
Środki komunikacji miejskiej w Belgradzie są wolne od opłat, co jest swego rodzaju ewenementem w skali Europy. Serbii raczej nie zaliczamy do zamożnych krajów Europy, choć jakichś różnic widocznych gołym okiem na ulicach nie widać. Tymczasem władze stolicy doszły do wniosku, że miasto stać na zafundowanie obywatelom (i przy okazji turystom) darmowych przejazdów autobusami, tramwajami i trolejbusami. Zmiany te nastąpiły od 1 stycznia 2025 r., a więc sprawa jest dość świeża. Nie wnikaliśmy w ekonomiczną kondycję Belgradu, tylko po prostu cieszyliśmy się, że możemy odbyć stosunkowo długą podróż autobusem miejskim nic za nią nie płacąc. A najśmieszniejsze jest to, że doczytaliśmy o tym dopiero po przybyciu do Belgradu. I bardzo dobrze, bo pewnie chcą pojechać do Zemunu nie musieliśmy nikogo pytać, gdzie kupić bilety.
Wyszliśmy ze Starego Miasta (Stari Grad), które i tak zbyt staro nie wygląda, żeby ustawić się na przystanku przy ruchliwej kilkupasmowej ulicy. Belgrad generalnie nie jest miastem, które można nazwać "perełką". To wielka stolica pełna brutalistycznych budowli z czasów Tity, do której doszły konstrukcje współczesne. Uroczym miastem cieszącym oko stolica Serbii nie jest, ale ma właśnie te kilka "rodzynków", które odwiedziliśmy poprzedniego dnia, tego dnia rano i do którego teraz jechaliśmy.
Zemun to tak naprawdę osobne uniwersum. Przez wieki było to osobne miasto o odrębnym od Belgradu charakterze. To trochę tak, jakby do Łodzi przyłączyć decyzją administracyjną Zgierz, albo do Białegostoku Wasilków albo Supraśl. Podjęcie takiej decyzji jest generalnie dość łatwe -- urzędnicy podpisują odpowiedni dokument i już Andrzejów staje się częścią Łodzi, tak jak wcześniej Janów czy Nowosolna. Układ ulic wskazuje jednak, że był to niegdyś osobny organizm, a tak naprawdę nadal jest!
Żeby dotrzeć do Zemunu musieliśmy się przesiąść na inny autobus, ale nie wiedzieliśmy, na którym przystanku. I tutaj muszę powiedzieć kilka słów o Serbach, w których codziennym zachowaniu widzę dużo podobieństw do naszego, polskiego. Ludzie się do nie uśmiechają, jak kogoś potrącą, to niekoniecznie zaraz przepraszają. Nie, Serbowie żadną miarą nie przypominają Anglo-Sasów. Niech nam jednak nie przyjdzie do głowy wyciągać daleko idące wnioski. To, że spotkani na ulicy ludzie robią wrażenie obojętnych, czy nawet szorstkich, nie znaczy, że są nam nieżyczliwi. Na pytanie, gdzie i na jaki autobus mamy się przesiąść otrzymaliśmy odpowiedź bez problemu, a jedna z pasażerek autobusu udzieliła nam wskazówek w bardzo przyzwoitej angielszczyźnie. I w takich sprawach też uważam, że jesteśmy podobni. My też nie okazujemy jakiejś egzaltacji przy okazji rozmowy z nieznajomymi, ale myślę, że jakieś 90% Polaków zawsze chętnie pomoże zagubionemu turyście (no takie mam wrażenie, bo badań naukowych nie przeprowadzałem).
Wysiedliśmy na końcowym przystanku autobusu, który znajduje się w pobliżu bulwaru nad Dunajem. Nie poszliśmy jednak nad rzekę, tylko w stronę przeciwną, w głąb miasteczka, które częścią Belgradu jest dopiero od 1934 r., z przerwą na czasy okupacji niemieckiej, kiedy przydzielono je kolaborującemu z Niemcami państwu chorwackiemu. Początki osadnictwa na tym terenie sięgają III wieku p.n.e., kiedy zamieszkało tu celtyckie plemię Skordysków. Już w XII wieku ziemia ta została opanowana przez Królestwo Węgierskie. W wieku XV Zemun został oddany na własność serbskiemu despocie Duradowi (po polsku Jerzemu) Brankowiciowi. Był to jeden z ostatnich władców niepodległej Serbii. Wkrótce te okolice stały się terenem sporów między imperium osmańskim a Habsburgami. Ostatecznie w 1718 r. ci ostatni przejęli kontrolę nad Zemunem i sprawowali ją aż do upadku monarchii austro-węgierskiej.
Idąc uliczkami Zemunu widzimy środkowoeuropejski charakter miasteczka. Parterowe domy przypominają miejscami zabudowania Tokaju. Dotarliśmy do Wielkiego Rynku (Veliki trg), z katolickim kościołem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, którego obecny gmach wznoszono w latach 1785-1795 na miejscu starego kościoła, na który po 1717 r. (przejęcie Zemunu przez Habsburgów od Osmanów) przerobiono meczet.














Poszliśmy dalej podziwiając jednopiętrowe urocze kamieniczki, których ciąg niestety od czasu do czasu był poprzetykany powojennymi bloczkami (na szczęście też niskimi). Na Placu (Rynku) Magistrackim (Magistratski trg) zdecydowaliśmy się zająć stolik przed restauracją "Walter", co okazało się strzałem w dziesiątkę. Dość szybko podeszła do nas kelnerka żeby przyjąć zamówienie, na które również nie czekaliśmy zbyt długo. Natomiast to, co dostaliśmy na talerzach było naprawdę pyszne. Była pikantna zupa, była sałatka szopska, był zestaw z kurczakiem i zapiekanka (nie mylić z zapiekaną bułką z serem) i sałatka wegańska z cevapami w takiejż wersji. Ja sobie wziąłem coś, co się nazywało vitaminski obrok sa cevapima. Słowo "obrok" natychmiast mi się skojarzyło z językiem polskim i karmą dla zwierząt gospodarskich, ale był to rodzaj zestawu z cevapami (mięsnymi), frytkami, niewielką sałatką mieszaną, kukurydzą, somunem (chlebkiem przypominającym lepinję, albo pitę), ajwarem i musztardą z miodem. Obawiam się, że witamin było tam niewiele, za to wszystko świetnie smakowało.








Posileni i usatysfakcjonowani jakością jedzenia i obsługi, ruszyliśmy w kierunku wieży Gardos. Idąc pod górę wąskimi uliczkami, wdrapaliśmy się pod ten przedziwny twór późnodziewiętnastowiecznej architektury, który mógłby służyć jako sceneria do steampunkowego horroru. Wieża obserwacyjna Gardos, zwana również Wieżą Millenijną, albo Wieżą Jan Hunyady'ego została otwarta 20 sierpnia 1896 roku jako upamiętnienie tysiąclecia osadnictwa węgierskiego na równinach Panonii. W tym samym czasie zbudowano podobne wieże w Budapeszcie, Braszowie (obecnie Rumunia), Devinie (Słowacja), Munkaczewie (Ukraina), Nitrze (Słowacja), oraz z Szegedzie. Jak widzimy, Węgrzy mieli rozmach, dlatego możemy sobie wyobrazić, jak wielkim dla nich szokiem musiały być postanowienia traktatu w Trianon po I wojnie światowej, kiedy ich państwo zostało zredukowane do dzisiejszych granic.
Na szczyt wieży nie chciało nam się wspinać, ponieważ ze wzgórza, na którym się wznosi mieliśmy wystarczająco rozległy widok częściowo na zabytkową część Zemunu, ale częściowo też na bloczyska Belgradu, więc trudno tutaj mówić o jego malowniczości. Ze szczytu wieży nie zobaczylibyśmy wiele więcej. Po kilkuminutowym odpoczynku zeszliśmy ze wzgórza, które przed wybudowanie wieży było lokalizacją zemuńskiego zamku, ale nie tą samą drogą, tylko schodami między domkami jednorodzinnymi. Zszedłszy zaś do poprzecznej ulicy udaliśmy się nią nad Dunaj.
Idąc sobie spacerem bulwarem mijaliśmy m.in. wycieczkę chińską. Nie mogłem sobie odmówić zagadnięcia dwóch dziewczyn przy pomocy kilku słów, które znam w ich języku. "Nimen zhunguoren?" (Jesteście Chinkami?), co z entuzjazmem potwierdziły, po czym wymieniliśmy się "Ni hao" (Jak się masz?) i na tym się skończył mój chiński, więc wymieniliśmy dwa zdania po angielsku, dzięki czemu młode Chinki dowiedziały się, że jesteśmy z Polski. Na tym się nasza krótka, ale bardzo sympatyczna rozmowa skończyła, ponieważ odbiliśmy w prawo w stronę ławeczki, na której umieszczono rzeźbę Branko Najholda, serbskiego pisarza, eseisty a przede wszystkim autora pięćdziesięciu książek o Zemunie, był też założycielem Międzynarodowego Salonu Karykatury Zemun. Nie ma się więc co dziwić, że wdzięczni mieszkańcy tego miasteczka poświęcili pamiątkową ławeczkę zmarłemu w 2016 roku jego piewcy.
Nasz spacer po tej części Belgradu, będącej starym węgierskim miastem, był stosunkowo krótki i ograniczył się tylko do jego starej części. Zdjęcia z tej nowszej, jakie można znaleźć w internecie, jakoś nie zachęcają do odwiedzin. Lepiej zachować w pamięci urocze stare węgierskie miasteczko z kolorowymi parterowymi kamieniczkami.
Do centrum wróciliśmy tą samą drogą, którą tu przyjechaliśmy, czyli dwoma autobusami. Ponieważ już wiedzieliśmy, że komunikacja miejska jest darmowa, a jeszcze nie doświadczyliśmy przejażdżki belgradzkim tramwajem, postanowiliśmy do naszej kwatery dotrzeć właśnie tym środkiem transportu. Nie dlatego, że byliśmy specjalnie zmęczeni, ale po prostu żeby się przejechać tramwajem. I tutaj muszę otwarcie powiedzieć, że jeżeli ktoś narzeka na stary tabor w Łodzi, bo w Łodzi jeździ kilka typów tramwajów, z których każdy reprezentuje inny wiek, to żaden nie da się porównać do tramwajów belgradzkich, jeśli chodzi o stopień zaniedbania. Jadąc te dwa przystanki poczułem się, jakbym się cofnął w czasie do Łodzi lat 80. Widziało się i czuło, że tych belgradzkich wagonów dawno nikt nie odświeżał. A teraz to już w ogóle nie wiadomo, czy to kiedykolwiek nastąpi, skoro burmistrz zafundował wszystkim darmowe przejazdy. Skąd więc weźmie pieniądze na odnowę taboru?

































Ponieważ nazajutrz wyruszaliśmy do Mostaru, postanowiliśmy pożegnać się z Belgradem w miejscu, które poprzedniego dnia najbardziej nas urzekło. Jak możecie się domyślać, udaliśmy się na Skadarską.
W niedzielny wieczór spodziewaliśmy się mniejszych tłumów niż poprzedniego dnia, bo przecież ludzie muszą w poniedziałek iść do pracy. Nic bardziej mylnego. Skadarlija tętniła życiem. Okna kafan i mehan mieniły się światłami, orkiestry grały niemal w każdej z nich, a imprezowicze o różnym stopniu trzeźwości snuli się po bruku w tę i wewtę.
Tym razem nie szukaliśmy lokalu, tylko poszliśmy prosto do "Kaldrmy", gdzie znowu prawie nikogo nie było, zaś zamiast kelnera, który mi przypominał płatnego mistrza szpady z powieści Potockiego, i którego na tę okoliczność nazywałem "senor caballero", obsługiwała nas energiczna kobieta ok. czterdziestki, która też swój fach dobrze znała. Szybko, sprawnie i z uśmiechem przynosiła nam drinki (no tym razem było ich mniej niż dnia poprzedniego) i Jarkowi piwo. My zaś powoli je sączyliśmy obserwując ulicę. Tak jak w sobotę nieco nas zaskoczył widok prawosławnego duchownego w tym miejscu frywolnej zabawy, tak teraz uwagę naszą przykuła grupa czterech osób z białymi laskami. I powiem Wam, że był to widok naprawdę budujący. Oto mężczyzna i trzy kobiety z niesprawnością związaną z wadą wzroku, być może całkowitą jego utratą, przyszli się zabawić! I tak trzeba żyć, każdy ma prawo do zabawy i powinien korzystać z życia na całego!
Tymczasem w sąsiedniej knajpce przy mikrofonie usiadła młoda kobieta i mężczyzna z gitarą. Po jej pierwszych dźwiękach już wiedziałem, co zagra. Po chwili kobieta zaczęła śpiewać utwór "Chan chan" kubańskiego legendarnego zespołu Buena Vista Social Club. Czegóż więcej chcieć od życia? Tę atmosferę zabraliśmy ze sobą i teraz, kiedy ją sobie wspominam i o niej piszę, uśmiecham się do siebie, bo było naprawdę fajnie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz