Po śniadaniu szybko się spakowaliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Nie zrywaliśmy się wcześnie, ponieważ dystans do pokonania nie był specjalnie długi. Jechaliśmy bowiem do Orszowy, czyli historycznie nadal pozostawaliśmy w Banacie, czyli ziemi, która dawniej była częścią Królestwa Węgier. Przez cały czas odmienialiśmy nazwę tej miejscowości tak, jak większość ludzi chyba nadal odmienia polską nazwę miejscowości Włoszczowa, która na całą Polskę zasłynęła tym, że swego czasu minister z czasów pierwszego PiSu nakazał w niej zatrzymywać się pociągom pospiesznym na trasie Warszawa-Kraków. Ponieważ na fali memów i dowcipów, jakie wówczas powstały, nazwa ta padała w różnych formach gramatycznych, głos zabrali poloniści, w tym sam profesor Bralczyk, który stwierdził, że nie jedzie się do Włoszczowej, ale do Włoszczowy. Mieszka się nie we Włoszczowej, ale we Włoszczowie, a na pytanie dlaczego właśnie tak, odpowiadał, że to przecież identyczna odmiana jak w nazwie Warszawa. Włoszczowa jest rzeczownikiem, a nie przymiotnikiem, żeby ją po przymiotnikowemu odmieniać. Nie wiem, ilu Polaków wzięło sobie do serca nauki profesora Bralczyka. Ja staram się mówić tak, jak ten polonistyczny autorytet nakazał, a na dodatek mam to szczęście, że moje myśli rzadko krążą wokół Włoszczowy. Żeby było jeszcze ciekawiej, okazało się, że identycznie sprawa się ma z Jabłonną, którą powinno się odmieniać rzeczownikowo, jak "wanna", a nie przymiotnikowo jak "wonna".
Jeszcze w Polsce, kiedy planowaliśmy naszą trasę, mówiliśmy, że jedziemy do Orszowej, w Orszowej mamy nocleg itd., ale myślę, że jednak sprawa ma się tutaj tak samo jak z Warszawą, Włoszczową i Jabłonną. Co ciekawe, wiele rumuńskich miast ma swoją starą, pochodzącą jeszcze z czasów I Rzeczypospolitej polską nazwę. Co prawda Sighișoary nikt już Segieszowem nie nazywa, ale rumuńska Orșova to homofon nazwy polskiej (żeby rzecz jeszcze bardziej zagmatwać, dodajmy, że alternatywna stara polska nazwa to Orszawa). Mimo, że na żywo odmienialiśmy tę nazwę przymiotnikowo, niniejszym postanowiłem, że w tym tekście będę to robił poprawnie. Jechaliśmy do Orszowy!
Krajobraz był raczej płaski i pozbawiony lasów. Zatrzymaliśmy się przy przydrożnym punkcie gastronomicznym we wsi Gradinari w okolicach miejscowości o swojsko brzmiącej nazwie Morawiţa. Co tu dużo gadać, ślady osadnictwa słowiańskiego w rumuńskiej onomastyce są bardzo widoczne. Mnie nazwa Morawica kojarzy się przede wszystkim z miejscowością w Świętokrzyskiem, gdzie mieści się szpital dla nerwowo chorych, co sprawia, że w tym województwie jest ona metonimią takiego szpitala, i tak jak na Podlasiu mówi się o kimś, kto poszedł do takiej placówki, że go odwieźli do Choroszczy, na Mazowszu, że do Tworek, w Łodzi, że do Kochanówki, a na Śląsku, że do Rybnika, tak w Świętokrzyskiem jedzie się na terapię psychiatryczną do Morawicy. Rumuńska Moraviţa raczej nie ma z tym nic wspólnego, ale spontaniczne skojarzenia rządzą się swoimi prawami.
Gdybyśmy w owej rumuńskiej Moraviţy pojechali prosto, dotarlibyśmy o wiele szybciej, bo prostą drogą, do Belgradu. Nie taki był jednak nasz cel. Założyliśmy bowiem, że pojedziemy na Żelazną Bramę, czyli fragment Dunaju stanowiący granicę rumuńsko-serbską, żeby zwiedzić niezwykle ciekawe obiekty znajdujące się bo obu stronach tej rzeki. Stąd właśnie to nadłożenie kilometrów i nocleg w Orszowie.
Pierwszy postój zrobiliśmy sobie nad Dunajem przy budce, w której siedział mężczyzna chyba wynajmujący łódki. Zatrzymaliśmy się w jednym celu, a mianowicie, żeby popodziwiać zamek Golubac po przeciwnej stronie rzeki. Jego zwiedzanie mieliśmy w planie następnego dnia, bo jest to miejsce wielce ciekawe i dla Polaków historycznie ważne. Chociaż z drugiej strony jest to dość kontrowersyjne, ale o tym w odpowiednim czasie. Tymczasem gapiliśmy się na ten Golubac, zagadaliśmy kilka słów do faceta w budce i przy okazji skierowaliśmy nasz wzrok w górę ale nie po drugiej stronie Dunaju, tylko po stronie wręcz przeciwnej, czyli na wzgórzu po drugiej stronie szosy, którą jechaliśmy. Nie pamiętam, kto z nas wykrzyknął ze zdziwieniem "O, zamek!" Nic o tym miejscu wcześniej nie czytaliśmy, ani nie słyszeliśmy. Na szczycie wznosiły się ruiny fortyfikacji, ale widać tez było całkiem współczesną ingerencję człowieka w postaci atrapy jednego z murów z pseudoblankami.
Mężczyzna od łódek wyjaśnił, że zamek nazywa się Ladislau, w czym domyśliłem się, że chodzi o zlatynizowaną wersję naszego Władysława. Na górę się nie wspięliśmy, ale za to później doczytałem o tym zamku. Otóż była to twierdza zbudowana przez Krzyżaków (tak, ten zakon, który nam potem tak zalazł za skórę) na ruinach podobno jeszcze dackich. Jak wiemy, Krzyżaków z Węgier przegoniono, i wtedy skwapliwie przenieśli się do Ziemi Chełmińskiej na zaproszenie Konrada Mazowieckiego, zaś budowę zamku na wzgórzu Cula (bo tak się ono nazywa) dokończył Zygmunt Luksemburski nadając mu nazwę na cześć świętego Władysława, czyli urodzonego w Krakowie króla Węgier z dynastii Arpadów, który w wersji językowej swojego kraju nosił imię László. Natomiast Zygmunt Luksemburski związany jest ściśle również z zamkiem Golubac. Ale o tym w odpowiednim czasie.
Po zobaczeniu Golubaca od strony rumuńskiej i nieprzewidzianym bonusie w postaci zamku Ladislau, dotarliśmy w końcu do jednego z planowanych punktów na drodze do Orszowy, a mianowicie do wyrzeźbionej w skale głowy dackiego króla Decebala. Chyba już się zorientowaliście, albo wcześniej wiedzieliście, że Rumuni mają istną obsesję na temat swojego dackiego pochodzenia i ostatniego króla Daków pokonanego przez rzymskiego imperatora Trajana. Nie ma, szczerze mówiąc żadnych twardych dowodów, że współcześni mieszkańcy Rumunii są bezpośrednimi potomkami Daków, ani nawet żołnierzy Trajana. Istnieją bowiem hipotezy, że dopiero po upadku cesarstwa rzymskiego pasterska ludność łacińskojęzyczna zaczęła z terenów dzisiejszej Dalmacji przenikać na te tereny, ale na to też nie ma twardych dowodów. Prawda jest natomiast taka, że rumuński mit założycielski sięga do tych dwóch wrogich sobie władców i początek swojego narodu wywodzi z obu wrogich sobie ludów. Ponieważ o historii Daków sprzed rzymskiego podboju niewiele wiadomo, pozostaje ten ostatni król -- dzielny Decebal.
Głowa Decebala wykuta w skale nad Dunajem to przedsięwzięcie całkowicie prywatne! Skałę kupił Iosif Constantin Drăgan, przedsiębiorca, który zamówił projekt u włoskiego rzeźbiarza Mario Galeottiego i opłacił dwunastu innych rzeźbiarzy do wykonania projektu. Praca trwała od roku 1994 do 2004. Być może nigdy nie zdecydowalibyśmy się na nocleg w Orszowie, gdyby nie bajeczne filmiki na YouTube, które oglądałem przed wyjazdem. Ujęcia robione z drona były naprawdę imponujące, więc zdecydowaliśmy, że tez musimy to dzieło zobaczyć.
Skała, w której wykuto twarz dackiego bohatera znajduje się nad zatoczką Dunaju, nad którą wiedzie po moście szosa, którą jechaliśmy. Znaleźliśmy miejsce do zaparkowania po jej prawej stronie, a więc nad samą rzeką, a sami przeszliśmy na drugą stronę jezdni, żeby się nieco cofnąć do wyżej wspomnianej zatoczki. Dookoła rozstawiły się stragany z pamiątkami, wśród których były nie tylko gadżety z odtworzoną rzeźbą Decebala, ale również z twarzą Nicolae Ceausescu! Doprawdy nie umiem sobie wytłumaczyć, czy tutaj chodzi po prostu o zaszokowanie turystów, czy o jakąś autentyczną tęsknotę za czasami krwawego dyktatora, który pewnie w pamięci niektórych utrwalił się jako baśniowy szewczyk, który został królem i rządził swoim ludem sprawiedliwie. Być może.
Tymczasem dogonił nas facet w średnim wieku na hulajnodze elektrycznej, którego już wcześniej zaobserwowaliśmy, bo kręcił się na owej hulajnodze po szosie w jedną i drugą stronę. Jak się okazało, chciał nam zaproponować przejażdżkę łódką motorową pod samą skałę z rzeźbą, ale grzecznie podziękowaliśmy. Porobiliśmy zdjęcia i zaczęliśmy wracać do samochodu. Po drodze jednak postanowiliśmy skręcić w uliczką nad zatoczką w nadziei przyjrzenia się Decebalowi z bliższej odległości. Uliczka obstawiona była również straganami, a sprzedawcy nie tylko zajmowali się handlem pamiątkami, ale również naganianiem turystów na łodzie wożące ich pod samą skałę. Ponieważ mówili po rumuńsku, niewiele rozumieliśmy, w związku z czym kilkoro drobnych przedsiębiorców zaczęło nawoływać dość nierównym chórem: "Alina! Alina!" (Zapamiętałem to dobrze, bo to akurat imię mojej nieżyjącej mamy). Chodziło o to, że kobieta o tym imieniu potrafiła rozmawiać po angielsku, więc kiedy do nas dotarła, zaproponowała nam przejażdżkę łódką pod samą skałę. Podziękowaliśmy zarówno po angielsku, jak i po rumuńsku, bo akurat "mulţumesc" i "mulţumim" nie zapomniałem, i już zdecydowanie skierowaliśmy się do samochodu.























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz