wtorek, 11 listopada 2025

Orszowa (24 lipca 2025)


Po śniadaniu szybko się spakowaliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Nie zrywaliśmy się wcześnie, ponieważ dystans do pokonania nie był specjalnie długi. Jechaliśmy bowiem do Orszowy, czyli historycznie nadal pozostawaliśmy w Banacie, czyli ziemi, która dawniej była częścią Królestwa Węgier. Przez cały czas odmienialiśmy nazwę tej miejscowości tak, jak większość ludzi chyba nadal odmienia polską nazwę miejscowości Włoszczowa, która na całą Polskę zasłynęła tym, że swego czasu minister z czasów pierwszego PiSu nakazał w niej zatrzymywać się pociągom pospiesznym na trasie Warszawa-Kraków. Ponieważ na fali memów i dowcipów, jakie wówczas powstały, nazwa ta padała w różnych formach gramatycznych, głos zabrali poloniści, w tym sam profesor Bralczyk, który stwierdził, że nie jedzie się do Włoszczowej, ale do Włoszczowy. Mieszka się nie we Włoszczowej, ale we Włoszczowie, a na pytanie dlaczego właśnie tak, odpowiadał, że to przecież identyczna odmiana jak w nazwie Warszawa. Włoszczowa jest rzeczownikiem, a nie przymiotnikiem, żeby ją po przymiotnikowemu odmieniać. Nie wiem, ilu Polaków wzięło sobie do serca nauki profesora Bralczyka. Ja staram się mówić tak, jak ten polonistyczny autorytet nakazał, a na dodatek mam to szczęście, że moje myśli rzadko krążą wokół Włoszczowy. Żeby było jeszcze ciekawiej, okazało się, że identycznie sprawa się ma z Jabłonną, którą powinno się odmieniać rzeczownikowo, jak "wanna", a nie przymiotnikowo jak "wonna". 

Jeszcze w Polsce, kiedy planowaliśmy naszą trasę, mówiliśmy, że jedziemy do Orszowej, w Orszowej mamy nocleg itd., ale myślę, że jednak sprawa ma się tutaj tak samo jak z Warszawą, Włoszczową i Jabłonną. Co ciekawe, wiele rumuńskich miast ma swoją starą, pochodzącą jeszcze z czasów I Rzeczypospolitej polską nazwę. Co prawda Sighișoary nikt już Segieszowem nie nazywa, ale rumuńska Orșova to homofon nazwy polskiej (żeby rzecz jeszcze bardziej zagmatwać, dodajmy, że alternatywna stara polska nazwa to Orszawa). Mimo, że na żywo odmienialiśmy tę nazwę przymiotnikowo, niniejszym postanowiłem, że w tym tekście będę to robił poprawnie. Jechaliśmy do Orszowy! 

Krajobraz był raczej płaski i pozbawiony lasów. Zatrzymaliśmy się przy przydrożnym punkcie gastronomicznym we wsi Gradinari w okolicach miejscowości o swojsko brzmiącej nazwie Morawiţa. Co tu dużo gadać, ślady osadnictwa słowiańskiego w rumuńskiej onomastyce są bardzo widoczne. Mnie nazwa Morawica kojarzy się przede wszystkim z miejscowością w Świętokrzyskiem, gdzie mieści się szpital dla nerwowo chorych, co sprawia, że w tym województwie jest ona metonimią takiego szpitala, i tak jak na Podlasiu mówi się o kimś, kto poszedł do takiej placówki, że go odwieźli do Choroszczy, na Mazowszu, że do Tworek, w Łodzi, że do Kochanówki, a na Śląsku, że do Rybnika, tak w Świętokrzyskiem jedzie się na terapię psychiatryczną do Morawicy. Rumuńska Moraviţa raczej nie ma z tym nic wspólnego, ale spontaniczne skojarzenia rządzą się swoimi prawami. 

Gdybyśmy w owej rumuńskiej Moraviţy pojechali prosto, dotarlibyśmy o wiele szybciej, bo prostą drogą, do Belgradu. Nie taki był jednak nasz cel. Założyliśmy bowiem, że pojedziemy na Żelazną Bramę, czyli fragment Dunaju stanowiący granicę rumuńsko-serbską, żeby zwiedzić niezwykle ciekawe obiekty znajdujące się bo obu stronach tej rzeki. Stąd właśnie to nadłożenie kilometrów i nocleg w Orszowie. 

Pierwszy postój zrobiliśmy sobie nad Dunajem przy budce, w której siedział mężczyzna chyba wynajmujący łódki. Zatrzymaliśmy się w jednym celu, a mianowicie, żeby popodziwiać zamek Golubac po przeciwnej stronie rzeki. Jego zwiedzanie mieliśmy w planie następnego dnia, bo jest to miejsce wielce ciekawe i dla Polaków historycznie ważne. Chociaż z drugiej strony jest to dość kontrowersyjne, ale o tym w odpowiednim czasie. Tymczasem gapiliśmy się na ten Golubac, zagadaliśmy kilka słów do faceta w budce i przy okazji skierowaliśmy nasz wzrok w górę ale nie po drugiej stronie Dunaju, tylko po stronie wręcz przeciwnej, czyli na wzgórzu po drugiej stronie szosy, którą jechaliśmy. Nie pamiętam, kto z nas wykrzyknął ze zdziwieniem "O, zamek!" Nic o tym miejscu wcześniej nie czytaliśmy, ani nie słyszeliśmy. Na szczycie wznosiły się ruiny fortyfikacji, ale widać tez było całkiem współczesną ingerencję człowieka w postaci atrapy jednego z murów z pseudoblankami. 

Mężczyzna od łódek wyjaśnił, że zamek nazywa się Ladislau, w czym domyśliłem się, że chodzi o zlatynizowaną wersję naszego Władysława. Na górę się nie wspięliśmy, ale za to później doczytałem o tym zamku. Otóż była to twierdza zbudowana przez Krzyżaków (tak, ten zakon, który nam potem tak zalazł za skórę) na ruinach podobno jeszcze dackich. Jak wiemy, Krzyżaków z Węgier przegoniono, i wtedy skwapliwie przenieśli się do Ziemi Chełmińskiej na zaproszenie Konrada Mazowieckiego, zaś budowę zamku na wzgórzu Cula (bo tak się ono nazywa) dokończył Zygmunt Luksemburski nadając mu nazwę na cześć świętego Władysława, czyli urodzonego w Krakowie króla Węgier z dynastii Arpadów, który w wersji językowej swojego kraju nosił imię László. Natomiast Zygmunt Luksemburski związany jest ściśle również z zamkiem Golubac. Ale o tym w odpowiednim czasie. 

Po zobaczeniu Golubaca od strony rumuńskiej i nieprzewidzianym bonusie w postaci zamku Ladislau, dotarliśmy w końcu do jednego z planowanych punktów na drodze do Orszowy, a mianowicie do wyrzeźbionej w skale głowy dackiego króla Decebala. Chyba już się zorientowaliście, albo wcześniej wiedzieliście, że Rumuni mają istną obsesję na temat swojego dackiego pochodzenia i ostatniego króla Daków pokonanego przez rzymskiego imperatora Trajana. Nie ma, szczerze mówiąc żadnych twardych dowodów, że współcześni mieszkańcy Rumunii są bezpośrednimi potomkami Daków, ani nawet żołnierzy Trajana. Istnieją bowiem hipotezy, że dopiero po upadku cesarstwa rzymskiego pasterska ludność łacińskojęzyczna zaczęła z terenów dzisiejszej Dalmacji przenikać na te tereny, ale na to też nie ma twardych dowodów. Prawda jest natomiast taka, że rumuński mit założycielski sięga do tych dwóch wrogich sobie władców i początek swojego narodu wywodzi z obu wrogich sobie ludów. Ponieważ o historii Daków sprzed rzymskiego podboju niewiele wiadomo, pozostaje ten ostatni król -- dzielny Decebal. 

Głowa Decebala wykuta w skale nad Dunajem to przedsięwzięcie całkowicie prywatne! Skałę kupił Iosif Constantin Drăgan, przedsiębiorca, który zamówił projekt u włoskiego rzeźbiarza Mario Galeottiego i opłacił dwunastu innych rzeźbiarzy do wykonania projektu. Praca trwała od roku 1994 do 2004. Być może nigdy nie zdecydowalibyśmy się na nocleg w Orszowie, gdyby nie bajeczne filmiki na YouTube, które oglądałem przed wyjazdem. Ujęcia robione z drona były naprawdę imponujące, więc zdecydowaliśmy, że tez musimy to dzieło zobaczyć. 

Skała, w której wykuto twarz dackiego bohatera znajduje się nad zatoczką Dunaju, nad którą wiedzie po moście szosa, którą jechaliśmy. Znaleźliśmy miejsce do zaparkowania po jej prawej stronie, a więc nad samą rzeką, a sami przeszliśmy na drugą stronę jezdni, żeby się nieco cofnąć do wyżej wspomnianej zatoczki. Dookoła rozstawiły się stragany z pamiątkami, wśród których były nie tylko gadżety z odtworzoną rzeźbą Decebala, ale również z twarzą Nicolae Ceausescu! Doprawdy nie umiem sobie wytłumaczyć, czy tutaj chodzi po prostu o zaszokowanie turystów, czy o jakąś autentyczną tęsknotę za czasami krwawego dyktatora, który pewnie w pamięci niektórych utrwalił się jako baśniowy szewczyk, który został królem i rządził swoim ludem sprawiedliwie. Być może. 

Tymczasem dogonił nas facet w średnim wieku na hulajnodze elektrycznej, którego już wcześniej zaobserwowaliśmy, bo kręcił się na owej hulajnodze po szosie w jedną i drugą stronę. Jak się okazało, chciał nam zaproponować przejażdżkę łódką motorową pod samą skałę z rzeźbą, ale grzecznie podziękowaliśmy. Porobiliśmy zdjęcia i zaczęliśmy wracać do samochodu. Po drodze jednak postanowiliśmy skręcić w uliczką nad zatoczką w nadziei przyjrzenia się Decebalowi z bliższej odległości. Uliczka obstawiona była również straganami, a sprzedawcy nie tylko zajmowali się handlem pamiątkami, ale również naganianiem turystów na łodzie wożące ich pod samą skałę. Ponieważ mówili po rumuńsku, niewiele rozumieliśmy, w związku z czym kilkoro drobnych przedsiębiorców zaczęło nawoływać dość nierównym chórem: "Alina! Alina!" (Zapamiętałem to dobrze, bo to akurat imię mojej nieżyjącej mamy). Chodziło o to, że kobieta o tym imieniu potrafiła rozmawiać po angielsku, więc kiedy do nas dotarła, zaproponowała nam przejażdżkę łódką pod samą skałę. Podziękowaliśmy zarówno po angielsku, jak i po rumuńsku, bo akurat "mulţumesc" i "mulţumim" nie zapomniałem, i już zdecydowanie skierowaliśmy się do samochodu. 
























Pensiunea Damiro w Orszowie, to hotelik mieszczący się nad restauracją, a może restauracja z piętrem z pokojami hotelowymi, stał przy tej samej ulicy, w którą zamieniła się szosa, którą tu przybyliśmy. 

Miejsce parkingowe znaleźliśmy też przy krawężniku w pobliżu wejścia. A było to wejście do restauracji, po przejściu której można było wejść na schody wiodące na piętro z długim korytarzem, po obu stronach którego rozmieszczone były pokoiki. Były niewielkie, ale za to czyste, funkcjonalnie urządzone, z łazienką i wygodnymi łóżkami. Więcej nam do szczęścia nie było potrzeba. W końcu mieliśmy tu spędzić tylko jedną noc przed przerzutem do Belgradu. 

Po rozpakowaniu niezbędnych rzeczy i krótkiej toalecie zeszliśmy do restauracji na obiad. Choć to jeszcze nie była Serbia, zamówiłem już danie typowe dla kuchni tego kraju, czyli pljaskavicę, która jest rodzajem płaskiego hamburgera z mielonego mięsa. Do tego podano frytki i jako "side salad" dwa plasterki surowej cebuli. Nie było to jakieś bardzo wyszukane jedzenie, ale za to przyzwoite w smaku i sycące. Jedno natomiast trzeba było temu miejscu przyznać -- widok z restauracyjnego tarasu był naprawdę bajeczny. W tym miejscu do Dunaju wpada rzeka Cerna (ech, te słowiańskie toponimy w Rumunii!) i to estuarium tworzy rodzaj rozległego jeziora. Znajdowaliśmy się właśnie nad tym zbiornikiem wody praktycznie stojącej i poczuliśmy się jak w kawiarni nad jeziorem Maggiore, kiedy w poprzednim roku wracaliśmy z Włoch. 






 
Po posiłku udaliśmy się na spacer, który jednak nas niczym nie zachwycił, bo trzeba to otwarcie przyznać -- dzisiejsza Orszowa to typowa postkomunistyczna dziura. Jedyne zabudowania to bloki, które swoją młodość mają dawno za sobą, ale na dodatek o jej zachowanie nikt nie dba. Poszliśmy do niewielkiego niby-parku nad wodą, gdzie uderzył nas widok walających się dookoła śmieci, nad którymi unosił się w dodatku ohydny odór, potem do Lidla, a następnie zajrzeliśmy między szare i odrapane bloki i wróciliśmy pod nasz hotel. Ponieważ nie chciało nam się jeszcze iść do swoich pokojów, usiedliśmy na ławce w pobliżu "naszej" restauracji. 

Po przeciwnej stronie znajdował się niewielki pawilonik, który okazał się sklepem z pamiątkami. Jola, Agnieszka i Jarek postanowili tam zajrzeć. Ja zostałem na ławce i oddałem się błogiej kontemplacji. Jak się później dowiedziałem, w tym sklepie z raczej tandetnymi towarami Jola upatrzyła sobie filiżankę kosztującą 2 euro. Cena w europejskiej walucie wyniknęła stąd, że nikt z nas nie posiadał już lei. Ponieważ para starszych państwa prowadzących ten sklep nie przyjmowała zapłaty kartą, a nikt z całej trójki nie miał przy sobie drobnej gotówki, Agnieszka przybiegła do mnie, bo akurat to w moim portfelu zalegało trochę metalowej drobnicy. 

Co prawda gdzieś w pobliżu Orszowy Jarek znalazł w przewodniku jakiś zabytkowy monastyr, ale nikt z nas nie wykazał entuzjazmu, żeby doń podjechać. Uliczny termometr wskazywał w porywach 38 stopni Celsjusza (mnie akurat udało się uchwycić moment, gdzie pokazywał stopni 37), więc naszemu rozleniwieniu nie można się było dziwić. 

Po skromnej kolacji udaliśmy się na spoczynek, bo następnego dnia czekała nas terra incognita, czyli ziemia, na której wcześniej jeszcze nasza stopa nie stanęła, czyli Serbia. 

* * *

Skuszony reklamą, jaką zrobił pan Robert Makłowicz aplikacji Saily, zainstalowałem ją sobie jeszcze w Polsce. Przed snem przestudiowałem jej działanie i od jutra postanowiłem użyć wirtualnej karty Sim działającej w Serbii. Uprzedzając ewentualne pytania. Po przekroczeniu granicy serbskiej aplikacja faktycznie działała bez zarzutu jeśli chodzi o dostęp do internetu, choć połączenia telefoniczne przestały być możliwe. To jednak nie był problem, bo nie było potrzeby ich wykonywania. Problem polegał na czymś innym, a przekonałem się o tym już po powrocie do Polski i po otrzymaniu faktury za telefon. Okazało się, że co najmniej do Moraviţy i potem cały czas jadąc wzdłuż Dunaju, łącznie z naszym pobytem w Orszowie, mój telefon był już w Serbii. To są niestety przypadłości korzystania z telefonii komórkowej na terenach przygranicznych. 












poniedziałek, 10 listopada 2025

Timișoara (3) -- Pałac Hunyadych, dom, gdzie mieszkał wyzwoliciel spod władzy Osmanów i cytadela (23 lipca 2025)


 

W bardzo bliskiej odległości, dosłownie kilkadziesiąt kroków w bok od Placu Zwycięstwa, a konkretnie od tego punktu sprzedaży langoszów w ogromnej posępnej czarnej kamienicy, znajduje się zamek Hunyadych. Jego początki sięgają czasów Karola Roberta Andegaweńskiego, ale swoją nazwę zawdzięcza późniejszemu rezydentowi, a mianowicie Janosowi Hunyady'emu, w Rumunii znanemu bardziej jako Iancu (albo Ioan) de Huneodara. Zarządzał Siedmiogrodem jako wojewoda, a potem był również regentem całych Węgier. Huneodara, w której byliśmy w 2019 r., tuż przed pandemią, to rumuńska nazwa węgierskiego Hunyady, natomiast zamek Korwina, który wówczas w tej miejscowości zwiedzaliśmy, nosi tę nazwę po królu Macieju, synu Janosa. Wracając do właściciela zamku w Temeszwarze, warto pamiętać, że był pogromcą wojsk osmańskich w bitwie pod Belgradem (1456), i przez żołnierzy Mehmeda II zyskał sobie przydomek "przeklętego Janka". 

Oryginalny budynek nie miał szczęścia, bo podczas oblężenia miasta przez powstańców węgierskich w czasie Wiosny Ludów, został zniszczony. Kilka lat później go jednak odbudowano. Bardzo chciałem ów zamek zobaczyć, ale niestety spotkało nas spore rozczarowanie. Już wcześniej czytałem, że obiekt jest w remoncie (na pewno był już w 2023, co wyczytałem na jednym z blogów podróżniczych), ale obecnie robi wrażenie porzuconego. Nie widać śladu jakichś robót. Mam nadzieję, że to tylko dlatego, że przybyliśmy tam o takiej porze, kiedy robotnicy już poszli do domu. Tak czy inaczej brama jest zamknięta i o żadnym zwiedzaniu mowy być nie może. 






Oryginalny zamek Hunyadych stanowił część dziś nieistniejącej temeszwarskiej fortecy, której historia sięga średniowiecza. Kiedy Habsburgowie przejęli od Turków kontrolę nad miastem, przebudowali ją w nowoczesnym jak na tamtą epokę stylu vaubanowskim. Forteca to po rumuńsku Cetatea (por. z naszą "cytadelą"), a dzielnica, w której się znajdowaliśmy, nosi od niej nazwę Cetate. I tak wędrując w stronę pozostałości po wyżej wspomnianych umocnieniach, czyli w kierunku Bastionu Marii Teresy, trafiliśmy na ulicę Mărășești, gdzie znajduje się zbudowana w latach 1864-1865 eklektyczna w stylu synagoga neologiczna (Sinagoga din Cetate). 

Judaizm neologiczny narodził się w pierwszej połowie XIX w. na fali emancypacji Żydów, a został zainspirowany przez idee Zachariasa Frankla, które dały również początek judaizmowi konserwatywnemu. Żydzi neologiczni odrzucili jidysz jako swój język przez jakiś czas zastępując go niemieckim, a potem już tylko węgierskim. Na mapie światowego judaizmu jest to więc zjawisko typowo węgierskie właśnie, i obejmuje niemal wszystkich Żydów węgierskich zarówno w granicach Węgier, jak i tam, gdzie występują skupiska Żydów wywodzących się z dawnej CK monarchii. Ortodoksi nie uznają neologów za swoich współwyznawców, zaś oni sami często określają się jako "Węgrzy wyznania mojżeszowego". Dzieje transformacji, jaką przechodzili Żydzi w XIX wieku, to temat pasjonujący, ale wymagający ogromnego nakładu czasu, żeby go zgłębić, bo to historia wielce skomplikowana. 

Synagoga w Cetate była zamknięta, choć normalnie jest dostępna dla zwiedzających. Od kilku lat znowu też służy za miejsce modlitwy wspólnoty żydowskiej. Mimo antyżydowskiego szaleństwa w czasach II wojny światowej, które w Rumunii też przybrało tragiczny obrót, przede wszystkim za sprawą rodzimych antysemitów, synagogi nie zburzono, a jedynie na ten okres pozbawiono ją funkcji sakralnych. Ponownie zamknęli ją komuniści w 1985 r. Budowla służyła celom kulturalnym, w tym od 2001 pełniła rolę filharmonii, ale w 2022 ponownie otworzono ją jako miejsce modlitwy, ale też centrum kultury żydowskiej. 








Idąc dalej ulicą Mărășești, doszliśmy do przecznicy noszącej nazwę Strada Eugeniu de Savoya, zaś na rogu tych ulic przykuła moją uwagę tablica poświęcona patronowi tejże ulicy. Dzięki temu dowiedziałem się też, że skromna i niestety zaniedbana jednopiętrowa kamieniczka, na której ową tablicę umieszczono, była kwaterą księcia Eugeniusza Sabaudzkiego, dowódcy wojsk austriackich, który zapisał się w historii odbiciem Temeszwaru z rąk Osmanów w roku 1716, kończąc dwuwiekowe panowanie tych ostatnich nad Banatem. 

Urodzony w Paryżu, zmarły w Wiedniu, książę pochodził z rodu władców Sabaudii, którzy rządzili Piemontem, a potem również Sardynią. To dynastia, w imieniu której zjednoczono Włochy i która panowała nad tym krajem do 1946. Życie Eugeniusza nie było jednak związane z Italią. Ponieważ Ludwik XIV uniemożliwił mu karierę wojskową w armii francuskiej, udał się w jej poszukiwaniu do Wiednia i tam mu jej nie odmówiono. Później Napoleon uzna go za jednego z największych strategów w historii. Tak na marginesie, przykładając dzisiejsze miary i pojęcia, ukształtowane przez myśl nacjonalistyczną XIX w., niewiele zrozumiemy z historii XVII, XVIII, a nawet XIX w., że o czasach wcześniejszych nie wspomnę. Służba dla obcego dworu nie była uważana za powód do wstydu, a chyba wręcz przeciwnie. W armii austriackiej doświadczenie wojskowe zdobywali Wacław Rzewuski (słynny podróżnik po Bliskim Wschodzie i importer koni arabskich), a wcześniej Jan Potocki (autor "Rękopisu znalezionego w Saragossie"). Ba! W wojsku Habsburgów karierę zrobił generał Henryk Dąbrowski, zanim wrócił do Polski, żeby walczyć z zaborcami, a potem po stronie Napoleona tworzyć Legiony Polskie. Gdybym miał to zjawisko w jakiś sposób tłumaczyć, to jedyne porównanie, jakie przychodzi mi do głowy, to transfery piłkarzy do zagranicznych klubów sportowych. Dodajmy, że piłkarzy, którzy grają też w narodowej reprezentacji Polski. Ale to porównanie jest słabe i raczej humorystyczne. Po prostu kosmopolityczni arystokraci, kiedy chcieli zostać generałami, służyli władcy, który wg nich miał najlepiej zorganizowaną armię. 

Patrząc na tę biedną "chałupkę", tę kamieniczkę, która skojarzyła mi się z podobnymi jednopiętrowymi budynkami w miasteczkach Mazowsza, ale też z domem na rogu Piotrkowskiej i 6 Sierpnia w Łodzi, pomyślałem, że jak na tak historyczne miejsce, ten budynek zasługuje na odrobinę nowego tynku i farby. Chyba, że władze Timișoary niezbyt sobie cenią wyzwolenie miasta spod władzy Turków osmańskich. Nie mam pojęcia o świadomości historycznej i podejściu do przeszłości włodarzy tego miasta, ale tak, czy inaczej, uważam, że to jednak wstyd, żeby ten budynek tak niszczał. 

Pozytywną stroną ulicy Eugeniusza Sabaudzkiego był jednak niewątpliwie bar (pub?), który z całą pewnością nie był atrakcją dla turystów, a raczej miejscem dla miejscowych amatorów piwa, do którego weszliśmy i poprosiliśmy barmana o lemoniadę, bo powiem Wam szczerze, w rumuńskich knajpach dostaniecie najlepszą na świecie robioną na miejscu ze świeżych owoców lemoniadę. 

Na przygotowanie napoju musieliśmy trochę poczekać siedząc przy stoliku w sali przypominającej gospodę GSu z czasów PRLu. O tym, że jednak do czasów komuny się nie przenieśliśmy, świadczył wielkoekranowy telewizor na ścianie, gdzie transmitowano jakieś zawody sportowe. Kto więc się sportem interesował, mógł sobie to wydarzenie obejrzeć, ale komentarza usłyszeć już nie mógł, ponieważ głos w telewizorze był wyłączony. Prawdopodobnie po to, żeby nie kolidował z głośną muzyką puszczaną z głośnika. A były to rockowe hity, ha, a jednak,.. z czasów komuny, tyle że zachodnie, jak np. "Hell's Bells" AC/DC! Czekając więc na orzeźwiającą lemoniadę, mimo ogłuszającego głosu Briana Johnsona (który zastąpił Bona Scotta jako wokalista AC/DC po śmierci tego ostatniego) Jola przysypiała na siedząco, Agnieszka sprawdzała cos w telefonie, Jarek wpatrywał w się w ekran telewizora, a ja kiwałem się w rytm muzyki mojej ulubionej kapeli rockowej od czasów podstawówki, z czasów, kiedy jeszcze nie wymyślony nawet nazwy heavy metal! 

















Lemoniada i półgodzinny popas zregenerowały nas na tyle, że zrobiliśmy jeszcze kilka kroków w kierunku Bastionul Maria Theresia, a więc pozostałości vaubanowskiej fortecy, która swoją nazwę zawdzięczała, jak łatwo się domyślić, cesarzowej Marii Teresie, znanej w historii Polski jako współautorka pierwszego rozbioru. W krajach byłych koron habsburskich wspominają ją raczej dobrze i obiektom nazwanym jej imieniem nazwy się nie zmienia. Zobaczywszy przejście przez bramę prowadzące od ulicy na dziedziniec, udaliśmy się w tym kierunku, po czym skręciwszy w lewo dostrzegliśmy, że jedne z drzwi prowadzą do muzeum. Wstąpiliśmy więc, zakupili bilety od mężczyzny między trzydziestką i czterdziestką i zaczęliśmy zwiedzanie ekspozycji raczej skromnej, bo obejmującej dwa niewielkie pomieszczenia -- jedno na parterze, a drugie na piętrze. Na eksponaty składały się przede wszystkim mundury wojsk ze wszystkich stron konfliktów, jakie się przez Temeszwar przewinęły -- od czasów walk z Osmanami, po I wojnę światową. Były też elementy uzbrojenia, rozmaite akcesoria, a także portrety znanych dowódców, w tym Eugeniusza Sabaudzkiego. Na koniec spytałem, czy możemy zrobić sobie zdjęcie w kapeluszach, które chyba właśnie służyły temu celowi, czyli przyozdabianiu głów odwiedzjących turystów, na co otrzymaliśmy pozytywną odpowiedź, więc takie to pamiątkowe zdjęcie sobie zrobiliśmy. Byliśmy jednak nieco rozczarowani. Mury cytadeli były długie, więc spodziewaliśmy się większej wystawy muzealnej. Mężczyzna poinformował nas, że jak wyjdziemy z bramy na ulicę, i pójdziemy wzdłuż budynku, to dalej będzie inne wejście do muzeum. 

Mając więc nadzieję, na poszerzenie horyzontów dotyczących habsburskiej sztuki wojennej, czym prędzej się tam udaliśmy. Nikt nie sprawdzał biletów przy wejściu, więc weszliśmy na piętro, gdzie znajdowały się jakieś makiety, ale nie podeszliśmy do nich, ponieważ nikt nam wcześniej nie powiedział, że oto znajdujemy się w innym, osobnym, muzeum, i że nasze bilety z tamtego z mundurami nie są tutaj ważne. Pewnie mogliśmy dokupić wejściówki w tym, w którym obecnie staliśmy w lekkim zażenowaniu, ale ostatecznie doszliśmy do wniosku, że sobie jednak tę ekspozycję darujemy. Po całym dniu chodzenia i lekkich przekąskach, nadszedł czas, że głód naprawdę zaczął nam doskwierać. 
























Czytelnicy tego bloga pewnie się już dawno zorientowali, że wielką inspiracją są dla nas programy pana Roberta Makłowicza. Tym razem jednak, postanowiliśmy skorzystać z rekomendacji Miloša Nedeljkova, serbskiego tiktokera i influencera, który wykreował dla siebie rolę Balkan Dad, czyli "bałkańskiego taty", a więc takiego trochę chłopka-roztropka, trochę cwaniaczka, trochę pajaca. Teoretycznie parodiuje zachowania typowego mężczyzny w sile wieku z każdego z krajów bałkańskich, ale wg mnie ten schemat równie dobrze pasuje do naszego "Janusza" w dresie. W Polsce pewnie Jan Śpiewak albo inny działacz na rzecz trzeźwości wytoczyłby Milosowi proces za propagowanie alkoholu (do każdego posiłku Balkan Dad wypija kieliszek rakiji "to kill bacteria"). Kiedy podaje jakiś bałkański przepis, zawsze w pewnym momencie już ma dodać natkę pietruszki, ale nagle sobie przypomina, że jej nienawidzi i z serbsko-angielskim okrzykiem "a kakov parsley, bre?!" wyrzuca ją do kosza, albo oddaje królikowi. Ja co prawda już się do pietruszki przyzwyczaiłem, głównie za sprawą kuchni włoskiej, ale przez wiele lat moja reakcja była podobna. 

Otóż Miloš Nedeljkov na jednej ze swoich rolek pokazał swój posiłek w "legendarnej' restauracji Timisoary, a mianowicie Beriaria 700. Właśnie tam zdecydowaliśmy się spożyć nasz główny posiłek tego dnia, nie sprawdzajac już, na czym polegała legendarność tej knajpy. Wcześniej nie studiowaliśmy położenia tego lokalu, bo być może skręcilibyśmy doń zaraz po przejściu obok synagogi, a teraz byliśmy po drugiej stronie Placu Zjednoczenia i musieliśmy w to miejsce wrócić. Nie są to jednak odległości duże, więc wkrótce dotarliśmy do restauracji w budynku raczej z czasów Ceausescu, bo na pewno nie wcześniejszym. W ogródku wszystkie stoliki były zajęte, ale wewnątrz wolnych było całe mnóstwo, więc to właśnie tam zajęliśmy miejsce. Nie było atmosfery wesołej biesiady jak na filmiku Balkan Dada, który jadł w otoczeniu romskiej orkiestry przygrywającej mu do posiłku bałkańskie standardy ludowe, ale za to pojawili się kelnerzy z kartami, a potem z naszymi daniami. Agnieszka wzięła sałatkę z boczkiem, Jola sarmale (gołąbki) podane na mamałydze (czyli polencie), a Jarek i ja zamówiliśmy klasyczne mici, czyli kotleciki mielone w kształcie niewielkich kiełbasek przypominające serbskie i chorwackie čevapi, bułgarskie kebabče, czy greckie kofty. No, co tu dużo gadać -- tureckie to wpływy i basta. Różnice między tymi specjałami w poszczególnych krajach bałkańskich będą polegały na doborze przypraw i rodzajów mięsa. W rumuńskich mici przeważa wieprzowina i wołowina. Podano je skromnie, bo tylko z chlebem i musztardą. Bardzo chciałem je spróbować, bo choć wiedziałem, że coś takiego w kuchni rumuńskiej istnieje, podczas naszych wypraw w 2019 i 2020 nigdy ani razu na mici nie trafiłem. Chciałem jednak właśnie doświadczyć różnic między tym rodzajem tureckich kebabów przyrządzanych po swojemu w każdym z krajów bałkańskich. Mici są od čevapów nieco grubsze. 





Wypiwszy kawę po obiedzie, skierowaliśmy się już na kwaterę, po drodze postanawiając zrobić jeszcze jakieś zakupy w znanych nam już delikatesach w centrum handlowym. Po drodze przycupnęliśmy na ławce w Parku Botanicznym, który jednak moim skromnym zdaniem był takim parkiem zupełnie zwyczajnym, ponieważ nie dostrzegłem w nim jakichś specjalnie egzotycznych roślin. Poza tym wstęp był zupełnie wolny. 

Faktycznie zrobiliśmy ostatnie zakupy w delikatesach, tym razem podchodząc do kasy obsługiwanej przez żywą osobę. Poprzedniego dnia bowiem, kiedy się okazało, że wieczorem nie ma już na kasie żywej duszy, i poszliśmy do kas samoobsługowych, mieliśmy nie lada problem z poradzeniem sobie pod względem językowym (nie przyszło nam do głowy zapisać, albo zrobić zdjęcia nazwom zakupionych rzeczy). Na szczęście była kobieta z obsługi, która pewnie odetchnęła z ulgą, kiedy wreszcie sobie poszliśmy i przestaliśmy ją prosić o podejście do kasy. Teraz było inaczej, bo podeszliśmy do kasy przy której kręciła się zażywna kobieta w sile wieku. Kręciła się, czyli nie siedziała na swoim stanowisku. Staliśmy więc przez moment zdezorientowani, nie wiedząc czy kasa jest czynna. Kobieta jednak coś powiedziała i jakby nas ponagliła. Powiedziałem, przywołując mój niemal całkowicie wyparowany rumuński, "nu inteleg", czyli "nie rozumiem", na co, siadając już na krześle, powiedziała coś w języku słowiańskim, czego jednak za cholerę nadal nie zrozumieliśmy. Na to ona już ze śmiechem "Vy ste Srbi!" To już wszyscy zrozumieliśmy i chórem odkrzyknęliśmy, że nie, my jesteśmy Polacy! To rozśmieszyło tegą kasjerkę jeszcze bardziej i już spokojnie i sprawnie zabrała się do skanowania kodów paskowych na naszych produktach. 


Znaną nam już drogą przebyliśmy ok. 2 km na naszą kwaterę, co przyłożyło się do całkiem imponującego kilometrażu nabitego piechotą tego dnia, zjedliśmy kolację i udali na spoczynek, bo nazajutrz czekała nas droga nad Dunaj. Jeszcze nie opuszaliśmy Rumunii, ale zdecydowanie zbliżaliśmy się do kolejnego kraju na naszej trasie, a mianowicie Serbii.