wtorek, 7 października 2025

Wokół Tokaju (3): Zamek Füzér i zamek Boldogkő (21 lipca 2025)

zamek Boldogkő


Po zjechaniu wąską i krętą drogą wijącą się wśród zabudowań mieszkalno-gospodarczych (nie zazdroszczę ich mieszkańcom, ale pewnie są do tych niedogodności przyzwyczajeni) poczekaliśmy przy samym wjeździe na główną szosę na grupę rowerzystów, którzy zablokowali nam drogę, ponieważ czekali na możliwość włączenia się do ruchu. Wszyscy mieli jednolite stroje, więc była to zorganizowana grupa. Nie było to nasze pierwsze z nią spotkanie, bo wcześniej natknęliśmy się na tych rowerzystów na parkingu pod Mostem Jedności Narodowej. Cała grupa skręciła w lewo, a my za nimi, ponieważ postanowiliśmy zajechać do sklepu, żeby kupić coś do picia i może też jakąś przekąskę, ponieważ obiad postanowiliśmy zjeść później. 

Z parkingu pod Lidlem ruszyliśmy już prosto do zamku Füzér, droga do którego wynosiła ok. 27 km. Jakieś pół godziny później byliśmy na miejscu. 

Już z drogi widzieliśmy majestatyczną bryłę fortyfikacji, która wznosiła się na wzgórzu ponad warstwą lasu. Podjechaliśmy na parking, gdzie zapłaciliśmy za możliwość postawienia samochodu, a następnie udaliśmy się na kawę do restauracji tuż przy parkingu. Odezwał się w nas już lekki głód, ale doszliśmy do wniosku, że obiad jednak zjemy już po powrocie do Tokaju. Tutaj filiżanka kawy musiała nam wystarczyć do podtrzymania czynności życiowych. 



Po tym krótkim odpoczynku zaczęliśmy się wspinać pod górę. Doszliśmy do bramy wejściowej, za którą znajdowała się kasa biletowa, a skąd musieliśmy się jeszcze wspiąć jakieś dwieście metrów, to wejścia do samego gmachu zamku. 

Dziedziniec szpeciły nieco materiały i rozgrzebane fragmenty budynku spowodowane pracami remontowymi, ale całość jawiła się nam imponująco. Mogę chyba już powiedzieć "jak zwykle", bo niestety to problem wielu zamków pełniących rolę muzeum, a więc jak zwykle zabrakło wystarczającej ilości wyposażenia wnętrz, które niestety niewiele miało wspólnego z oryginalnym. Niemniej trzeba uczciwie przyznać, że niektóre sale urządzono tak, jakby mieli tam za chwilę wejść ich szesnastowieczni właściciele. 

Zamek z początku XIII wieku początkowo służył jako ogniwo w obronie wschodnich granic Węgier przed Tatarami. Później, jak to często bywało ze średniowiecznymi zamkami, zmieniał właścicieli, którzy dodawali do budynku coś od siebie. Jeśli ktoś jest ciekawy historii własności zamku, odsyłam do https://medievalheritage.eu/pl/strona-glowna/zabytki/wegry/fuzer-zamek . Natomiast ciekawostką dla nas, Polaków, będzie to, że przez pewien czas należał do Stefana Batorego, księcia siedmiogrodzkiego, który został wybrany na króla Polski i wielkiego księcia Litwy. Dla Batorych zamek ten nie miał większego znaczenia, więc kiedy Stefan podarował go swojej siostrzenicy, Elżbiecie, która przeszła do historii, a może jednak do legendy, jako okrutnica mordująca młode kobiety, żeby ich krwią odwlekać objawy starości swego ciała. Te rzekome ekscesy działy się jednak w zupełnie innym zamku, a mianowicie w Čachticach (dziś na Słowacji). Są bowiem poważni historycy, którzy twierdzą, że ta czarna legenda to wymysł wrogów hrabiny, a za tworzeniem jej czarnego piaru stali Habsburgowie. Tak czy inaczej wygląda na to, że Europa z chęcią upatrzyła sobie Siedmiogród (czyli Transylwanię), jako kolebkę wampirów. 

Przez pewien czas Füzér vara został przejęty przez Habsburgów, którzy sprzedali go rodzinie Karolyi, żeby w końcu popaść w ruinę i stać się źródłem budulca dla okolicznych mieszkańców. Obecny stan zamku to zasługa ekipy, która w 2004 rozpoczęła odbudowę zamku, dzięki czemu mogliśmy go zwiedzić. 

Wnętrza są wyposażone w rozmaite repliki (np. naczynia w kuchni), ale generalnie wypełniają je współczesne ozdoby na ścianach, herby i zdjęcia. Niemniej uważam, że już same mury zasługują na to, żeby się tam wybrać, ponieważ tworzą naprawdę monumentalną średniowieczną atmosferę. 









Rozbawiły mnie jednak drewniane tabliczki w kształcie strzałek wskazujących drogę do poszczególnych pomieszczeń zamku. Otóż informacje były napisane w czterech językach, w tym po polsku, zaś napisy w owych językach oznaczone były miniaturkami flag państw, gdzie się ich używa. Napisy po polsku oznaczone były flagą Monako, ewentualnie Indonezji. Komuś się najwyraźniej pomyliła kolejność kolorów! 

Generalnie pod koniec zwiedzania zamku opanowała mnie jakaś głupawka, ale to chyba ze szczęścia, bo po prostu bardzo mi się podobał cały ten dzień! Był bowiem pełen bardzo przyjemnych doświadczeń. 
































Po zejściu na parking wsiedliśmy do samochodu i ruszyli do ostatniego punktu, jaki sobie na ten dzień zaplanowaliśmy, a mianowicie do zamku Boldogkő. 

Przebyliśmy więc niecałe pięćdziesiąt kilometrów wąskimi szosami regionu Zemplén, żeby dotrzeć do niezwykle malowniczej średniowiecznej konstrukcji, położonej na lekkim wzniesieniu, ale na szczęście dla nas, nie tak wysoko jak zamek Füzér. Parking też jest od razu przy samym zamku, więc wystarczyło tylko nieco się wspiąć po schodach i rodzaju wąskiego mostu, żeby wejść na jego teren. Oczywiście kupiliśmy bilety i rozpoczęliśmy obchód tego uroczego zabytku. 

Zamek powstał prawdopodobnie po najeździe mongolskim, kiedy Bela IV zdecydował o budowie szeregu fortyfikacji na wschodniej granicy Węgier, ale nie wiadomo, kto go wzniósł. Po raz pierwszy pojawia się w źródłach w roku 1282. Ponieważ późniejsi właściciele z możnego rodu Abe popadli w konflikt z dynastią panującą, którą to byli, po wygaśnięciu rodzimych Arpadów, Andegawenowie. Droga bocznej linii francuskich Kapetyngów na tron środkowoeuropejskiego królestwa jest odrobinę pogmatwana. Karol Robert I nie miał wiele wspólnego z Francją, ponieważ jego ojciec Karol Martel był synem króla Neapolu, Karola II Andegaweńskiego, a wnukiem pierwszego władcy Sycylii i Neapolu z tej dynastii Karola I (jednego z młodszych synów króla Francji Ludwika VIII Lwa. Przepraszam, za ten być może mało istotny wywód, ale sam sobie usiłuję poukładać w głowie, na jakiej zasadzie na tronie Polski zasiedli ludzie pochodzący z dynastii, której nazwisko kojarzy się przede wszystkim z Francją. 

Właśnie pierwszy Andegawen na tronie Polski, czyli Nagy Lajos (Ludwik Wielki na Węgrzech), u nas znany raczej jako Ludwik Węgierski, przejął na własność monarszą zamek Boldogkő. Jednakowoż jeden z jego następców, czyli Zygmunt Luksemburski, równocześnie król Węgier, Czech, Niemiec i cesarz rzymski, znany z tego, że dyplomatycznie zawsze wspierał Zakon Krzyżacki przeciwko Jagielle, z braku środków finansowych, zamek zastawił niejakiemu Peterowi Cudarze. W drugiej połowie XV wieku warownia stała się własnością rodu Szapolyai. Wtedy też zamek rozbudowano. 

Jak to zwykle z tymi zamkami bywało, nie dane im było zbyt długo pozostawać w rękach jednej rodziny, a na dodatek w kolejnych stuleciach przechodził z rąk do rąk nie tylko drogą transakcji handlowej bądź małżeństwa, ale w wyniku działań wojennych. To zaś znaczy, że zamek był świadkiem burzliwej historii Węgier, które z jednej strony broniły się przed zakusami imperium osmańskiego, a z drugiej przed próbą opanowania ze strony Habsburgów. Przejściowo więc Boldogkő był zajęty przez Jerzego I Rakoczego (tego, co podczas szwedzkiego potopu chciał sobie zająć kawał Rzeczypospolitej), a później też przez kuruców (antyhabsburskich powstańców) księcia Thökölyego. 

W 1701 roku cesarz Leopold I kazał zburzyć elementy fortyfikacyjne obiektu. Pozostałości zamku stały się magazynem zbożowym jezuitów z Lewoczy, a w 1753 zostały nabyte przez ród Pechy. Spadkobierczyni tegoż pozostawała w posiadaniu zamku do 1945 r. Całe szczęście, że Pechyowie, mimo, że w nim nie zamieszkali, nie pozwolili zrobić z jego pozostałości miejsca pozyskiwania budulca, a nawet coś dobudowali w stylu neogotyckim. 

Od lat 50 XX wieku zaczęto na terenie ruin zamku przeprowadzać badania archeologiczne, natomiast już w obecnym stuleciu zaczęto go rekonstruować. Zachowała się na szczęście czternastowieczna wieża, pozostałości starszej, trzynastowiecznej, i budynek mieszkalny. No niestety w samym centrum dobudowano budynek muzealny, który nijak średniowiecznej konstrukcji nie przypomina, ale za to mieści na piętrze zestaw makiet zamków i pól bitewnych. Reszta wyposażenie to mniej lub bardziej udanych rekonstrukcji mebli i ozdób ściennych. Mnie natomiast najbardziej się spodobały te makiety, ponieważ odezwało się tutaj moje wewnętrzne dziecko, które zawsze podziwiało kunszt odtwarzania rzeczywistości (zwłaszcza historycznej) w miniaturze. 



































Byliśmy już dość zmęczeni i zdecydowanie głodni, dlatego czym prędzej pojechaliśmy do Tokaju, gdzie zostawiwszy samochód na podwórku naszej kwatery, dziarskim krokiem udaliśmy się do miejsca już nam znanego i sprawdzonego, czyli do Bonchidai Csarda. Tym razem Jarek postanowił zjeść zupę monorybną, czyli z samego karpia (bez suma). Agnieszka postanowiła się zasłodzić naleśnikami, natomiast ja wyszedłem z założenia, że to jakieś nieporozumienie być w węgierskiej knajpie i nie zjeść jakiegoś perkeltu albo paprykarza. Miałem szczęście, bo akurat mieli perkelt wołowy, który serwowali z galuszkami (kluseczki, które są również popularne na Słowacji i w polskich Karpatach za sprawą wołoskich pasterzy, którzy osiedlili się tam osiedlili stając się naszymi góralami). Ponieważ jestem Polakiem dorastającym w latach 70. ubiegłego stulecia, nie potrafię jeść samego mięsa z dodatkiem węglowodanów. No po prostu muszę mieć jakieś surowe warzywo do tego. Dlatego pomimo obfitej porcji "gulaszu" (tzn. po naszemu "gulaszu", bo to nie była przecież zupa) zamówiłem jeszcze marynowaną paprykę, bo generalnie Węgrzy nie są dobrzy w surówki i sałatki. 

I muszę się tu ze smakoszowskim wstydem przyznać otwarcie -- porcja była tak olbrzymia, że nie dałem rady zjeść jej całej! Dawno mi się nie zdarzyło, żeby zostawić na talerzu coś, co mi bardzo smakowało (bo jak nie smakuje, to nie mam żadnych wyrzutów sumienia nie zjeść do końca), ale po prostu organizm nie mógł już tego pomieścić. Jeżeli jakimś cudem kucharz z Bonchidai Csardy trafi na ten blog i ten konkretny wpis, a na dodatek go sobie przy pomocy internetowego tłumacza przełoży na węgierski i go przeczyta, to pragnę owego kucharza (kucharkę?) z całego serca przeprosić za ten talerz z 1/4 zostawionego perkeltu. Naprawdę było pyszne, ale nieco za dużo! 








Tymczasem w sąsiednim apartamencie na naszej kwaterze następowały zmiany. Grupa młodych Węgrów i Węgierek, którzy zachowywali się bardzo przyzwoicie -- żadnych hałasów, ani alkoholowych ekscesów, już się wyprowadziła, natomiast rano, przed naszym objazdem rejonu Zamplen przyjechała rodzina Słowaków. Jarek zamienił kilka słów z ojcem ok. dziesięcioletniego chłopca i ok. cztero-pięcioletniej dziewczynki, który okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem. Pracował w Holandii z Polakami, i, jak twierdził, bardzo naszą nację polubił. Słowackiej rodzinie spodobała się też kwatera, tak że chcieli przedłużyć nocleg w Tokaju o jedną dobę, ale to się okazało niemożliwe, ponieważ nasz gospodarz miał już na te nasze apartamenty rezerwacje na długo naprzód. 

Wracając z restauracji, chcieliśmy kupić butelkę wina, żeby ją spożyć na patio przed naszym apartamentem, ale wszystkie sklepy były już zamknięte. W związku z tym postanowiliśmy otworzyć to, które kupiliśmy rano od właściciela piwnicy w Hercegkút. Przeszliśmy się natomiast jeszcze raz ulicami rozbebeszonego centrum Tokaju i do kwatery doszliśmy od drugiej strony. Idąc z daleka dostrzegłem biały budynek tokajskiej synagogi, którą mijaliśmy kilkakrotnie jadąc samochodem i zdałem sobie sprawę, że przecież już poprzedniego dnia chciałem ją zobaczyć z bliska. Robiło się jednak ciemno, a zmęczenie po tak intensywnym dniu naprawdę dawało nam się we znaki, więc postanowiłem zobaczyć tę pozostałość po żydowskiej ludności Tokaju rano, przez samym wyjazdem do Rumunii. 

Wieczorem zdegustowaliśmy zakupione wino -- to zaprawiane chmielem. Okazało się naprawdę smaczne i mimo delikatnego posmaku tej przyprawy, w najmniejszym stopniu nie przypominało wina. I powiadam Wam, tokajskie białe wina są naprawdę świetne i pewnie bym je kupował i u nas, ale niestety jedyne "tokaje", na jakie natykam się w sklepach w Polsce, to tak samo jak za komuny, same słodkie i półsłodkie. Tymczasem w tym winiarskim zagłębiu robią wyśmienite furminty wytrawne!  



czwartek, 25 września 2025

Wokół Tokaju (2): Sárospatak i most w Sátoraljaújhely (21 lipca 2025)

Jadąc do Sátoraljaújhely, nie mogliśmy pominąć miasteczka Sárospatak (dosł. Mętny Potok), które w 1201 r. otrzymało prawa miejskie od króla Emeryka (Imre). Nie chodzi o księcia Emeryka, który był synem Stefana Wielkiego i który żył w poprzednim stuleciu, związanego z Polską legendą o polowaniu na jelenia w Górach Świętokrzyskich, ani o węgierskiego rycerza Emeryka, również związanego legendą z owymi górami, który uważał się za najpobożniejszego człowieka na świecie, za co został zamieniony w kamień i do dziś stoi w tej postaci w Nowej Słupi (a tak przy okazji, to kto czytał w dzieciństwie "Czarne Stopy" Seweryny Szmaglewskiej, ten może kojarzy epizod, w którym harcerze zapobiegli końcowi świata odwracając figurę skamieniałego Emeryka, ponieważ legenda głosiła, że kiedy dotrze ona na szczyt góry, ów koniec właśnie nastąpi). To wszystko takie luźne skojarzenia, bo jak już wspomniałem, miasteczko, do którego dotarliśmy zostało założone przez zupełnie innego Emeryka, a mianowicie króla Węgier i Chorwacji, syna Beli III z rodu Arpadów. 

Z czasów średniowiecznych zachował się zamek zbudowany przez Andrzeja II, brata Emeryka, choć oczywiście w kolejnych latach swojego istnienia był obiektem szeregu modernizacji. Warto też pamiętać, że w tamtej epoce miasto to leżało na ważnym szlaku prowadzącym z Węgier do Polski.  

W wyniku zmian własnościowych zamek znalazł się w XVII wieku w rękach rodu Rakoczych, panujących po Batorych w Siedmiogrodzie, których znanych przedstawicieli było kilku, ale w Polsce pamiętamy przede wszystkim Jerzego II z tego powodu, że za namową Szwedów i w sojuszu z Kozakami chciał uczestniczyć w rozbiorze Rzeczypospolitej podczas "potopu". Na szczęście nic z tego nie wyszło, ale na historię zamku w Sárospatak i tak nie miało to większego wpływu. Dla Węgrów ród Rakoczych pozostanie symbolem narodowego oporu przeciwko panowaniu Habsburgów. 

Zanim jednak do owej siedziby Rakoczych dotarliśmy, zaparkowaliśmy przy gotyckiej bazylice p.w. św. Elżbiety z XVI wieku. Ciekawa sprawa, że pomimo kalwinizmu Rakoczych, którego to wyznania byli żarliwymi propagatorami, kościół św. Elżbiety pozostał do dziś rzymsko-katolicki. 

Kult św. Elżbiety w tym miejscu nie powinien nikogo dziwić, ponieważ Sárospatak to miejsce jej urodzenie. Córka króla Andrzeja II (tego, który najpierw osiedlił, a potem wypędził Krzyżaków z Dobrudży, gdzie mieli walczyć przeciwko Kumanom, czyli Połowcom, co miało potem konsekwencje przez kolejne trzysta lat dla historii Polski) przyszła bowiem na świat właśnie w tym mieście w roku 1207. Jako czteroletnia dziewczynka została wysłana na wychowanie na dwór landgrafa Turyngii, gdzie w 1221 r. poślubiła jego syna, Ludwika IV. Nie było jej pisane ani długie życie małżeńskie, ani w ogóle długie życie. Wkrótce mąż ją odumarł, zaś Elżbieta od 1228 poświęciła się pracy dobroczynnej w ramach trzeciego zakonu św. Franciszka, czyli zgromadzenia dla ludzi świeckich. Ciężka praca, tudzież pobożne praktyki (w tym posty) doprowadziły do jej śmierci w wieku 24 lat. Sława jej dobrych uczynków rozeszła się po Europie, w konsekwencji czego została wyniesiona na ołtarze, a w miejscu jej urodzenia zbudowano poświęcony jej kościół w stylu gotyckim. 

Niestety, podobnie jak w Polsce i wielu innych katolickich świątyniach Europy, wnętrze zostało zbarokizowane, czego przykładem jest ołtarz główny. Niemniej sama bazylika zachowała gotycką bryłę i kształt okien. 

Do zamku Rakoczych z kościoła św. Elżbiety Węgierskiej (noszącej też przydomek "z Turyngii") jest bardzo blisko. Idzie się cichą uliczką również noszącej imię tejże świętej, przechodzi się obok klasztoru Trynitarzy i już się jest przed bramą wjazdową na teren zamkowego parku. Nie wchodziliśmy do wnętrz, ponieważ mieliśmy w planie zwiedzenie jeszcze dwóch budowli obronnych w górach Zemplen. Obeszliśmy więc dziedziniec wewnętrzny, otoczony z jednej strony renesansowymi zabudowaniami pałacowymi. Trudno jednak było nam ocenić, które z zabudowań były starsze od innych, ponieważ wiemy, że już w XIX w. ówcześni właściciele, Bretzenheimowie, wprowadzili szereg zmian w stylu neoromańskim. 

Jako siedziba Rakoczych, zamek w Sárospatak był centrum reformacji w jej kalwińskiej odmianie, ale również ośrodkiem walki o niepodległość Węgier od władzy Habsburgów. To właśnie tutaj Franciszek I rozpoczął działalność polityczną nakierowaną na walkę z niemieckojęzycznymi cesarzami "rzymskimi", jaki i z Osmanami. Jego syn Franciszek II zasłynął jako przywódca antyhabsburskiego powstania z lat 1703-1711. W 1708 zamek gościł nawet posłów do parlamentu węgierskiego, którzy tutaj urządzili jedną z jego sesji. Jak wiemy, powstanie skończyło się klęską, a do 1867 roku Węgry jako państwo praktycznie było pozbawione podmiotowości. 

Po zwiedzeniu dziedzińca zewnętrznego, zajrzeliśmy jeszcze do przeszklonego, ale zamkniętego, pawilonu mieszczącego rekonstrukcje narzędzi drewnianych oraz armat, i wróciliśmy na parking pod bazyliką św. Elżbiety. 

 














































Ruszyliśmy w kierunku Sátoraljaújhely, gdzie zaplanowaliśmy tylko jedną atrakcję i to w ogóle nie związaną z historią i zabytkami. Mianowicie z jednego z filmików na YT (ponieważ zawsze coś czytamy i oglądamy na temat miejsc, które mamy zamiar zwiedzać) dowiedzieliśmy się o moście łączący dwa wzgórza (albo dwie góry, zależnie jak kto definiuje te pojęcia). Jest to most wiszący, gdzie w pewnych miejscach umieszczono przezroczyste płyty, przez które widać przepastną przestrzeń pod tą konstrukcją, co u niektórych może wywołać efekt paniki spowodowany lękiem wysokości. Postanowiliśmy się poddać tej próbie, dlatego po początkowym zmyleniu drogi – wjechaliśmy do samego miasteczka, zamiast od razu ostro skręcić w idącą ostro w górę wąską uliczkę – samochód Janickich musiał się zdobyć na nie lada wysiłek wspinając się stromą a krętą drogą wiodącą na parking. 

 

Zostawiwszy samochód udaliśmy się do kasy biletowej, gdzie udzielono nam zniżek ze względu na udokumentowane (mamy legitymacje) podejmowanego trudu na niwie kształcenia dzieci i młodzieży. Most Jedności Narodowej (Nemzeti összetartozás hídja), został oddany do użytku dopiero w zeszłym roku (4 czerwca 2024) i miał być najdłuższym tego typu obiektem na świecie, ale okazało się, że jest jednak krótszy od Sky Bridge w Czechach. Most łączy szczyty Szárhegy i Várhegy, i w ten sposób "otwiera oczy niedowiarkom" i pokazuje, że nie jest to ich, czyli Węgrów, ostatnie słowo. Oprócz roli atrakcji turystycznej nie spełnia on bowiem żadnej funkcji użytkowej. Żeby się jednak do niego dostać, trzeba się było pokonać piechotą nieco mniej niz 2 km asfaltową, ale raczej stromą drogą. Ponieważ jesteśmy jeszcze w pełni sił fizycznych, dokonaliśmy tego bez trudu i znaleźliśmy się przy bramce, gdzie należało okazać bilet, żeby metalowe pręty się przekręciły. Tylko, że kiedy doszliśmy do nich, były akurat otwarte, a młody człowiek, który wyglądał na pracownika obsługi obiektu zachęcił nas do przechodzenia bez zbędnych ceregieli (ponaglił nas, ponieważ widział na naszych twarzach dezorientację, poniewaz nie wiedzieliśmy, czy nasze bilety pakować do stojącego obok automatu, czy tez komuś pokazywać. 

 

W ten sposób już wkrótce maszerowaliśmy mostem, którego większość składa się z metalowej drobnej kratki i tylko dwa fragmenty stanowią szklane szyby. Idąc w jedną stronę nasze panie faktycznie zachowały się niemal tak, jak chińscy turyści z rolek na Tik Toku (czyli odmówiły spojrzenia w dół), ale w drodze powrotnej nie miały już z tym żadnego kłopotu. 

 

W jedną i drugą stronę towarzyszył nam tłum turystów, głownie węgierskich, choć byli też Słowacy. Było też sporo zorganizowanych grup młodzieży szkolnej. Po drugiej stronie mostu, gdzie się na kilka minut zatrzymaliśmy, żeby popodziwiać widoki, zdarzyło mi się kichnąć (na pewno nie był to objaw przeziębienia, więc pewnie jakiś późny objaw alergii -- normalnie kicham tylko do połowy lipca). Nagle usłyszałem Jarka, który głośno powiedział "köszönöm", co znaczy po węgiersku "dziękuję". Później mi wyjaśnił, że jedna z dziewczyn, której nie widziałem, ponieważ stałem za murem, powiedziała mi "Egészségédre", co znaczy "Na zdrowie!" Jarek po prostu mnie wyręczył, jako że zna kilka zwrotów węgierskich, a dziewczynę usłyszał i zrozumiał. "Podziękowałem jej za Ciebie" –  wyjaśnił. 

 

Po stronie mostu, na której odpoczywaliśmy były podobne bramki z systemu metalowych prętów, jak po drugiej, więc teoretycznie mogliśmy tutaj zejść z góry, ale wtedy musielibyśmy kilka kilometrów wędrować dołem, żeby potem się znowu wspinać do parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód. Z tego powodu postanowiliśmy wrócić tą samą drogą, którą tu dotarliśmy. Nie wybraliśmy się do punktu widokowego, czyli do wielkiej, widocznej z szosy na dole, konstrukcji metalowej na szczycie góry, ani do ruin zamku. Po pierwsze, nie kupiliśmy dodatkowych biletów dostępu do tych miejsc, a po drugie nie mieliśmy ich w planie. Przed nami bowiem były jeszcze dwa inne zamki, dotarcie do których miało nam jeszcze zająć trochę czasu.