wtorek, 4 listopada 2025

Timișoara (1) -- Piața Unirii (Plac Zjednoczenia) i Piața Libertății (Plac Wolności) (23 lipca 2025)

 




Początki Timisoary są węgierskie i chyba nawet rumuńscy nacjonaliści nie mogą mieć co do tego wątpliwości. Dawna polska nazwa miasta to Temeszwar, czyli węgierska nazwa w polskiej transliteracji, co oznacza "zamek Temesz". Temesz to generalnie nazwa okręgu, w którym miasto się znajduje. Natomiast szerszym kontekstem terytorialnym jest dla niego historyczny Banat, którego inna część należy dziś do Serbii, a której część najmniejszą zatrzymali Węgrzy. Madziarzy, którzy władali tą krainą do 1918 r., kiedy to w Trianon ukarano ich za współdzielenie środkowoeuropejskiego imperium z Austriakami, byli tu od średniowiecza. Temeszwar założyli najprawdopodobniej na początku XIII wieku, bo z tego okresu pochodzą pierwsze wzmianki o tym miejscu, ale być może jego powstanie wiąże się z czasami wcześniejszymi, tylko nieudokumentowanymi. W XIV wieku zamek był rezydencją Karola I Roberta, czyli pierwszego Andegawena na tronie węgierskim, po czym przeszedł w ręce Jana Hunyady'ego, wojewody siedmiogrodzkiego. W 1552 r. miasto zajęli Turcy, po czym pozostawało pod władzą Osmanów aż do 1716, kiedy na skutek zwycięskiego oblężenia austriackiego, na kolejne dwa stulecia znalazło się pod panowaniem Habsburgów (najpierw jako cesarzy rzymskich, potem cesarzy austriackich, a jeszcze później jako królów węgierskich, ale cały czas chodziło o tych samych władców Austrii). Z ciekawostek warto wspomnieć, że miasto, tzn. jego ulice,  jako drugie po Nowym Jorku miasto na świecie zostało oświetlone za sprawą instalacji elektrycznej. 

Józef Bem walczył pod Temeszwarem w 1849 r. w ramach antyaustriackiego powstania węgierskiego, a w historii najnowszej już Timisoara zapisała się jako miejsce, w którym zaczęło się obalanie komunistycznego reżimu Nicolae Ceausescu. Jak wiemy, jego kulminacją była niezbyt legalna (choć na pewno sprawiedliwa zważywszy ogrom jego zbrodni popełnionych na własnym narodzie) egzekucja dyktatora i jego żony. Tutaj jednak miał miejsce początek fermentu, który do tego doprowadził. Mieszkańcy miasta w państwie rządzonym naprawdę brutalną siłą, przy którym komunistyczna Polska mogłaby wypaść na kraj liberalny, odważyli się wyjść na ulice Timisoary właśnie, żeby zaprotestować przeciwko przesiedleniu kalwińskiego pastora Laszlo Tokesza. 

Do dziś, szczerze mówiąc, nie jestem w stanie pojąć, dlaczego akurat ta sprawa stała się iskrą, która obaliła komunizm w Rumunii. Oto naród przez lata reżimu ateizowany, ale przecież i tak w większości prawosławny, odważnie powstaje przeciwko krwawemu reżimowi, w obronie protestanckiego pastora, w dodatku Węgra! Władze własnego kościoła chciały iść na rękę (nie wiem, pewnie na skutek jakiegoś szantażu) komunistycznym władzom i bezpiece (Securite), ale parafianie nie pozwolili! W obronie pastora zebrały się większe tłumy, a to już przekształciło się w ruch, który uzyskał jakąś samoświadomość, poczucie siły i odwagę do obalenia całego systemu! Coś niesamowitego! A może nie ma w tym nic dziwnego? W końcu wiele wydarzeń historycznych zaczęło się od czegoś mniejszego, co na pozór nie powinno wywołać szeroko zakrojonej akcji. Czy rewolucje bywają szczegółowo przygotowywane, a potem wszystko idzie wg planu? Oczywiście istnieją "zawodowi" rewolucjoniści, ale czy zawsze to oni kontrolują sytuację, kiedy rewolucja wreszcie wybucha? 

 * * *

Po śniadaniu wypiliśmy kawę przy stoliku ustawionym na patio willi, w której się wczoraj zakwaterowaliśmy, żeby zaraz potem znowu ruszyć piechotą w kierunku centrum. Szliśmy tą samą drogą, a więc prawie dwa kilometry do galerii handlowej, w której się tym razem już nie zatrzymywaliśmy, tylko przeszliśmy przez przyległy do niej uroczy mini-park ze strumieniem i "japońskim" mostkiem, oraz nowoczesnymi rzeźbami. Po wyjściu z niego znaleźliśmy się przez moment na niezbyt ciekawym skrzyżowaniu ulic, nad jedną z których biegnie murowany most. Widok był więc taki dość typowo "wielkomiejski", ale w stylu industrialno-wczesnodwudziestowiecznym. Kiedy jednak przeszliśmy pod owym mostem, krajobraz zrobił się taki, jaki lubię najbardziej. Wkroczyliśmy bowiem do baśniowej krainy europejskiego miasta z wysokimi, przede wszystkim zadbanymi, a więc pokrytymi niepopękanym tynkiem i kolorową farbą, kamienicami. Pomyślałem sobie "toż to po prostu Wiedeń". Co prawda humor miałem dobry od rana, ale po wejściu na taką ulicę przywodzącą na myśl fin-de-siècle, poczułem ten dziwny rodzaj błogości, kiedy się czuje, że jest się w miejscu, w którym być się powinno. Wszystko mnie cieszyło, wszystko mnie zachwycało. Na dodatek znalazł się stolik w ulicznym ogródku kawiarnianym, gdzie zdecydowaliśmy się na drugą tego dnia kawę. Oprócz tejże skosztowaliśmy też napoju, z którym kojarzymy Rumunię od 2019 r., czyli pysznej, robionej na miejscu lemoniady. 





Po tym miłym odpoczynku poszliśmy w kierunku widocznego już na końcu ulicy placu. Kiedy się bowiem przyjeżdża do Timișoary, a ma się na jej zwiedzenie tylko jeden dzień, obowiązkowo należy odbyć spacer po trzech placach. W mieście jest ich oczywiście więcej, ale kiedy się nie ma zbyt dużo czasu, trzeba się ograniczyć do tych trzech, czyli: Piața Unirii (Plac Zjednoczenia), którego nazwa upamiętnia przełączenie Siedmiogrodu i Banatu do pierwotnych dwóch części kraju, czyli Wołoszczyzny i Mołdawii po pierwszej wojnie światowej, Piața Libertății (Plac Wolności) i Piața Victoriei (Plac Zwycięstwa). Tak na marginesie, rumuński to jedyny język romański (może poza sardyńskim, o którym nie mam zielonego pojęcia), w którym zachowała się częściowa deklinacja, dlatego wszystkie to nazwy występują, tak jak w języku polskim, w dopełniaczu! 

Tak oto zbliżaliśmy się do Placu Zjednoczenia, a kiedy do niego doszliśmy olśnił nas jego rozmiar i barokowe budynki go otaczające, ale z drugiej strony również podobieństwo do podobnych miejsc w praktycznie wszystkich starych europejskich miastach. Piața Unirii do 1919 r. nazywała się Placem Katedralnym (Piața Domului), bo też na swoich przeciwnych krańcach ma dwie katedry, katolicką i prawosławną serbską. 

Katedrę katolicką pw. św. Jerzego zaczęto budować w 1736 r. i skończono 38 lat później. Stanowi przykład klasycznego środkowoeuropejskiego baroku, czyli dużo skromniejszego, niż świątynie budowane w tym stylu we Włoszech, czy na Malcie. Zbudowano ją na potrzeby przeniesionej z Szegedu siedziby diecezji. 

Po odwiedzeniu katedry przeszliśmy przez plac z powrotem na stronę katedry prawosławnej, z której przyszliśmy. Minęliśmy Dom Brücka, pierwotnie barokowy, pod koniec XIX w. przebudowany w stylu secesyjnym, dom Trzech Huzarów i Dom Słoniowy. Właściwie wszystkie kamienice otaczające plac to osobna bogata historia. 

Dotarliśmy w końcu znowu pod siedziby biskupów serbskich wyglądający jak pałac z baśni, żeby wejść przez bramę w murze na teren prawosławnej katedry. Cały urok tego miejsca zeszpecił rząd przepełnionych pojemników na śmieci czekających na opróżnienie, ustawionych tuz przy wejściu. Brama wiedzie na teren cerkwi, ale to, co spotykamy po wejściu, to jej tył, czyli zaokrąglenie absydy, ponieważ wejście znajduje się od zupełnie innej ulicy. Została zbudowana w latach 1745-1748 praktycznie poza placem urządzonym na terenie dawnych tureckich umocnień. To, co mnie nieco zaskoczyło, to styl, w którym powstała świątynia prawosławna w dodatku obrządku słowiańskiego -- jest to po prostu kolejny budynek barokowy! Oczywiście wnętrze jest urządzone zgodnie z wymogami tradycji prawosławnej, ale z zewnątrz każdy mógłby serbski sobór pomylić z kościołem katolickim. Stąd moje zaskoczenie, bo przecież w końcu barok to artystyczna emanacja katolickiej kontrreformacji! 

Do 1969 r. Plac Zjednoczenia pełnił rolę zwykłego rynku, czyli targu z płodami rolnymi przywożonymi z okolicznych wsi. Pod koniec lat 80. XX w. miejsce to odnowiono i przywrócono barokowy charakter budynkom. Ze swoją kolumną morową na środku plac ten skojarzył mi się przede wszystkim z Czechami, gdzie podobne rynki znajdziemy w wielu miastach (np. w Czeskich Budziejowicach), ale też Austrią, czy Śląskiem. 











Pałac prawosławnych biskupów serbskich
























Prawosławna katedra serbska

Do kwestii serbskości katedry prawosławnej w rumuńskim mieście, jeszcze powrócę. Tymczasem udaliśmy się w boczną uliczkę, przy której kupiliśmy jakieś slodkie wypieki, żeby na jakiś czas zaspokoić głód, bo obiad zaplanowaliśmy dopiero na sam koniec naszego spaceru po mieście. 

Owa "boczna uliczka" to była Strada Vasile Alecsandri, która doprowadziła nas do drugiego dużego, acz mniejszego, placu, a mianowicie Piața Libertății. Ponieważ w tłumaczeniu na polski to po prostu Plac Wolności, jako łodzianinowi z pochodzenia i sentymentu, trudno mi się było oprzeć skojarzeniu z łódzkim placem o tej nazwie, a wiadomo, że jak łódzki Plac Wolności, to po środku musi stać wysoki postument z posągiem Tadeusza Kościuszki na szczycie. Oczywiście w innych miastach, nawet polskich, Place Wolności Kościuszki nie mają. Ba, ten łódzki to też wcale nie aż taka długa historia, bo odsłonięto go dopiero w 1930 r., potem zburzyli go Niemcy w 1939, a odbudowano i ponownie odsłonięto dopiero w 1960. Żywot tego monumentu do długich więc nie należy, ale jakże się wbił w świadomość łodzian, którzy na zasadzie odruchu bezwarunkowego na dźwięk "Plac Wolności" od razu widzą Kościuszkę wspartego na drzewku wolności. 

Generalnie Piața Libertății nieco mnie rozczarowała. Nie ma się co dziwić, ponieważ była to pierwotnie część timosoarskiej fortecy i jeszcze długo nazywana była Placem Parad. Specjalnie nie przyciągnął nas budynek Kasyna Wojskowego. Inne budowle też nie wyglądają tam zbyt atrakcyjnie. Środek placu zdobi kolejna kolumna morowa, przypominająca o pandemiach dziesiątkujących europejskie miasta jeszcze w XVIII w. i nowoczesna rzeźba chłopca z telefonem komórkowym. Z boku natomiast postawiono popiersie Decebala, króla Daków pokonanego przez rzymskiego cesarza Trajana. Kto trochę zna Rumunów, ten wie, że w swoim narodowym micie tożsamościowym uznają się za spadkobierców obu narodów, czyli Daków i Rzymian. Stąd nie powinny nas zaskoczyć imiona nadawane rumuńskim chłopcom -- Decebal i Traian, a czasami oba naraz! 
 












Generalnie to miałem wrażenie, że na tym dawnym miejscu wojskowych parad pasowałyby stragany z "mydłem i powidłem" o wiele bardziej niż do Placu Zjednoczenia. Nie tracąc więcej czasu na poszukiwanie atrakcji w tym miejscu weszliśmy w ulicę Alba Iulia, którą zapewniono cień za sprawą kolorowych parasolek nad nią zawieszonych. Z tą modą po raz pierwszy zetknąłem się w jednej restauracji w Bukareszcie w 2019 r., ale potem zetknąłem się z nią kilka razy w różnych miejscach, m.in. w Warszawie i w Białymsotku na ulicy Kilińskiego. Ulicę tę obraliśmy nie tylko z powodu tej ozdoby, ale również, a może przede wszystkim dlatego, że prowadzi ona do Placu Zwycięstwa (Piața Victoriei), gdzie mieszkańcy miasta dali początek końca komunistycznego reżimu Nicolae Ceausescu. 

niedziela, 19 października 2025

Kierunek Timiṣoara (22 lipca 2025)






Czułbym ogromny niedosyt po naszym i tak krótkim pobycie w Tokaju, gdybym nie podszedł w pobliże synagogi, którą mijaliśmy już trzy razy, kiedy wjeżdżaliśmy i wyjeżdżaliśmy z miasteczka na objazd okolicy. Poprzedniego dnia widzieliśmy ją również z daleka wracając z rozkopanego centrum, ale nie skręciliśmy w jej kierunku. Postanowiłem więc z samego rana przed naszym wyjazdem się tam przespacerować. Neobarokowy z elementami arkadowymi żydowski dom modlitwy wzniesiono w 1890 r. Społeczność żydowską miasta podczas II wojny światowej spotkał los podobny do wielu innych w całej Europie pod kontrolą niemiecką. Węgry występowały w roli sojusznika Hitlera, i niestety skwapliwie współpracowały z niemieckim aparatem "ostatecznego rozwiązania". Nieliczni Żydzi, którzy powrócili z obozów lub wygnania, wkrótce po wojnie wyjechali z Tokaju.  

Zrujnowany budynek zaczęto remontować dopiero na początku naszego stulecia, i obecnie pełni rolę centrum kultury. Wstęp do wnętrza synagogi jest oczywiście możliwy, ale nie o siódmej rano, kiedy się przed nią zjawiłem. Obszedłem więc ją, a przy okazji zobaczyłem nowoczesne budynki Teatru im. Ede Paulaya (oczywiście bez telefonu z tłumaczem google, raczej bym nie zgadł, że "szinhaz" to po węgiersku "teatr") oraz Muzeum Wina. Nie planowaliśmy wchodzenia do tych budynków, ponieważ woleliśmy ten jeden pełny dzień naszego pobytu w tej okolicy wykorzystać na zwiedzenie trzech zamków i mostu między górami. 

Zaskoczyło mnie nieco popiersie Paracelsusa na placu koło synagogi, więc znowu sięgnąłem do telefonu wpisując w google "Paracelsus w Tokaju" i okazało się, że faktycznie szwajcarski lekarz, farmaceuta i alchemik odwiedził to miasto w 1524 roku i bardzo chwalił miejscowe wina nazywając je "płynnym złotem", jako że uważał, że swój wyjątkowy smak "tokaje" faktycznie zawdzięczają złotu, jakie skrywały okoliczne gleby. W ten sposób ojciec współczesnej medycyny (opartej na chemii) przyczynił się do jeszcze większej sławy tokajskich win. 

Zrobiwszy kilka zdjęć synagodze, muzeum wina i teatrowi, wróciłem na kwaterę może nie z jakąś szaloną satysfakcją, ale z poczuciem spełnionego obowiązku. Gdybym tej pierwszej nie obejrzał z bliska, z pewnością dręczyłoby mnie sumienie. A tak, mogłem właśnie z lekkością przystąpić do śniadania i porannej kawy. 

Siedzieliśmy przy stoliku na patio przed naszym apartamentem, kiedy zbliżyła się do nas córeczka naszych słowackich sąsiadów. Najwyraźniej ją intrygowaliśmy i dziewczynka postanowiła się z nami zaprzyjaźnić. Głównymi jej rozmówcami była Jola i ja, natomiast komunikacja między nami przebiegała bez najmniejszych zakłóceń, bo jednak język słowacki jest polskiemu bardzo bliski. Dziewczynka dostała od swojej mamy kapelusz, czym nie omieszkała się pochwalić, a przy okazji Jola zapytała jak się "to" nazywa w jej języku, na co otrzymaliśmy odpowiedź, że to "klobuk" i w ten sposób poszerzyliśmy swój słowacki wokabularz o nowy wyraz. 

Naszym sąsiadom tak się w okolicy Tokaju spodobało, że zdecydowali się zostać tu jeszcze jedną noc, ale niestety nasz gospodarz musiał im odmówić, jako że nasze oba apartamenty były już na następną noc zarezerwowane przez kolejnych turystów. 

















Inaczej niż sześć lat temu, kiedy Rumunia należała już do Unii Europejskiej, ale jeszcze nie obejmowała ją Strefa Schengen, tym razem na istnienie przejścia na granicy węgiersko-rumuńskiej wskazywała sama infrastruktura -- puste budynki i stanowiska przy bramkach. Wszystko wymarłe. Tylko po naszej prawej przy szosie, tak jak kiedyś, stały zapyziałe budki służące jako kantory wymiany walut i biura sprzedaży winiet. Skorzystaliśmy z obu. Tym razem Jarek nie żałował na autostrady, w związku z czym jakość naszej podróży uległa radykalnej zmianie. 

Żeby było wszystko jasne, Węgry uwielbiam mimo zdecydowanej krytyki proputinowskiej polityki jej przywództwa, ale obiektywnie trzeba jednak powiedzieć, że drogi są tam kiepskie, a mijane wsie kojarzą mi się z naszymi latami 80. i 90. Jakby czas się zatrzymał. Oczywiście to tylko takie powierzchowne spostrzeżenie turysty, który nie wnika w poziom życia mieszkańców danego kraju. Piszę o tym, co widać na pierwszy rzut oka. 

Tymczasem w Rumunii asfalt robi się gładki i... cały. Tak generalnie Rumunia zawsze wywołuje u mnie uśmiech na twarzy -- kojarzy mi się ze słońcem i malowanymi nim kolorami, autostradami, zadbanymi wsiami i pięknymi miastami. Znowu zbyt mało mam kontaktu z Rumunami, żeby się wypowiadać o ogólnym stanie ich dobrobytu, ale moje wrażenie jest takie, że to ludzie przedsiębiorczy, którzy w myśl zasady Adama Smitha, chcąc polepszyć swój los, przyczyniają się do rozwoju gospodarczego całego kraju. 

Naszym punktem docelowym tego dnia była Timisoara, ale skoro wiedzieliśmy, że dotrzemy tam późnym popołudniem, nie planowaliśmy zwiedzania tego ponad trzystutysięcznego miasta, tylko nastawiliśmy się na jeden postój w okolicach Aradu, żeby zwiedzić tamtejszy monastyr. Po drodze jednak zaczęliśmy odczuwać głód, więc postanowiliśmy się zatrzymać gdzieś przy drodze na obiad. 

Restauracja nazywa się z angielska Pretty Mansion, natomiast wieś, w której się znajduje się we wsi Homorog. Lokal robił wrażenie luksusowego wg standardów PRL, ale takiego z Małopolski, gdzie za Gierka bywały świetne restauracje. Wśród budulca przeważało szkło, w tym szklane drzwi, co jest nie bez znaczenia dla tego, co mi się potem przytrafiło. 

Ozdoby wiszące na ścianach miały na celu zrobienie rustykalno-narodowej atmosfery, bo Rumuni są dumni ze swojego chłopskiego dziedzictwa. Usiedliśmy, a kelnerka, mimo, że nie mówiła po angielsku, doskonale zrozumiała nasze zamówienia. Ponieważ zapomniałem zabrać z samochodu telefonu, w którym mam przecież tłumacza google, wziąłem od Jarka kluczyki i czym prędzej pomaszerowałem na parking. I tutaj spotkała mnie przygoda, której się nie spodziewałem, ponieważ kiedy wchodziliśmy do restauracji, drzwi były szeroko otwarte. W międzyczasie ktoś je jednak zamknął, a ponieważ składały się z dwóch wielkich szyb bez ramy, nie dostrzegłem żadnej różnicy między ich stanem zamknięcia i otwarcia. Pewnie i szybko wkroczyłem więc w szklane drzwi, wyrżnąwszy przy tym o nie czołem. Na szczęście szyba wytrzymała, guza nie było, tylko drobny siniak, a najważniejsze, że nikt niczego nie zauważył! Wracałem już stosując zasadę mindfulness, czyli pełnej uważności! 

Jeśli chodzi o jedzenie, to mam pewien dylemat. Nie, w ogóle nie narzekam, ale problem jest natury, że tak powiem, naukowej. Otóż mimo ludowego charakteru wystroju restauracji, menu stanowiło raczej twórczość kucharza inspirowane kuchnią międzynarodową. Z rzeczy rumuńskich była ciorba de burta, czyli łagodne rumuńskie flaczki, ale ja np. wziąłem sznycel z kurczaka zawinięty w naleśnik. Nie do końca nawet wiem, czy ta potrawa należy do repertuaru jakiejś kuchni narodowej, ale na jej smak nie narzekałem. Agnieszka nie miała jeszcze specjalnego apetytu, więc sobie zamówiła bruschetty z pomidorami, a więc rzecz włoską i raczej nieobiadową. Do obiadu zamówiliśmy lemoniadę, a po nim wypiliśmy drugą tego dnia kawę. Posileni ruszyliśmy już prosto w kierunku Aradu. Wkrótce wjechaliśmy na autostradę, więc podróż zrobiła się mniej urozmaicona ale za to szybsza. 












W miarę naszego zbliżania się do Aradu, niebo robiło się pochmurne i zaczęliśmy się obawiać, że kiedy trzeba będzie wyjść z samochodu rozpada się deszcz. Przejechaliśmy więc w poprzek tego miasta, które ma 160 tysięcy mieszkańców i tramwaje, żeby kilka kilometrów za nim dotrzeć na duży i zupełnie pusty parking przed bramą wejściową w murze klasztornym. 

Klasztor Św. Szymona Słupnika powstał wieku XVIII i obejmuje dwie cerkwie, jedną murowaną pomalowaną z zewnątrz "biblijnym komiksem", choć nie aż tak bogatym jak to bywa w świątyniach Bukowiny, oraz sprowadzoną w 1986 r. drewnianą cerkiewką jako żywo przypominającą podobne konstrukcje, z jakich słynie Maramuresz, ale z tym regionem nie mającą nic wspólnego, ponieważ Seliste, skąd ją przeniesiono, leży stosunkowo blisko Aradu. 

Główna cerkiew była zamknięta, zajrzeliśmy więc tylko do tej drewnianej, pw. św. Piotra i Pawła, po czym rozejrzeliśmy się dookoła, przechodząca mniszka w ogóle nie zwróciła na nas uwagi, a poza nią na klasztornym dziedzińcu nie było żywego ducha. Pogoda była ponura, żadnych pielgrzymów, więc doszliśmy do wniosku, że i nic tam tez i po nas. Poszliśmy na parking i ruszyliśmy już prosto do Timisoary. 














W międzyczasie Jarek, który zawsze rezerwuje wszystkie nasze kwatery, dlatego to jego dane kontaktowe mają ich właściciele, dostał wiadomość, że niestety adres w Timisoarze, pod który mieliśmy jechać, uległ zmianie. Znaczyło to, że mieliśmy się udać do domu o jakiś kilometr od pierwotnego miejsca. Trochę nas to zaniepokoiło, bo zawsze przed wyjazdem oglądamy zdjęcia naszych kwater i już się nieco przyzwyczailiśmy do tego pierwotnego, a tu nagle mamy jechać jakieś dwa kilometry w bok. Mieliśmy tylko nadzieję, że warunki nie będą dużo gorsze. 

W samej Timisoarze najpierw zajechaliśmy do Lidla, żeby uzupełnić zapasy żywnościowe, zaś w kantorze po przeciwnej stronie ruchliwej ulicy dokupiliśmy leje. Po tych czynnościach Jarek nastawił nawigację na nowy adres i ruszyliśmy w jego kierunku. Trochę musieliśmy pokrążyć ulicami zupełnie nam nieznanego miasta, ale w końcu z ruchliwej ulicy skręciliśmy w prawo w taką, która włączyła w mojej głowie skojarzenie z fabryczną uliczką, przy której w latach 70. znajdował się dworzec autobusowy w Ostrowcu Świętokrzyskim. Po lewej stronie Strada Armoniei, bo tak się ta ulica nazywała, ciągnęła linia betonowych płotów, potem fabryka i komin z czerwonej cegły. Po prawej zaś za pasmem zarośli wyłoniła się elegancka willa. I to był właśnie nasz nowy adres. Jarek zaparkował od frontu i zaczęliśmy szukać wejścia. Nie mieliśmy klucza od drzwi frontowych, więc zaszliśmy od strony bocznej uliczki, ale tam wejścia nie było, natomiast brama na podwórko również od tej bocznej uliczki była zamknięta. Wróciliśmy do drzwi frontowych. Zadzwoniliśmy do właścicielki, a ta nam wytłumaczyła, że tam nie ma żadnej skrytki z kluczem, ani też żadnego kodu, ponieważ te drzwi są po prostu zawsze otwarte. Wystarczy je popchnąć. Faktycznie, tak było. Willa składała się z kilku dużych ponumerowanych pokoi i wspólnej przestrzeni salonowo-kuchennej między parterem a pierwszym piętrem, na którym znajdowały się nasze pokoje. Kiedy je zobaczyliśmy, nie tylko odetchnęliśmy z ulgą, ale wręcz wydaliśmy westchnienie zachwytu. Co prawda poza ogromnymi podwójnymi łóżkami, i stolikami po obu stronach, nie było tam innych mebli, ale za to był stojak z wieszakami służący za szafę. 

Kilka minut później przywitała Agnieszkę i Janickich wysoka blondynka w wieku ok. 30 lat (tak na oko), płynnie i pewnie (choć ze sporadycznymi błędami) mówiąca po angielsku. Przedstawiła się jako Georgiana, przeprosiła za kłopot ze zmianą kwatery, wytłumaczyła co jest gdzie i jak korzystać z udogodnień kuchennych. Być może dlatego, że na jej spotkanie doszedłem ostatni i stanąłem nieco z tyłu, nagle nasza energiczna gospodyni zwróciła się do mnie po rumuńsku! No niestety, nawet pięć lat temu, kiedy nauczyłem się podstaw tego języka, żeby się porozumiewać w restauracjach i sklepach, nie zrozumiałbym tego, co mówiła. Teraz natomiast, kiedy ten mój szczątkowy rumuński niemal całkowicie zwietrzał, tym bardziej nie rozumiałem jej mowy szybkiej a energicznej. Georgiana po prostu wzięła mnie za lokatora innego z pokoi, ale szybko wyjaśniliśmy nieporozumienie. Uiściliśmy opłatę gotówką i nasza gospodyni nas opuściła. Później jeszcze raz przyjechała przywitać innych gości i przy okazji spytała nas, czy jesteśmy zadowoleni. 

Georgiana, czyli młoda kobieta, której zachowanie wskazywało na niezwykłą pewność siebie i profesjonalizm, po raz kolejny wzbudziła we mnie refleksję nad ludzkimi osobowościami. Po raz kolejny, ponieważ od czasu do czasu myślę o tym, jak to się dzieje, że ludzie często nawet dzieci tych samych rodziców, wykazują się tak różnymi osobowościami. Jeden jest całe życie fajtłapą, inny leniem lub tchórzem, a inny po prostu przebojem zdobywa świat i buduje imperium. Żeby to jeszcze można było wytłumaczyć wychowaniem, środowiskiem i edukacją. Obserwując swoich byłych uczniów i studentów, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jednak jakieś cechy wrodzone determinują ludzki los. 

Ponieważ było jeszcze widno, postanowiliśmy się przejść w kierunku centrum, choć bez nastawiania się na zwiedzanie, bo na to zaplanowaliśmy poświęcić kolejny dzień. Teraz zaś doszliśmy znowu do tej ruchliwej ulicy, z której skręciliśmy w Strada Armoniei, czyli do Calea Sever Bocu. Trzeba przyznać, że ta część Timisoary nie należy do najbardziej reprezentacyjnych. Mijaliśmy stare bloki z czasów Ceacescu, jakiś plac z używanymi samochodami na sprzedaż, stragany pełne ogromnych arbuzów, znowu szare bloki, cmentarz i po jakichś ponad dwóch kilometrach dotarliśmy do ogromnego centrum handlowego o nazwie Iulius Town. Prawdopodobnie mogliśmy tam dojechać autobusem bądź trolejbusem, ale woleliśmy się przejść, zwłaszcza, że nie wyedukowaliśmy się z zakresie zakupów biletów komunikacji miejskiej. 

W galerii handlowej znaleźliśmy kawiarnię o nazwie "Fabrika" i postanowiliśmy z Agnieszką napić się kawy. System obsługi nie do końca był tam jasny, ponieważ była tam i "wyspa" z kawą, a po bokach bufety z innymi napojami i jedzeniem. Kręciły się jakieś kelnerki, ale nie zwracały na nas uwagi, bo były zajęte obsługą innych gości. Pomyślałem, że kawę trzeba zamówić przy tej "wyspie" z kontuarów otaczających utensylia do jej parzenia. Kelner jednak wyjaśnił nam, że trzeba zamówić u kelnerki. Żadne jednak się do nas nie zbliżała, natomiast w odległym kącie grupka młodych dziewczyn w fartuszkach siedziała lub stała spędzając czas na pogawędce. W końcu udało nam się jedną ściągnąć, prawdopodobnie dzięki bariście, który ją do nas przywołał. Jarek nie miał takiego problemu, ponieważ przy innym kontuarze kupił sobie piwo i spokojnie je sobie sączył. W końcu i my dostaliśmy nasze kawy, więc całe napięcie spowodowane opieszałą obsługą, odeszło jak ręką odjął. Tymczasem Jola, która nie miała ochoty na żadne napoje, ruszyła na samotną wyprawę po sklepach. Okazało się, że galeria jest tak duża, że ledwo trafiła z powrotem do "Fabriki", gdzie na nią czekaliśmy. 

Teraz poszliśmy już wszyscy razem do delikatesów, gdzie dokupiliśmy jeszcze coś do jedzenia i butelkę wina Jidvei do kolacji. Jidvei co prawda leży w okręgu Alba w Siedmiogrodzie (Transylwanii), ale niestety nie znałem żadnych marek win z okolic Timisoary, bo z pewnością chciałbym skosztować czegoś zgodnie z zasadą terroir. Jidvei musiało więc odegrać rolę reprezentanta wszystkich win rumuńskich i myślę, że wszyscy byśmy się zgodzili, że robiło to dobrze.