy od głównego gmachu, czyli cerkwi obronnej, której historię opowiedział nasz młody ksiądz-przewodnik. Ponieważ, jak się okazało, większość naszej grupy, to byli katolicy, uświadomił niektórych również i o tym, że wyraz "pop" nie jest właściwym określeniem duchownego prawosławnego. Ba, jest ono odbierane jako obraźliwe, na takiej zasadzie jak "klecha" wobec księdza katolickiego. Pieszczotliwie natomiast ludność prawosławna nazywa swoich kapłanów "batiuszkami", czyli "ojczulkami". 

Młody batiuszka zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie nie tylko dzięki swojej erudycji, którą zaimponował chyba całej wycieczce -- mówił o Bizancjum, a autokefalii polskiej cerkwi (czyli jej autonomii i przy okazji absolutnej niezależności od cerkwi moskiewskiej). Pięknie mówił o wspólnych chrześcijańskich wartościach i nazywał kościół katolicki, kościołem bratnim! Wszystko przebiegało w atmosferze erudycji przemieszanej z kulturą osobistą i głębokim humanitarnym rozumieniem dobra powszechnego. Podobało mi się. Chyba innym też. Co jakiś czas szeptałem Steve'owi kilka zdań tłumaczenia, ale nie mogłem tego robić za często, żeby nie przeszkadzać innym wycieczkowiczom. 

Kiedy przeszliśmy do mniejszej cerkwi pw. św. Jana Teologa (tak w prawosławiu mówi się na Jana Ewangelistę), w której kilka razy byłem jeszcze w czasach, kiedy nie odbudowano świątyni Zwiastowania Bogurodzicy. Tam jednak w ogóle przestałem tłumaczyć Steve'owi, co mówi elokwentny batiuszka. Oto bowiem, kiedy wyjaśnił w jaki sposób w kościele prawosławnym przyjmuje się komunię świętą. Oprócz prosfory, czyli kwaszonego (nie przaśnego opłatka, jak w katolicyzmie) chleba, wierni otrzymują na łyżeczce wino (czyli, jak wierzą, krew Chrystusa). 

Na tej informacji się jednak nie skończyło, bo oto któraś z pań spytała, jak to się odbywało w czasach pandemii, kiedy obowiązywały zaostrzenie sanitarne. Najpierw młody ksiądz z energią wykrzyknął, "my, prawosławni, nie daliśmy sobie wmówić, że przyjmowanie komunii świętej, może być przyczyną przenoszenia chorób. Ludzie cały czas przyjmowali komunię w obu postaciach, a my jej udzielaliśmy". No dobrze, gdyby jeszcze na tym skończył, ale duchowny się wyraźnie nakręcił! Zaczął perorować z taką swadą na temat niestosowności covidowych obostrzeń, że nagle cała moja sympatia wobec niego, gdzieś się ulotniła. Przypomniały mi się "nauki" katechety prawosławnego z pewnej szkoły podstawowej, który mówił dzieciom, że "kto chodzi do cerkwi i przyjmuje komunię, temu covid nie grozi", przypomniał mi się przykład biskupa i kilku duchownych w Serbii, którzy zmarli na covid właśnie po zlekceważeniu zalecanych środków ostrożności. No cóż, ludzi wiary fakty najwidoczniej nie przekonują. 

Wyszliśmy z budynku nie czekając na koniec tyrady przeciwko środkom ostrożności wobec zagrożeń pandemicznych. Już na zewnątrz wyjaśniłem Steve'owi, o czym mówił duchowny. 

A propos katechety, o którym pisałem powyżej. Kiedy zachorował (nie na covid na szczęście), przyszedł za niego na zastępstwo prawosławny ksiądz. Ten zaczął głosić takie poglądy na temat szczepionek (np., że się zamieni w jakiegoś mutanta), że po jego pierwszej katechezie pięcioro uczniów wypisało się z religii. 

Pomimo niesmaku, jaki wzbudził ten antynaukowy wywód, nie straciliśmy ochoty na zwiedzenie Muzeum Ikon znajdujące się w gmachu dawnego Pałacu Archimandrytów w obrębie supraskiego monastyru, ale jest filią Muzeum Podlaskiego w Białymstoku. Pamiętam, że przed wielu laty, kiedy w nim byłem, mieścił się w innych pomieszczeniach pałacu, a właściwie w jednym pomieszczeniu, a jego zbiory były dość skromne. Wejście było od dziedzińca klasztornego. Teraz, żeby się dostać do muzeum, trzeba opuścić dziedziniec, udać się na zewnątrz i wejść od strony ulicy Klasztornej. 

Kiedy telefonowałem dnia poprzedniego do biura muzeum w celu rezerwacji, bo wyczytałem, że trzeba się z góry zapowiedzieć, uprzejma pani wyjaśniła mi, że jeżeli to tylko cztery indywidualne osoby, nic takiego nie jest potrzebne. Dlatego więc do muzeum po prostu weszliśmy, kupiliśmy bilety i zaczęliśmy zwiedzać poszczególne pomieszczenia, urządzone nieco tajemniczo, na kształt jakichś grot obwieszonych ikonami z różnych stron prawosławnego świata, które jaśniały na tle przyciemnionego otoczenia. Zabytkowe obrazy i krzyże robią niesamowite wrażenie, dlatego każdemu polecam odwiedzenie supraskiego muzuem.
































































Tymczasem Agnieszka podjachała na parking w centrum Supraśla w pobliżu pałacyku Bucholtzów, który obecnie mieści Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. Artura Grottgera, natomiast ja poprowadziłem Basię i Steve'a bulwarami Wiktora Wołkowa wzdłuż rzeki Supraśl. Oczywiście nadmieniłem, że Wiktor Wołkow był znanym supraskim fotografikiem, autorem szeregu albumów o Podlasiu, które zapewniły mu ogólnopolską sławę. W swojej próżności pochwaliłem się też, że miałem zaszczyt poznać Wiktora osobiście za sprawą wydawnictwa "Benkowski", które wydawało albumy Wiktora, a dla którego ja zrobiłem kilka tłumaczeń.

Kto jeszcze tego nie wie, temu spieszę donieść, że historia Supraśla jest związana z Łodzią i jej okolicami. Pierwsi fabrykanci, którzy sprowadzili tkaczy do tego podlaskiego miasteczka, to byli Zachertowie ze Zgierza. To oni zbudowali dworek, który następnie odkupił przybysz z Łodzi, Adolf Gustaw Buchholtz ożeniony z Adelą Marią Scheiblerówną, córką samego Karla Scheiblera, największego przemysłowca Łodzi. Jeżeli ktoś pamięta film lub serial Andrzeja Wajdy, oparty na powieści Władysława Reymonta, Ziemia obiecana, ten pewnie pamięta odrażającą postać starca na wózku inwalidzkim o nazwisku Buchholtz, natomiast kto trochę czytał o tym serialu, ten mógł znaleźć wzmiankę, że postać tę wzorowano na Karolu Scheiblerze. Moi drodzy, tak jak cenię Reymonta za tę właśnie powieść, i tak jak uwielbiam film Wajdy, tak jeżeli filmowy Buchholtz nie mający nic wspólnego z Adolfem z Supraśla, naprawdę w jakimś stopniu wzorowano na Scheiblerze, to pojawia się pytanie, do jakich źródeł sięgnął scenarzysta. Fakty bowiem są takie, że Karol Scheibler był jednym z najbardziej postępowych ludzi w Łodzi. Cechował się kulturą osobistą i troską o swoich pracowników. Swego czasu poznałem osobę, której ojciec zdobył wykształcenie dlatego, że z kolei jego ojciec był robotnikiem u Scheiblera. Nie zapominajmy, że Wajda nakręcił Ziemię obiecaną za czasów komunizmu, a wtedy łódzcy fabrykanci nie mieli dobrej prasy, mówiąc eufemistycznie. Niektórzy z pewnością na taką podłą reputację zasłużyli, ale akurat nie Scheibler. 

Wracajmy jednak do dworku, który zięć Scheiblera kupił w Supraślu i na jego miejscu kazał postawić renesansowy pałac. Do środka owego pałacu nie weszliśmy. Obejrzeliśmy go z zewnątrz, a następnie poszliśmy do restauracji po przeciwnej stronie ulicy 3 Maja, a mianowicie do "Ojcowizny".

W tym lokalu bywałem wielokrotnie, jeszcze kiedy nazywał się inaczej, ale i później, kiedy był już "Ojcowizną". Kiedy weszliśmy do wewnątrz, uderzył mnie jakiś mniejszy rozmiar pomieszczenia. Wydawało mi się, że kilka lat temu siedzieliśmy przy stoliku stojącym w części, która teraz wyglądała jakby ją zabudowano ścianą. Pomyślałem jednak, że może coś mi się pomyliło. Stwierdziliśmy, że usiądziemy na piętrze, o którego istnieniu z kolei wcześniej nie wiedziałem. Po kilku minutach dostaliśmy nasze zamówienia, m.in. chłodnik z pieczonymi ziemniakami -- doskonały. Naprawdę polecam. Chłodnik zamówiłem m.in. dlatego, że te kilka lat temu właśnie ten "zimny barszcz" jedliśmy, kiedy przyjechaliśmy z Agnieszką i jej koleżanką Teresą na rowerach i kiedy to siedzieliśmy w tej "zamurowanej" części. Chłodnik w "Ojcowiznie" trzyma poziom i naprawdę polecam go każdemu. Z podlaskich specjalności nie mogło też zabraknąć babki ziemniaczanej. Kiedy już zapłaciliśmy za nasz obiad, nie wytrzymałem i spytałem, czy mi się wydaje, czy też faktycznie pomieszczenie było jednak większe, bo mam wrażenie, że kilka lat temu siedziałem przy stoliku tam a tam. Panie przy kontuarze się miło uśmiechnęły i odpowiedziały, że wcale mi się nie wydaje, bo faktycznie kiedyś tamta część lokalu była wykorzystywana jako sala restauracyjna. Odetchnąłem z ulgą, bo jednak dobrze jest mieć świadomość, że mózg nie płata nam jeszcze jakichś figli. 

Tak w ogóle jednak, to od samego opóźnionego z powodu deszczu wyjazdu do Tykocina, mieliśmy obsuwę w moim precyzyjnie zaplanowanym na ten dzień rozkładzie podlaskich atrakcji. Obiad mieliśmy zjeść w Tatarskiej Jurcie u Dżennety Bogdanowicz w Kruszynianach. Ponieważ jednak zrobiło się późno, a my porządnie zgłodnieliśmy, zjedliśmy w supraskiej "Ojcowiźnie." 






 

Teraz natomiast ruszaliśmy do Kruszynian już tylko obejrzeć meczet. Po drodze jednak zatrzymaliśmy się przy pomniku upamiętniającym mogiły powstańców listopadowych. Podlasie zapisało się w historii obu dziewiętnastowiecznych zrywów niepodległościowych. Zawsze jednak kojarzyłem je bardziej z powstaniem styczniowym. Tymczasem w Kopnej Górze, obok arboretum, znajduje się właśnie to miejsce pochówku polskich żołnierzy. Pokrótce przybliżyłem Steve'owi historię polskich powstań i ruszyliśmy dalej, żeby przez Krynki dotrzeć do Kruszynian.




Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej wizyty w Krynkach. Pojechaliśmy tam moim pierwszym samochodem, fiatem uno, z Jarkiem Janickim i naszymi starszymi dziećmi. Też naszym celem były Kruszyniany. W Krynkach zatrzymaliśmy się przy jakichś porozrzucanych kamieniach na zaniedbanym placu.  Zaczęliśmy chodzić po sąsiednich uliczkach, szukając śladów po Wielkiej Synagodze (wówczas nie wiedziałem, że nie była to jedyna synagoga w tym miasteczku). Skończyło się na tym, że obejrzeliśmy dziewiętnastowieczną cerkiew i pojechaliśmy dalej. Dopiero kilka lat później, kiedy zapisałem się na kurs na przewodnika po województwie podlaskim, dowiedziałem się, że zaparkowaliśmy samochód przy samych ruinach po kryńskiej synagodze. To były właśnie te "porozrzucane kamienie." Teraz również przejechaliśmy obok tego miejsca. Na pustym placu nie było już ani jednego kamienia.

Zbliżała się siedemnasta, więc i na obejrzenie wnętrza tego drewnianego obiektu sakralnego nie mieliśmy nadziei. Zatrzymaliśmy się jednak na parkingu pod meczetem, Basia obfotografowała go z każdej możliwej strony, a następnie poszliśmy zwiedzać mizar, czyli tatarski cmentarz. W międzyczasie wyjaśniłem Steve'owi i Basi historię litewskich Tatarów (Lipków) znanych z Pana Wołodyjowskiego Sienkiewicza, którzy zostali skuszeni przez swoich podlegających sułtanowi współwyznawców do zdrady, żeby po kilku latach zatęsknić do życia w Rzeczypospolitej i przejść z powrotem na polską stronę. Za ten powrót Jan III Sobieski dał im ziemię w Kruszynianach, Bohonikach i wówczas jeszcze kilku innych wsiach, ale obecnie tylko te dwie podtrzymują tatarskie tradycje. 

Tatarska Jurta była już zamknięta, a zresztą i tak nie byliśmy głodni. Opowiedziałem tylko o nieszczęściu jakie się kilka lat temu przydarzyło w tym miejscu. Był długi majowy weekend 2018 roku. Przyjechali do nas Janiccy i w niedzielę 29 kwietnia pojechaliśmy na obiad do Kruszynian. Następnego dnia przeczytaliśmy w internecie, że drewniane zabudowania restauracji doszczętnie spłonęły). Dzięki determinacji właścicieli, Dżennety i Mirosława Bogdanowiczów oraz pomocy ludzi dobrej woli, Tatarska Jurta znowu stoi i zaprasza gości na specjały tatarskiej kuchni. 

Obok posesji Bogdanowiczów znajduje się Centrum Edukacji i Kultury Muzułmańskiej Tatarów Polskich w Kruszynianach. Tam rokrocznie odbywają się uroczystości z okazji tatarskiego Święta Pługa, czyli Sabantuj, co jest w jakimś stopniu odpowiednikiem naszych dożynek. Kilkakrotnie miałem przyjemność być obecnym na występach Tatarów z całego świata, tudzież pokazach polskich grup rekonstrukcyjnych odtwarzających siedemnastowieczne jazdy Rzeczypospolitej bitwy z konnicą imperium osmańskiego. Centrum również pomogło Bogdanowiczom utrzymać się w biznesie gastronomicznym do czasu odbudowy własnych budynków. Kiedy tylko nastąpiło pierwsze złagodzenie w reżimie covidowym, przyjachaliśmy z Agnieszką właśnie do Kruszynian na obiad do Tatarskiej Jurty korzystającej z gościnności Tatarskiego Centrum Kultury. 

Znowu przypomniała mi się nasza wyprawa z Jarkiem, małą Zuzią Janicką i małym Adasiem Kubiakiem do Kruszynian sprzed ćwierćwiecza. O restauracji Tatarska Jurta jeszcze nikomu się chyba nawet nie śniło, a do meczetu wpuszczał pan Ali (Aleksander, Sasza) Popławski, wówczas człowiek już w podeszłym wieku, który mieszkał ze swoją żoną w bezpośrednim sąsiedztwie meczetu. Akurat siedział na progu swojego domu, a ja zapytałem, czy nie wie, jak moglibyśmy zwiedzić meczet. Ponieważ się okazało, że to właśnie on jest opiekunem obiektu, wziął klucz i nas wpuścił do wewnątrz, po czym, usiadłszy na ławce wyrecytował longiem (jak mawiają aktorzy) historię Tatarów polskich oraz meczetu w Kruszynianach. Było to zadziwiające doświadczenie, ponieważ pan Ali na czas tej recytacji, jakby wszedł w trans, zaś cały monolog dziś porównałbym do odtworzenia pliku dźwiękowego, ale wtedy przypominało mi to raczej nagranie na taśmie magnetofonowej. Po wyrecytowaniu całego tekstu, pan Ali jakby się rozluźnił i powrócił do normalnego rejestru głosu. Na moje dość głupie pytanie, czy jest sunnitą, wzruszył ramionami i mruknął "A ja tam wiem..., tam... " Jego poczucie tożsamości brało się z prostej zasady, że jest polskim Tatarem i muzułmaninem, zaś cała jego wiedza na ten temat sprowadzała się do tego tekstu, który znał na pamięć i recytował go turystom. Co tu dużo gadać? Myślę, że dla większości ludzi kwestie tożsamościowe wcale nie opierają się na jakiejś rozbudowanej wiedzy. Cała ówczesna, czyli moja pierwsza wizyta w kryszyniańskim meczecie miała i ma dla mnie do dziś ogromny urok. Później znajomi przewodnicy mówili mi, że oboje państwo Popławscy mieli zupełnie niezgodny z religią muzułmańską problem alkoholowy, i wpuszczali do meczetu każdego, kto ich poratował jakąś drobną sumą. Ja jednak pamiętam, że od nas pan Ali nie zażądał ani grosza. 

Potem kilka razy byłem w meczecie, kiedy oprowadzał i opowiadał o nim obecny jego opiekun i przewodnik, Dżemil Gembicki. Niewątpliwie jest to obsługa profesjonalna. Dżemil umie pięknie opowiadać, jest ujmujący, świetnie komunikuje się z dziećmi i turyści bardzo go lubią. Na pytania odpowiada chętnie i elokwentnie. Nie wyobrażam go sobie, żeby tak jak pan Ali Popławski odpowiedział "A ja tam wiem..., tam..." Między innymi dlatego tak sobie cenię to moje pierwsze doświadczenie z meczetem w Kruszynianach.

W wielkim skrócie opowiedziałem o tych sprawach Basi i Steve'owi. W większości już w samochodzie, bo oto jechaliśmy do Narejek, niemal nad samą białoruską granicę. 

 




Jadąc od Kruszynian w stronę szosy bobrownickiej, przemieszczaliśmy się praktycznie wzdłuż białoruskiej granicy. Wiedzieliśmy oczywiście, że sytuacja w pasie przygranicznym jest napięta. Oto bowiem Łukaszenka przysyła na nią uciekinierów z Bliskiego Wschodu i Afryki, których polskie władze nie chciały wpuszczać, przez co naraziły się na krytykę obrońców praw człowieka, po pushbacki są w myśl prawa międzynarodowego niedozwolone. Z drugiej strony trudno oczekiwać od władz państwowych, żeby po prostu wpuszczały przez granicę grupy ludzi przysłanych tu przez władze wrogiego nam państwa, pozostającego w ścisłym sojuszu z jawnym agresorem dopuszczającym się zbrodni wojennych. Niewątpliwie nieludzkie jest skazywanie uchodźców na śmierć głodową i z wyziębienia, ale nie może tu być prostego rozwiązania, bo jeszcze nikt nie wprowadził prawa pozwalającego bezproblemowo przekraczać granice państw nie będących sygnatariuszami umowy o ruchu bezwizowym. Na dodatek naprawdę nie wiemy, co przyjdzie do głowy Łukaszence lub Putinowi. Dlatego mimo niechęci do ówczesnego rządu PiS, nie zdziwiła nas obecność wojska przy szosie, którą jechaliśmy. Nie była to straż graniczna, a regularna armia. Chłopcy w namiotach w otoczeniu wozów bojowych. Nie ukrywam, że poczuliśmy się jakoś tak dziwnie, bo przecież wojnę znamy tylko z książek i filmów. 

Wkrótce zapomnieliśmy o żołnierzach, ponieważ dojechaliśmy do Bobrownik. Przejście graniczne było idealnie puste. Pamiętam ogromne kolejki tirów, na jakie zawsze się tam natykaliśmy. Tym razem nie było ani jednego samochodu. 

Po przejechaniu na drugą stronę szosy Białystok-Bobrowniki, po jakichś trzech kilometrach znaleźliśmy się w Narejkach. U naszych znajomych, Kasi i Roberta, byliśmy kilka razy, ale tym razem wszystkie drewniane domki wydały mi się tak do siebie podobne, że powiedziałem Agnieszce, żeby się zatrzymała wcale nie tam, gdzie trzeba. Wysiadłem z samochodu i zorientowawszy się, że to nie to gospodarstwo, poszedłem pieszo dalej. Faktycznie to był następny dom. Tymczasem Agnieszka nie zauważyła, że skręciłem właśnie na to podwórko, i pojechała dalej. Zdążyłem się przywitać z Robertem i uciąć sobie z nim krótką pogawędkę, kiedy na podwórko wjechała Agnieszka z Basią i Stevem. 

Od Roberta dowiedziałem się, że Kasia jest u sąsiadów dwa domy dalej, ponieważ tam właśnie odbywają się uroczystości Dni Narejek! Po chwili jednak Kasia doszła do nas i wyjaśniła nam, co to za uroczystość. 

Otóż trzeba Wam wiedzieć, że Narejki stałych mieszkańców mają chyba mniej niż palców u jednej ręki. Jeżeli w tej starej wsi toczy się życie, to dzieje się tak za sprawą potomków w większości nieżyjących już gospodarzy, którzy przyjeżdżają tu za miasta jako letnicy. I to właśnie takie dzieci i wnuki starych narejczan zaobserwowały, że sąsiednie wsie organizują co jakiś czas swoje dni! Postanowili nie być gorsi, skrzyknęli się i właśnie w stodole sołtysa urządzili Dni Narejek. Ponieważ Kasia i Robert namówili nas na dołączenie do imprezy, mogliśmy się na własne oczy i uszy przekonać, jak bawią się dumni dziedzice owej wsi. O tym, że są to Dni Narejek, informował wielki napis na ścianie otwartej na oścież stodoły. Wewnątrz natomiast stały zastawione stoły, za którym zasiadali biesiadnicy. Jeden mężczyzna grał na akordeonie i śpiewał, a drugi śpiewał i wybijał rytm na tamburynie. Przed stodołą na stole leżał upieczony dzik. 

Kiedy weszliśmy do stodoły, natychmiast znaleziono dla nas miejsce, bo wszyscy, ale to dosłownie wszyscy okazali nam niezwykłą gościnność. Myśliwy, który dzika zastrzelił, oporządził, przyrządził i upiekł, natychmiast naładował nam na talerze po słusznej porcji mięsa. Wegatarianinem nie jestem, ale z dawnych lat nie kojarzyłem mięsa z dzika ze smakiem, który odpowiadałby mojemu gustowi. Dlatego z pewnym oporem skosztowałem mięsa, które okazało się nadzwyczaj smaczne. Steve'owi bardzo posmakowało, więc całą swoją porcję pochłonął. Ja natomiast cały czas czułem się opchany supraskim obiadem z "Ojcowizny", a dziczyzna na moim talerzu była już zimna, czemu nie ma się co dziwić, po leżała na tym stole przed stodołą od jakiegoś czasu. Poza tym przerażała mnie wielkość porcji. Ponieważ jednak nie chciałem urazić przemiłego myśliwego, powoli, po małym kawałeczku, udało mi się zjeść jakąś jedną trzecią nałożonej na talerz porcji. 

Nie odmawiałem natomiast alkoholu, który co jakiś czas ktoś uzupełniał w naszych kieliszkach. Skoro prowadziła Agnieszka... 

Tymczasem akordeonista z tamburynistą przypominającym pulchnego wikinga ze swoimi długimi włosami i brodą, intonowali jedną pieśń biesiadną za drugą, a towarzystwo się włączało. Pomyślałem, że to świetnie, że przyjechaliśmy do Narejek, bo dzięki temu Steve, Anglik ze Szkocji, miał okazję uczestniczyć w polskiej biesiadzie. Tutaj jednak muszę się podzielić pewną obserwacją. Właśnie, była to taka dość ogólnopolska biesiada, która mogła się zdarzyć równie dobrze w Wielkopolsce lub w Świętokrzyskiem. Na Podhalu pewnie śpiewano by góralskie przyśpiewki, ale w pozostałych regionach repertuar biesiadny byłby raczej taki sam, rozpropagowany przez media, muzyków weselnych i D'Jów na całą Polskę. Trochę szkoda, że na Dniach Narejek nie zaśpiewano ani jednej piosenki z tego białoruskiego pogranicza, a przecież jestem przekonany, że przodkowie organizatorów imprezy z pewnością śpiewali po białorusku pieśni autentycznie ludowe. Niestety tego się już raczej nie da odtworzyć. 

Tak, czy inaczej, impreza była zacna, a Steve zobaczył, że Polacy to naród, który potrafi spontanicznie zorganizować świetną zabawę. 

Tymczasem zrobiło się ciemno, więc wyruszyliśmy w kierunku Białegostoku. Następnego dnia zaplanowałem bowiem kolejny objazd Podlasia, żeby zapewnić Basi jak najwięcej materiału do zdjęć, które robiła dwoma aparatami z obiektywami tak ogromnymi, że obawiałem się, że lada moment tak wychylą ją poza środek ciężkości, że się kobita przewróci. Nie doceniłem jednak jej zwinności i determinacji. Prawdziwy artysta-fotografik zrobi bowiem wszystko dla dobrego zdjęcia.









sobota, 20 stycznia 2024

Krasnogruda, Sejny, Wiłkokuk, Białystok (piątek, 4 sierpnia 2023)

 

Nasz pobyt w Hołnach Mejera dobiegł końca, ale ponieważ nie musieliśmy się spieszyć z wyjazdem z ośrodka, posiedzieliśmy sobie prawie do południa nad jeziorem. Do pory obiadowej było jeszcze trochę czasu, więc postanowiliśmy pojechać do Krasnogrudy na kawę. Dokładnie tak samo pożegnaliśmy się z Sejneńszczyzną w roku poprzednim, więc uznaliśmy, że warto z tego zrobić rodzaj tradycji. 

W dworku Kunatów była akurat jakaś wycieczka. Ludzie robili sobie zdjęcia na jego tle. Weszliśmy na moment do recepcji, która również robi za kasę biletową i księgarnię. Przejrzałem kilka książek wydawnictwa "Pogranicze", co jest oczywiste, bo Stowarzyszenie "Pogranicze" opiekuje się tym miejscem. Zauważyłem obie książki Birute Jonuškaite, które czytałem. Na spotkaniu z autorką kupiłem sobie "Marantę", natomiast "Maestro", którego czytałem, był książką pożyczoną, więc teraz postanowiłem sobie ją dokupić, co też zrobiłem. 

Obeszliśmy dworek i zaszliśmy do kawiarenki, w której za kawę płaci się "co łaska", tzn. robi się dobrowolną darowiznę, ponieważ w domu wujostwa Czesława Miłosza nie prowadzi się gastronomicznej działalności gospodarczej. Wypiliśmy więc pyszną kawę i ruszyliśmy przez Żegary do Sejn. 

Jak pewnie pamiętacie, trzy dni wcześniej wybrałem się rowerem nad Gaładuś właśnie po to, żeby choć trochę poobcować z atmosferą książek pani Jonuškaite. Niestety, to się do końca nie udało. Z jednej strony jeziora widziałem tylko wielkie domiszcza z bali zbudowane w ciągu ostatnich dwudziestu lat na potrzeby letników, natomiast w Radziuciach nie dostrzegłem ani jednego drewnianego domu. Najstarsze zabudowania robiły wrażenie, jakby powstały w czasach Edwarda Gierka, natomiast reszta była znacznie nowsza. Z jednej strony żałowałem, że nie dostrzegłem tradycyjnych litewskich gospodarstw z lat 40., ale z drugiej chyba wypada się cieszyć, że poziom życia mieszkańców wsi wyraźnie się podniósł.



 


Podobnie, jak w zeszłym roku, do Sejn dojechaliśmy wczesnym popołudniem, co miało jeden ogromny plus, a mianowicie wolne miejsca przy stołach. Kiedy byliśmy w trakcie posiłku zaczęli przybywać inni goście, a kiedy wychodziliśmy, restauracja była, jak zwykle pełna. Jak już pewnie wiecie, nie ma się co dziwić, bo jedzenie w Litewskiej Karczmie jest wyśmienite. Tym razem trafiłem wreszcie na dzień, kiedy dostępne były kartacze podsmażane! I znowu, to, na co nie mogłem trafić na Litwie (nie, że w ogóle tego nie było, ale nie było akurat wtedy, kiedy miałem na to ochotę), zjadłem już w Polsce. Lietuviška Karčama przy konsulacie litewskim w Sejnach, jak dotąd nigdy mnie nie zawiodła!





 Zupa rybna z rybnymi pulpecikami

Ponieważ specjalnie nam się do Białegostoku nie spieszyło, postanowiliśmy odwiedzić miejsce, które znaliśmy z powieści Zbigniewa Nienackiego, Pan Samochodzik i templariusze. W książce wieś nazywa się Miłkokuk, ale opis jej położenia (na wschód od Gib) wyraźnie daje do zrozumienia, że autor niespecjalnie starał się zaszyfrować jej nazwę prawdziwą. Chodzi oczywiście o wieś Wiłkokuk nad jeziorem o tej samej nazwie. Pokonawszy kilka kilometrów piaszczystego leśnego gościńca, dotarliśmy do niej. Jezioro wyzierało na nas od prawej strony spomiędzy drzew. Trudno natomiast było znaleźć jakąś zwartą wiejską zabudowę. Zapamiętałem kilka murowanych domów wyglądających raczej na własność "miastowych", niż na miejsce zamieszkania rolników. Dwa dni wcześniej, w rozmowie z Grzegorzem, czyli doktorem M., poruszyliśmy między innymi zagadnienie ludzi z miasta osiedlających się w "dziczy" województwa podlaskiego (nie mylić z historycznym Podlasiem, Suwalszczyzna to zupełnie odrębna kraina geograficzna i historyczna). Grzegorz wspomniał m.in. jedną panią profesor, obecnie z naszego uniwersytetu, a pochodzącą z Wrocławia, która wraz z mężem zbudowała dom i zamieszkała w środku lasów Suwalszczyzny. Niewątpliwie w takim kroku jest coś romantycznego w stylu Henry'ego Davida Thoreau, i stoi za tym pewna filozofia życia, ale gdybym miał opuszczać zgiełk miasta, to raczej wolałbym kupić siedlisko na wsi, tak jak Grzegorz, żeby się jednak zupełnie od cywilizacji nie odcinać. Jeżeli leśne drogi zasypie śnieg, a mieszkaniec leśnych ostępów dostanie np. ataku ślepej kiszki, to z dotarciem do niego karetki pogotowia może być problem. Na stare lata, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, mieszkanie blisko centrum miasta ma szereg zalet, z czego najważniejsza jest ta, że jest blisko od lekarzy. 

Nie wiem, czy Nienacki kiedykolwiek był w Wilkokuku, nie wiem, czy była tam kiedyś szkoła, w której uczył miejscowy nauczyciel posiadający zeszyt z tajemniczymi notatkami na temat templariuszy. Obecny stan tego miejsca na pewno na to nie wskazuje. Ale to oczywiście nic nie znaczy. Stare zabudowania mogły po prostu zniknąć i to nie powinno nas dziwić. 

Nie mogłem się oprzeć nagraniu krótkiej wypowiedzi na temat najnowszej ekranizacji "Pana Samochodzika i templariuszy":


 


Kiedy dojechaliśmy do Białegostoku, jeszcze nabuzowani wakacyjnym trybem życia, co w naszym przypadku znaczy, aktywnym przemieszczaniem się per pedes, po zaniesieniu bagaży do mieszkania, ruszyliśmy na krótki spacer. 
 
Dotarłszy przez Planty na Rynek Kościuszki, zdecydowaliśmy się usiąść w ogródku "Żubrowiska", restauracji znajdującej się w budynku ratusza. W ciągu mojego życia w Białymstoku dokładnie w tym miejscu było już cały szereg knajp. Na początku lat dwutysięcznych znajdował się tu jeden z "Velvetów", czyli jedna z sieci restauracji należących do Iwony Zalewskiej, znanej wcześniej jako właścicielki renomowanej szkoły językowej World for Sale i mojego kolegi ze studiów anglistycznych, Wojtka Puchalskiego. "Red Velvet" znajdował się na ulicy Waryńskiego, "Black Velvet" na Warszawskiej, a w ratuszu był chyba "Blue Velvet". Potem w tym miejscu była chyba jeszcze jakaś inna restauracja, następnie "Esperanto", a teraz jest "Żubrowisko." Umieściłem natomiast ten historyczny wtręt, ponieważ mam pewien sentymentalny stosunek do tych wspomnień, a z drugiej strony uważam, że to jednak kawał historii miasta i warto by było, gdyby ktoś go opracował w formie książkowej. 
 
Z książek właśnie, zwłaszcza tych autorstwa pana Andrzeja Lechowskiego, jednego z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszego znawcy dziejów Białegostoku, dowiedziałem się dawno temu, że przed II wojną światową, za sprawą osiadłej tu rodziny macedońskiej, najpopularniejszym napojem chłodzącym w mieście była buza. Jest to rzecz na bazie kaszy jaglanej lekko fermentującej w wodzie z jakimiś dodatkami, między innymi rodzynkami. O ile dobrze pamiętam, już poprzedni lokal znajdujący się w ratuszu, czyli "Esperanto", serwował ten wskrzeszony na podstawie przedwojennej receptury napój.
 
Pamiętałem, że te kilka lat temu, buza nie zrobiła na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Teraz postanowiłem dać jej drugą szansę i... no i też nie. Broń Boże nie chcę, żeby ktoś myślał, że to płyn nie nadający się do picia, że mi gębę wykrzywiał, albo coś takiego. Absolutnie nie! Niemniej, uważam, że to po prostu nic specjalnego. Z "historycznych" napojów chłodzących wolę jednak kwas chlebowy, choć ten sprzedawany teraz w Polsce, Białorusi i Litwie w sklepach z powodu ogromnej ilości dodawanego cukru, nie do końca przypomina autentyczny domowy kwas na bazie skórek chlebowych. 
 
Posiedziawszy w "Żubrowisku", gdzie Jarek wreszcie z czystym sumieniem napił się piwa, przeszliśmy się jeszcze obok pałacu Branickich, żeby Janiccy mogli się pożegnać z tym symbolem naszego miasta, i wróciliśmy do naszego mieszkania. Nazajutrz mieliśmy się z naszymi przyjaciółmi pożegnać, ale nie był to bynajmniej koniec naszych wakacyjnych wycieczek. 








środa, 17 stycznia 2024

Hołny Mejera III (czwartek, 3 sierpnia 2023), czyli wycieczka rowerowa z profesorem M., obiad i zakupy w Sejnach, oraz wieczorne ognisko

 

 

Tak, jak się telefonicznie umówiliśmy dwa dni wcześniej, we czwartek rano wybrałem się do Żegar w pobliże bezstylowego kościoła, gdzie umówiłem się na spotkanie z profesorem Grzegorzem M. Tym razem nie objeżdżałem jeziora Hołny od granicy litewskiej, ale pojechałem prosto szosą na Augustów i skręciłem zaraz za tymże jeziorem w prawo, żeby po kilku minutach znaleźć się na skrzyżowaniu w Żegarach. Skręciwszy w prawo dojechałbym do Radziuć, a w lewo aż do samych Sejn. Tymczasem jednak usiadłem sobie na trawie oparłszy rower o drzewo. Za mną wznosił się architektonicznie nijaki budynek żegarskiego kościoła, a je się cieszyłem, że tym razem wybrałem sobie rower, w którym przerzutka była sprawna. 

Nie siedziałem na trawie zbyt długo, bo po kilku minutach przyjechał profesor M. i po przywitaniu od razu zaproponował mi przejście na "ty", jako że znamy się tyle lat, ale przez wszystkie te lata zwracaliśmy się do siebie formalnie, co pewnie brało się z tego, że 25 lat temu profesor, wtedy jeszcze doktor, był moim wykładowcą literatury angielskiej i czasami trudno jest przezwyciężyć pewien schemat. 

Grzegorz, jako już "miejscowy", bo od wielu lat jest właścicielem posesji w Radziuciach, a obecnie również tam mieszka, zna okolicę bardzo dobrze, ponieważ m.in. zjeździł ją wzdłuż i wszerz na rowerze, zaproponował trasę. Rower, na którym przyjechał, był z całą pewnością sprzętem o wiele lepszym, niż ten, który wypożyczyłem z ośrodka Politechniki Białostockiej, co w zestawieniu ze obcisłym strojem i kaskiem wskazywało wyraźnie, że Grzegorz jest po prostu prawdziwym cyklistą, a nie jakimś niedzielnym, jak ja. 

Na trasie to się tylko potwierdziło. Uważam, że nie mam najgorszej kondycji i na rowerze lubię sobie pojeździć, ale najczęściej robię to na asfalcie i na równym terenie. Oczywiście starałem się nie dać po sobie znać, jak dużym wysiłkiem było dla mnie pedałowanie pod górkę na piaszczystej polnej drodze i jakoś udało mi się pokonać całą trasę, ale z zazdrością patrzyłem na Grzegorza, który jechał po piaszczystych pagórkach, jakie zostawił tu po sobie lodowiec, jakby to był lekki spacerek. 

Przy okazji dowiedziałem się od Grzegorza nieco o regionie, który nadal zamieszkały jest przez mniejszość litewską, ale jednak coraz więcej siedlisk jest kupowanych przez ludzi z miast, z których niektórzy się tam osiedlają, a niektórzy starają się zrobić biznes na turystach spragnionych wypoczynku nad jeziorem. Wcześniej nie wiedziałem też, że Żegary były ważnym punktem na trasie dziewiętnastowiecznych litewskich przemytników książek! 

To jest niezwykle ciekawa historia, i myślę, że poszukam jakiejś literatury na ten temat. Otóż, jak pewnie niektórzy z Was wiedzą, pewne regiony Litwy przed samymi rozbiorami były już niemal całkowicie spolonizowane -- dlatego zapis w Konstytucji 3 Maja, żeby uczynić z Rzeczypospolitej państwo unitarne, a nie unię dwóch państw, nie spotkał się z jakimś większym oporem (oprócz oporu targowiczan wobec całej Konstytucji, ale to inna sprawa). Powstanie narodowe, listopadowe i styczniowe toczyły się również na ziemiach rdzennie litewskich i generalnie są również historycznym dziedzictwem Litwy. Dla Adama Mickiewicza Litwin to był taki sam Polak jak "Mazur" (w znaczeniu "Mazowszanin", czy Wielkopolanin. 

Działania na rzecz odrodzenia języka litewskiego, zaczęły się wcześniej, ale po klęsce powstania styczniowego przybrał na sile. Uwłaszczona ludność chłopska zaczęła manifestować swoją odrębność od polskojęzycznej szlachty. Do tego dochodzą działacze wywodzący się z inteligencji i litewskie duchowieństwo, którego zaczyna szerzyć dość mało zgodny z chrześcijańskim uniwersalizmem nacjonalizm. Ha, użyłem słowa "nacjonalizm", który się generalnie źle kojarzy, i w takim znaczeniu też się oczywiście objawił, ale chodzi przede wszystkim o poczucie odrębnej tożsamości narodowej. 

Jeżeli czytaliście wpis o naszej wizycie w Worniach, to pewnie pamiętacie biskupa Motiejusa Valančiusa, którego imię i nazwisko w polskiej wersji to Maciej Wołonczewski. To on przeniósł na rozkaz cara stolicę diecezji żmudzkiej z Worni do Kowna, to on również potępił powstanie styczniowe, nawołując do posłuszeństwa wobec cara. Równocześnie był jednym z pierwszych autorów książek w języku litewskim. 

Jak pamiętamy z lekcji historii i języka polskiego, Rosjanie, gdyby mogli, to najchętniej by zrusyfikowali wszystkie narody, jakie zdołali sobie podporządkować. Z pewnością nie inaczej było na Litwie, tyle, że polityka rusyfikacyjna pod zaborami, to nie była jakaś jedna wielka represja. W Królestwie Polskim działały instytucje, organizacje społeczne i prasa w języku polskim. Była cenzura, ale przecież wydawano Sienkiewicza i Prusa. Piszę o tym dlatego, że nie powinniśmy sobie wyobrażać imperium carskiego, jako państwa, które tylko rusyfikowało i nic innego go nie interesowało. Otóż z pewnością interesowało go wzajemne skłócenie narodów dawnej Rzeczypospolitej, dlatego władze rosyjskie przychylnie patrzyły na działania mające na celu oderwanie Litwinów od tradycji współpracy z Polakami. Odradzanie się poczucia litewskiej odrębności było im jak najbardziej na rękę. 

Tyle jednak, że po powstaniu styczniowym, w którym wielu Litwinów jednak wzięło udział, władze carskie postanowiły jednak nieco litewskość zmodyfikować. Do propagowania języka nic nie miały, bo to umacniało poczucie odrębności od Polaków, ale postanowiły narzucić grażdankę jako obowiązujące pismo języka litewskiego. Tak na marginesie, eksperyment tego typu w kilku przypadkach częściowo się powiódł, ale dopiero w czasach stalinowskich, kiedy narzucono zmodyfikowaną cyrilicę ludom posługującym się językami pochodzenia tureckiego, a nawet Mołdawianom mówiącym odmianą języka rumuńskiego. W popowstaniowej Litwie patrioci na narzucenie obcego alfabetu się jednak nie godzili i wyrazili swój opór w postaci drukowania książek po litewsku w alfabecie łacińskim. Ponieważ jednak ze względu na kontrolę władz nad drukarniami, nie było to łatwe na terenie samej Litwy, robiono to w Prusach. Tyle wiedziałem, bo tyle przeczytałem m.in. w życiorysie biskupa Valančiusa, który był m.in. jednym z organizatorów i koordynatorów przemytu litewskich książek z Prus. 

Teraz od Grzegorza dowiedziałem się, że Żegary były ważnym punktem na trasie tego litewskiego przemytu. Pokazał mi nawet miejsce, gdzie dokładnie szmuglerzy-patrioci się zatrzymywali, tyle, że dzisiaj nie ma tam żadnych zabudowań z tamtych lat. 

I tak pięliśmy się po polodowcowych pagórkach, po czym z nich zjeżdżaliśmy, aż dojechaliśmy do szosy Augustów-Ogrodniki, a następnie przejechaliśmy na jej wschodnią stronę. Zmianę krajobrazu przyjąłem z ulgą, ponieważ teraz jechaliśmy praktycznie pustą, wąską, ale jednak równą asfaltową szosą. Grzegorz zaproponował wycieczkę do Berżnik, więc teraz jechaliśmy na razie prosto w stronę litewskiej granicy. Przez Poćkuny i Krejwińce dojechaliśmy do sklepu spożywczego w Berżnikach, gdzie Grzegorz zaproponował zjedzenie śniadania w postaci bułki drożdżowej i kefiru. Wymówiłem się, ponieważ akurat w moim przypadku pieczywo z białej mąki to nie jest opcja dobra dla zdrowia. Grzegorz wszedł do sklepu, a kiedy wyszedł, usiedliśmy na trawie i kontynuowaliśmy pogawędkę, podczas której konsumował drożdżówkę i kefir. 

Rozmawialiśmy m.in. o przejściu granicznym, do którego można dojechać z Berżnik, które jest chyba obecnie słabo przejezdne. Doczytałem potem, że było to tzw. przejcie Berżniki-Kapčiamiestis (Kopciowo), które otworzono w roku 2006, ale w roku następnym, w następstwie wejścia obu państw do strefy Schengen, zostało zlikwidowane. Tyle, że chyba nadal można tamtędy przejechać na litewską stronę, choć z tego, co mówił Grzegorz, warunki drogowe nie są tam zbyt ciekawe. Chciałbym któregoś dnia samemu się o tym przekonać. Zawsze intrygują mnie tego typu "tajemnice". Można by było takim przejściem dostać się krótszą drogą do Druskiennik, gdzie tez nigdy jeszcze nie byłem. Tyle, że "krótszą" nie zawsze znaczy szybszą. 

Po popasie przy sklepie, pojechaliśmy w kierunku Gib, a po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Berżnikach przy drewnianym kościele. Nie wiem, czy Grzegorz planował zwiedzanie jego wnętrza, ale taka okazja pojawiła się sama w postaci księdza proboszcza, który zobaczywszy dwóch cyklistów przed bramą, wyszedł do nas i serdecznie zaprosił do wejścia do środka drewnianej świątyni. Kilkakrotnie powtórzył, że to parafia założona przez królową Bonę, ale już w to, że jest to ten sam kościół, który tu stoi od czasów żony Zygmunta Starego, już nie uwierzyłem. 

Sympatyczny proboszcz objął parafię w Berżnikach dosłownie kilka dni wcześniej, a dowiedziałem się tego stąd, że Grzegorz znał jego poprzednika i o niego spytał. Tematów światopoglądowych nie poruszaliśmy, ksiądz deklaracji wiary od nas nie żądał, więc nasza wizyta w drewnianym kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Berżnikach przebiegła w niezwykle sympatycznej atmosferze. 

Jak później doczytałem na stronie parafii, drewniany kościół został zbudowany w 1819 r., natomiast sama parafia powstała z kolei wcześniej niż czasy słynnej Włoszki na polskim tronie, bo już w 1447. Bona Sforza natomiast w 1547 roku nadała Berżnikom prawa miejskie. O ile we wsiach, które niegdyś były ośrodkami miejskimi da się dostrzec ślady ich miejskości w postaci choćby układu ulic, zazwyczaj z rynkiem, w Berżnikach o niczym takim powiedzieć się nie da. Sic transit...











Potem jechaliśmy jeszcze dalej w stronę Gib przy okazji rozmawiając na temat Zbigniewa Nienackiego i jego "Pana Samochodzika", do czego pretekstem była najnowsza ekranizacja tomu o templariuszach. Po tym, jak nie zostawiłem suchej nitki na tej produkcji, w której z pomysłu Nienackiego pozostawiono tylko przezwisko bohatera "Pan Samochodzik", przypomnieliśmy sobie o książkowym oryginale, w którym akcja zaczyna się, kiedy pan Tomasz z harcerzami jedzie "betonową autostradą" do Białegostoku (Grzegorz, jako białostoczanin jeszcze pamięta betonową szosę z Warszawy, której jednak oczywiście żadną autostradą nie była -- to raczej wynik megalomanii Nienackiego), żeby potem przez Rajgród, Augustów i Giby dojechać do Miłkokuku w celu dotarcia do notatek tajemniczego nauczyciela na temat templariuszy na Mazurach. Pamiętam, że w już w którymś ze starych wydań w przypisie napisano, że Miłkokuk to w rzeczywistości wieś Wiłkokuk leżąca nad jeziorem o tej samej nazwie na wschód od Gib. 

I tak w trakcie tej rozmowy Grzegorz stwierdził, że jak chcę, to możemy podjechać do Wiłkokuku. Nie wyraziłem entuzjazmu. Szczerze mówiąc faktycznie zacząłem odczuwać już głód, a i wcześniejsza jazda po piaszczystych ścieżkach na szczyty pagórków też zaczęła dawać się odczuć. Przy najbliższej okazji skręciliśmy więc w prawo, żeby dojechać do głównej szosy (16) na Ogrodniki. 

Na pożegnanie na skrzyżowaniu z szosą numer 16 Grzegorz pożegnał mnie zapewnieniem "To teraz masz jakieś dwa kilometry do Hołn", po czym pojechał na drugą stronę tejże, natomiast ja skręciłem w prawo, kierując się prosto ku przejściu granicznemu Ogrodniki. 

Jechałem po asfalcie, choć miejscami szosa pnie się może nie stromo, ale jednak wyraźnie pod górę. Dwa kilometry to było do ronda, z którego można z tej szosy zjechać na Sejny, natomiast na podstawie liczenia słupków ustawionych co sto metrów wzdłuż drogi, obliczyłem, że do Hołn przejechałem kilometrów osiem. Jazda rowerem ruchliwą szosą nie należy do przyjemnych, zwłaszcza, kiedy odczuwa się podmuch mijanych autokarów i ciężarówek. Do tego dochodzi myśl, że a nuż któryś kierowca cię nie zauważy. Niemniej wolałem jechać tędy, niż znowu się wspinać na relikty polodowcowe po drugiej stronie drogi. 

Na koniec jednak przychodzi satysfakcja, która jest największą nagrodą za trud i stres. To była fantastyczna wycieczka, podczas której dowiedziałem się kilku interesujących rzeczy, podziwiałem piękne krajobrazy i spędziłem czas na ciekawej rozmowie ze starszym kolegą! Przy tym nie ma to jak ten moment, kiedy po wysiłku fizycznym można trochę odpocząć! To cudowne uczucie, zwłaszcza, że teraz wreszcie zjadłem śniadanie i wypiłem kawę, co wprawiło mnie niemal w euforię. 

Niedługo potem przyszedł czas obiadu, więc postanowiliśmy wybrać się do Sejn. Pamiętaliśmy jednak, że po drodze kilkakrotnie mijaliśmy smażalnię ryb -- wiecie taką budkę z kilkoma stolikami. Namówiłem towarzystwo, żeby dać jej szansę. Zatrzymaliśmy się i podeszliśmy do kontuaru, gdzie spytałem pana jakie ryby można u niego dostać i co poleca. Dokładnie nie pamiętam, czy pan polecił nam sandacza, czy jakąś sielawę, bo ich wrażenie przyćmiła cena. Podał ją za sto gram, co w przeliczeniu nawet na gramów 300 po dodaniu frytek i jakiejś surówki wychodziło  ponad 100 złotych na osobę. Doszliśmy do wniosku, że tyle płacić na siedzenie w miejscu o wątpliwej estetyce, plastikowy widelec i papierowy talerz, to jednak przesada. Ponieważ jednak jestem człowiekiem, który nie lubi ranić uczuć bliźnich, nie powiedziałem głośno, co myślę o takich cenach, tylko stwierdziłem, że my się jeszcze zastanowimy i ewentualnie wstąpimy tu w drodze powrotnej z Sejn. Czy musiałem wygadywać takie głupoty? Pewnie nie. Nigdy nie nadawałem się i nadal nie nadaję do kariery w twardym świecie biznesu. Asertywne negocjacje nie są moją mocną stroną. Chyba, że jestem bardzo zdeterminowany, a w tej smażalni nie byłem. 

Tymczasem Litewska Karczma przy konsulacie w Sejnach jak zwykle nas nie zawiodła. Zjedliśmy pyszne bliny ziemniaczane z gęstą kwaśną śmietaną i czenaki, czyli warzywa z mięsem zapiekane w kamionkowym garnuszku. Pysznie, syto i za rozsądną cenę!


Po obiedzie podjechaliśmy do sejneńskiej Biedronki w celu uzupełnienia zapasów żywnościowych. Snuliśmy się więc wśród tłumów kupujących, bo warto zauważyć, że w sejneńskiej Biedronce zawsze są tłumy, w tym przeważnie litewskojęzyczne. Trudno jednak powiedzieć, czy to mieszkańcy Sejn i okolicznych wsi, czy to obywatele Litwy. Sądząc po rejestracjach samochodów na parkingu, tych ostatnich przyjeżdża naprawdę wielu. 

W Biedronce można kupić dość tanio książki. Najczęściej jest to literatura, która mnie w ogóle nie interesuje, ale tym razem dostrzegłem "Trzech muszkieterów" Dumasa. Ktoś może spytać, a cóż może być ciekawego w dziewiętnastowiecznej klasyce powieści płaszcza i szpady? Pomijając to, że książkę czytałem w siódmej klasie podstawówki (a zaraz potem "W dwadzieścia lat później', natomiast "Wicehrabiego de Bragelonne" nigdy nie przeczytałem, bo moi ukochani bohaterowie w niej umierają), a wcześniej zdążyłem obejrzeć kilka wersji filmowych (potem powstało ich jeszcze więcej), zdałem sobie sprawę, że nie mam w domu ani jednego egzemplarza "Trzech muszkieterów". Pod wpływem impulsu wrzuciłem tom w miękkiej okładce do koszyka. 

Ponieważ do kasy kolejka była strasznie długa, a ludzie przed nami mieli wyładowane ogromne wózki zostawiłem Agnieszkę z Janickimi i wyszedłem na zewnątrz. Obserwacja ludzi w niektórych przypadkach nie należy do zajęć zbyt szlachetnych, ale czasami po prostu dostarcza rozrywki. 

Obok mnie stał mężczyzna może w moim wieku, a może po sześćdziesiątce, a może młodszy, tylko, że mimo silnej budowy ciała papierosy i alkohol zrobiły swoje. Mijał go inny człowiek, młodszy (przedział wczesnych czterdziestek), również wyglądający na bywalca siłowni, co można było dostrzec, ponieważ jego tułów przyodziany był jedynie w podkoszulkę, przez co każdy mógł zobaczyć jego bicepsy, tricepsy, mięśnie naramienne, a także te na przedramionach. Starszy go zaczepił okrzykiem "cześć", na to młodszy się odwrócił i z twarzą ozdobioną szerokim uśmiechem wrócił zarzucając dowcipny tekst: "Wiesz, jestem bardzo zajętym człowiekiem, ale ponieważ to jesteś ty, więc zrobię wyjątek i się na chwilę zatrzymam!" Chwilę pogadali, czemu się już nie przysłuchiwałem, po czym młodszy zaczął się oddalać w stronę ulicy, zerknął jednak na samochód postawiony na parkingu w taki sposób, że zajmował część miejsca przeznaczonego dla innego auta. "Patrz, jak ludzie parkują!" wykrzyknął z daleka młodszy "cwaniak", jak go w myśli nazwałem. Na to starszy "od razu bym mandat wypisał, ale zapomniałem bloczka". Młodszy w tym momencie uniósł ręce do góry i zaśmiał się jakoś tak po aktorsku, co niby miało znaczyć, że dowcip kolegi go bardzo ubawił, a równocześnie jednak w jakiś sposób dawał do zrozumienia, że to przecież oklepany suchar. Cała ta sytuacja przywiodła mi na myśl pytanie, dlaczego ludzie zachowują się w ten sposób. Nie ma w tym ani krzty krytyki, bo sam, kiedy znajdę odpowiedniego partnera/partnerkę, lubię wejść w pewną konwencję, w której celowo odgrywamy swoje role. Tyle, że są one zaimprowizowane, przez nikogo nie napisane, choć nie do końca. Jest to swego rodzaju zabawa kliszami, często zaczerpniętymi albo z przekazywanych ustnie dowcipów, albo filmów. Czujemy jakiś rodzaj satysfakcji, kiedy znajdziemy kogoś, z kim spontanicznie możemy się poprzerzucać cytatami z filmów, a tan ktoś w lot to łapie. Jest to fajna zabawa, choć kiedy ktoś patrzy na to z zewnątrz, nie robi to jakiegoś wspaniałego wrażenia. W chwili, kiedy sami sobie wydajemy się tacy bystrzy i inteligentni, bo tak świetnie parodiujemy jakąś konwencję, obserwator może odebrać jako zachowanie żałosne i obciachowe. 

Moje wątpliwej jakości rozważania przerwały wyjście Janickich i Agnieszki z Biedronki. Zapakowaliśmy zakupy i wróciliśmy do Hołn Mejera.

Wśród zakupionej żywności były m.in. kiełbaski, ponieważ tym razem zaplanowaliśmy, że sobie zrobimy ognisko z kolacją. Kiedy je rozpaliliśmy było jeszcze widno. W pewnym momencie dołączył do nas chłopiec, chyba dziewięcioletni, którego nazwę tutaj Tadzikiem, bo w rzeczywistości miał zupełnie inaczej na imię. Otóż Tadzik przyjechał do Hołn z rodzicami, siostrą i jej koleżanką. W szkole ma przyjaciela, którego imię nie jest tu istotne, a którego nazywa przyjacielem, bo on, tzn. Tadzik zna znaczenie słowa przyjaciel i potrafi odróżnić przyjaciela od zwykłego kolegi. Poza tym Tadzik opowiedział nam o swoich zainteresowaniach, hobby, o tym, czego się chętnie uczy i kim chciałby zostać. Potem przeszedł do opisu swoich rodziców i siostry, łącznie z różnymi sytuacjami, do jakich dochodzi w domu. Chłopiec był przesympatyczną gadułą, ale jednak były momenty, kiedy każde z nas odczuwało pewne zażenowanie taką otwartością. Ciekawość innych ludzi to jedna rzecz, ale jednak poznawanie szczegółów z życia ludzi zupełnie nieznanych, to trochę za dużo, zwłaszcza że nie prowadzimy żadnej działalności polegającej na inwigilacji ani na snuciu intryg z wykorzystaniem delikatnych informacji. Szczerość chłopaka i gotowość do dzielenia się wszystkim, co mu akurat przyszło do głowy, zaczęła się robić kłopotliwa. 

Na szczęście przyszedł tata Tadzika, pracownik naukowy PB, którego codziennie rano spotykałem na ganku dworku Mejera siedzącego z laptopem i intensywnie pracującego. Następnie dołączył do nas inny pracownik PB, informatyk, który nawiązał do tematu, na który wcześniej byliśmy sprowadzili Tadzika, a mianowicie gier komputerowych. Temat był neutralny i nie naruszał niczyjej prywatności, a kiedy mężczyzna dołączył do naszego małego kręgu wokół ogniska, zaczął opowiadać tak ciekawie, że przez moment pomyślałem, że ten świat gier, tak bardzo mi przecież obcy, to rzecz fascynująca i niezwykle zniuansowana. 

Potem jednak rozmowa zeszła na sam dwór Mejera i informatyk, który mi tak zaimponował swoją fachową wiedzą, którą równocześnie potrafił przekazać w tak atrakcyjny sposób, w jaki potrafią to robić tylko ludzie autentycznie żyjący tematem, i tutaj niestety pojechał...

To, że tu stoi ładny dworek i że jest wokół porządek, przypisał faktowi, że tu kiedyś były Prusy. Delikatnie go poprawiłem, wyjaśniając, że Suwalszczyzna Prusami nie była, bo Suwalszczyzna to nie Mazury. Do Prus należała przez lat 12, podobnie zresztą jak Białystok, czyli od trzeciego rozbioru do pokoju w Tylży (1807). Informatyk musiał się zgodzić, ale jednak z tropu pruskiego nie chciał rezygnować, więc stwierdził, że Mejer, sądząc po nazwisku, był Prusakiem i dlatego w swoim majątku wprowadził pruski porządek. Tymczasem Jan Meyer, który go nabył w roku 1784 roku był Polakiem od co najmniej kilku pokoleń. Faktycznie korzenie jego dalekich przodków sięgały Niemiec, ale pochodził ze rodu dawno spolonizowanej szlachty inflanckiej. Kilkakrotnie zresztą wspominałem tego typu szlachtę niemieckiego pochodzenia (Platterowie, Manteufflowie i in.). Hołneński Mejer nie miał nic wspólnego z Prusami, a i z Niemcami w ogóle. 

Ponieważ sam nie jestem bez grzechu i wiele lat mi zajęło zrozumienie, że nie należy się wypowiadać na tematy, o których nie ma się głębszej wiedzy, starałem się nie być zbyt surowy dla informatyka, który o swojej dziedzinie mówił bardzo ciekawie. Rozmowa jakoś tak płynnie przeszła na pracę taty Tadzika, ekonomisty, który siedząc codziennie na ganku dworku pisał na swoim laptopie recenzję pracy jakiegoś młodego naukowca, który za pewnik podawał swoje przeświadczenie. Niewprawny czytelnik mógłby to przegapić, bo tekst się dobrze czyta, ale jednak trzeba uważać na takie rzeczy, bo w ten sposób można za wiedzę naukową podać jakiś stek bzdur. I tak doszliśmy do tematu, co w ogóle jest naukowe, a co nie, a ponieważ tata Tadzika użył terminu "czarne łabędzie", a ja akurat czytałem i jestem pod wrażeniem książki Nassima Nicholasa Taleba o tym samym tytule, w której autor nie zostawił suchej nitki na naukowej wartości tzw. nauk humanistycznych i społecznych, rozmowa potoczyła się wartko, tyle, że był to właściwie dialog nas dwóch, ponieważ informatyk już sobie poszedł, a Agnieszka, Jola i Jarek w tej dyskusji nie uczestniczyli. Nie powiedzieli mi tego wprost, ale podejrzewam, że musieli się trochę nudzić. Tak czy inaczej, ja wspominam ten wieczór przy ognisku bardzo dobrze! 

Był to równocześnie początek naszej "zielonej nocy", bo nazajutrz trzeba było wracać do Białegostoku.






A już w łóżku zacząłem przeglądać zakupiony tom "Trzech muszkieterów" i o dziwo, nie znalazłem nazwiska tłumacza, mimo, że szukałem na stronie tytułowej, na stronie następnej, na okładkach i we wszystkich stopkach. Nic, null. Aleksandra Dumasa nikt nie tłumaczył, polski tekst pojawił się sam. Koleżanka Ania, która jest wielką "Trzech muszkieterów" fanką, doszła do wniosku, że kupiłem tłumaczenie "pirackie"! No dobra, rozumiem spiratowany film, piosenkę, płytę, ale książka? Porównałem potem pierwszą stronę tekstu do innych tłumaczeń i nie jest podobne do żadnego z nich, tzn. treść jest, ale słownictwo jest inne! Do tej pory nie rozwikłałem tej zagadki. Może to tłumacz google, albo AI?