poniedziałek, 8 grudnia 2025

Radimlja i Stolac (środa, 30 lipca 2025)



Radimlja


Na ostatni dzień naszego pobytu w Mostarze zaplanowaliśmy bardzo ambitnie długą wycieczkę do kilku miejsc, ale w miarę urealniania naszych zamiarów musieliśmy z kilku z nich zrezygnować. Już jadąc w kierunku Radomliji doszliśmy w samochodzie do wniosku, że nie pojedziemy do Neum, bo to jednak było dość daleko, a poza tym zracjonalizowaliśmy sobie tę decyzję brakiem jakichś większych atrakcji, oprócz potencjalnej kąpieli w morzu. Jechać tyle kilometrów, tylko po to, żeby się zamoczyć w Adriatyku? No nie. Niekoniecznie. 

Neum wykreśliliśmy z naszej listy, ale póki co jechaliśmy prosto do naszego pierwszego celu, czyli do cmentarza bogomiłów. O bogomiłach czytaliśmy na studiach historycznych, ale o istnieniu tej konkretnej nekropolii dowiedzieliśmy się z jednego z piątkowych programów na youtube'owym kanale pana Roberta Makłowicza. Odczuwałem swego rodzaju dreszcze, podobne do tych przed Lepenskim Virem. Oto mieliśmy zobaczyć nagrobki tajemniczej grupy wyznaniowej, której przetrwanie między katolikami i prawosławnymi stanowi dla mnie jedną z zagadek historii. Przecież uczymy się, a potem uczymy dzieci o dominacji kościołów oficjalnych i ich kontroli nad życiem społecznym, a tu nagle dowiadujemy się o całych połaciach Europy zamieszkałych przez wyznawców dziwnej odmiany chrześcijaństwa pozostającej w wyraźniej opozycji do chrześcijańskiej ortodoksji. 

Ruch "miłych Bogu" prawdopodobnie narodził się na terenie Bułgarii jako opozycja wobec coraz silniejszych wpływów greckiej cerkwi, co równocześnie było równoznaczne z politycznymi wpływami cesarstwa wschodniorzymskiego, przez historyków nazwanego bizantyńskim. Religia bogomiłów bardzo różniła się od chrześcijańskiej ortodoksji. Była ona dualistyczna, czyli zakładała równorzędność sił Dobra i Zła, między którymi toczy się walka. Był to wyraźny wpływ starej religii perskiej, w tym nauk perskiego "proroka" Maniego, który z kolei inspirował się również gnostycyzmem. Tak na marginesie niektórzy Polacy-katolicy, w tym niektórzy duchowni, wierzą w równorzędność Dobra i Zła bojąc się zwycięstwa Szatana, podczas gdy jest to myślenie właśnie manicheistyczne, bo ani chrześcijaństwo, ani judaizm nie przypisują Szatanowi roli wroga Boga, tylko wroga człowieka (oskarżyciela). 

Wracając do tematu, bogomili nie uznawali żadnych sakramentów, nie czcili relikwi ani świętych obrazów. Nie używali znaku krzyża ani nie przyjmowali chrztu, przez co trudno ich nawet nazwać "chrześcijańską sektą". Wierzyli, że ludzkie ciało jest świątynią, w związku z czym nie ma sensu wznosić budynków sakralnych. Stosowali ascezę, praktykowali taniec jako rytuał religijny i pościli. Mając to na uwadze aż trudno się oprzeć wrażeniu, że ich przejście na islam w wersji sufickiej odbył się dość gładko i bezboleśnie (choć dowodów na to żadnych nie mam). Praktyki derwiszów są przecież bardzo podobne! Bogomili owszem, wierzyli w Jezusa (zresztą gnostycy też wierzyli i muzułmanie również, choć nie uznają jego boskości), ale dodali mu starszego brata Satanaela, który się przeciwko Bogu-ojcu zbuntował i jest jego przeciwnikiem. Ba ten świat, w którym żyjemy, nie jest wcale dziełem Boga, tylko złego Satanaela właśnie! 

Nie do końca możemy być pewni, do jakiego stopnia na bogomiłów wpłynęli paulicjanie (podobna herezja ormiańska), ani do jakiego stopnia bogomiłów można utożsamaiać z bośniackim kościołem paterenów (oficjalny kościół na tym terenie), również zwalczany przez kościoły prawosławny i katolicki, ale mający silne oparcie w lokalnej arystokracji. Natomiast niektóre źródła pozwalają wierzyć, że doktryna bogomiłów dotarła do Europy zachodniej (z Dalmacji poprzez północne Włochy) dając początek ruchom albigensów (katarów) z południa Francji. 

Niestety zbyt mało mamy źródeł, żeby się w sposób pewny o bogomiłach wypowiadać, ale bezsprzecznie zbliżaliśmy się do Radimlji (na filmiku umieściłem błędnie nazwę RadOmlja, co pewnie wzięło się ze skojarzenia z naszym Radomiem), czyli miejsca, gdzie znajdują się stećci (l.p. stećak), czyli nagrobki ludzi tego wyznania, choć dosłownie wyraz ten znaczy po prostu "stojący kamień". Powstanie nekropoli wiąże się z magnackim rodem Miloradovićiów, którzy byli bośniackimi Wołochami, czyli potomkami zlatynizowanych mieszkańców tej krainy sprzed przybycia Słowian (żeby nikt nie pomyślał, że byli to jacyś migranci z Wołoszczyzny). Czasowo cmentarz lokuje się w XV i XVI w., a więc w okresie, kiedy gdzie indziej z bogomiłami i pokrewnymi ruchami religijnymi już się krwawo rozprawiono. 

Tak czy inaczej, bogomili to ludzie, którzy nadal stanowią wyzwanie dla historyków, i inspirację dla pisarzy (m.in. dla Olgi Tokarczuk), ale stećcy stoją w Radimlji i są świadectwem ich istnienia. Kupiliśmy bilety w budynku przed przy cmentarzu i ruszyliśmy między kamienie, na których wyryto różne elementy, ale na pewno nie krzyż, czy inne symbole chrześcijańskie. Niestety, kamienie są przysłowiowymi milczkami, więc niczego się od nich nie dowiedzieliśmy. Mieliśmy tylko świadomość, że pochowano tu ludzi, których poglądy i obrzędy były bardzo odmienne od dominujących wówczas w Europie rytów chrześcijańskich. 


STOLAC


Ruszyliśmy w stronę Stolaca, gdzie wkrótce dotarliśmy i zaparkowaliśmy samochód pod górą, na szczycie i zboczach której wznosiły się ruiny zamku. Nie zamierzaliśmy się tam wspinać, tylko udaliśmy się w stronę centrum, jeżeli do tak małej miejscowości można zastosować to określenie. Dostrzegłszy kawiarnię Caffe Bosfor, zdecydowaliśmy,, że już pora na drugą kawę. Mimo, że liczący nieco ponad 3 tysiące mieszkańców Stolac, to miasteczko w zdecydowanej większości muzułmańskie, sympatyczna i skora do śmiechu kelnerka nie zaproponowała nam kawy po turecku, czyli z dżezwy, a "espresso". Już kiedyś pisałem, że chyba wszędzie w Chorwacji, Serbii i Bośni, kelnerzy często od razu zastrzegają, że serwują tylko "espresso", ale mają tu na myśli wszystkie jego włoskie pochodne, a więc macchiato, cappuccino, latte itd. W dodatku do każdego takiego napoju na bazie espresso podają dużą szklankę wody. Jeszcze inna obserwacja to taka, że w lokalach gastronomicznych chyba monopol ma austriacka marka Julius Meinl, bardzo smaczna zresztą. Na próżno jednak próbowaliśmy kupić paczkę jej ziaren. W żadnym sklepie na Juliusa Meinla nie trafiliśmy! Tymczasem mimo włoskiej metody parzenia, jakiś turecki element w tej kawie jest, a mianowicie jej logo, które umieszczone jest również na filiżankach, w której się tę kawę serwuje, to głowa osmańskiego Turka w fezie na głowie. 

Trochę pożartowaliśmy z kelnerką, która nieźle radziła sobie z angielskim, na temat zniżki, jaką powinniśmy dostać z powodu awarii terminala, wypiliśmy kawę, po czym ruszyliśmy do pierwszego zauważonego obiektu, a mianowicie meczetu Sułtana Selima. 







Stowarzyszenie Więźniów Obozów

Meczet Sułtana Selima

Čaršijska džamija (meczet przy rynku, bo čaršija to centralny rynek miasta) ), znany również jako meczet Sułtana Selima, pochodzi z lat 1519-1520 i jest jednym z najstarszych zabytków w Stolacu. Zniszczony, podobnie jak cały rynek, w 1993, odremontowana w 2002, dżamija stanowi przykład pięknej prostoty architektury muzułmańskiej. 

Przed wejściem do wnętrza dostrzegliśmy półki na buty i miejsce pokryte dywanem, gdzie te buty należało zdjąć. To, co nas zdziwiło, to to, że wejścia do dżamiji nikt nie pilnował. W całym obejściu nie było żywego ducha, ale meczet był otwarty. Weszliśmy do haram, czyli części modlitewnej, gdzie oczywiście jako pierwsze rzucają się w oczy ozdobny kamienny mihrab wskazujący al-kiblę, czyli kierunek na Mekkę, i drewniany bardzo skromny minbar, czyli kazalnica. Wszedłem po drewnianych schodach na galeryjkę, gdzie na okiennym parapecie ktoś zostawił tasbihy, czyli muzułmańskie "różańce". Między oknami można zobaczyć napisy po arabsku, prawdopodobnie cytaty z Koranu. O ile wewnątrz ozdób trudno uświadczyć, to ściany zewnętrzne meczetu pokryte są namalowanymi motywami roślinnymi. Jak wiemy, w islamie artystyczne przedstawianie postaci ludzkich jest zakazane (choć w Turcji i Persji ten zakaz nie był, jak się zdaje, zbyt gorliwie przestrzegany). Obeszliśmy podwórze ze studnią pośrodku i wyszliśmy na ulicę, skąd jeszcze raz ogarnęliśmy wzrokiem dżamiję Sułtana Selima -- jej minaret i dach, który podobno pierwotnie był kopułą, a obecnie jest dachem typu namiotowego. Przy wyjściu też na nikogo się nie natknęliśmy. 


























Ruszyliśmy w stronę rzeki, po drodze mijając całkiem liczną mieszaną wycieczkę, w której wszystkie kobiety nosiły hidżaby i generalnie stroje wskazujące na ich religię, natomiast wszyscy mężczyźni byli ubrani w stylu zachodnim -- zwykłe spodnie i koszule. Niezależnie od płci wszyscy mówili wyłącznie amerykańską wersją angielszczyzny. 

Przeszliśmy po kamiennym moście na drugi brzeg Bregawy i powędrowaliśmy dalej wzdłuż rzeki. Właściwie powinienem napisać "rzeczki", bo zbyt szeroki ten dopływ Neretwy w tym miejscu nie jest, ale za to jest niezwykle malowniczy. Co jakiś czas warto się zatrzymać, żeby popodziwiać widok horyzontu z minaretami i innymi budynkami z błyszczącą wstęgą Bregawy na pierwszym planie. 

Po drodze "odkryliśmy" tekiję, czyli, jak już wiecie, "klasztor" derwiszów. Nic o tym miejscu wcześniej nie czytaliśmy, więc nie próbowaliśmy tam nawet wchodzić. Dopiero później sprawdziłem informacje o nim, i dowiedziałem się, że to sprawa bardzo świeża, ponieważ tekija w Stolacu została założona w roku 2010 przez szejka Halila Brzinę, przedstawiciela sufijskiej tariki (zakonu) Nakszbandijja. Wygląda na to, że tekija jest więc czynnym miejscem praktyk derwiszów. Szkoda, że się nie odważyliśmy i nie spróbowaliśmy z kimś tam porozmawiać. 

Przeszliśmy na drugą stronę rzeki i ruszyliśmy w drogę powrotną. Już myślałem, że nic nas tam nie zaskoczy, ale nieco się zdziwiliśmy widząc kawiarniane stoliki i krzesła brodzące w wodzie. Było co prawda płytko, ale kto chciałbym tam usiąść na kawę i równocześnie moczyć nogi? Nie dowiedzieliśmy się tego, ponieważ lokal był najwyraźniej nieczynny. 

Dotarliśmy z powrotem do kamiennego mostu, którym pierwotnie przeszliśmy na drugi brzeg Bregawy. Most Inat ("most złości"), lub Górny to najstarszy z piętnastu mostów na tej rzece. Niektórzy podejrzewają, że ze względu na swoją niezgrabność (jedna część dochodzi do brzegu, a druga jakby kończyła się w rzece) jest to konstrukcja średniowieczna, przedosmańska, ale legenda mówi coś innego. Otóż w połowie XVII wieku wezwano beja Stolaca i mężczyzn zdolnych do walki, by udali się do Stambułu, by bronić stolicy imperium przed powstańcami z Anatolii. Z braku legalnej władzy, miasto opanował niejaki Trtak z Ljubinja i zaczął nim rządzić wraz ze swoimi zbirami. Nakazał m.in. zbudować most, który byłby piękniejszy od mostu beja. Budowniczowie na złość mu wznieśli most krzywy, który mimo to uzyskał akceptację pijanego Trtaka. Stąd nazwa "most złości". Tyle legenda.

Ponieważ rzeka, most i ocieniające go drzewa, oraz meczet w tle stanowią wdzięczny widok, zrobiłem tam kilka zdjęć, kilkakrotnie wchodząc na most i z niego schodząc. Kiedy skończyłem, ze zdziwieniem skonstatowałem, że nigdzie w pobliżu nie potrafię zlokalizować ani Agnieszki, ani Joli i Jarka. Było troje ludzi i nie ma! Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zacząłem nerwowo chodzić wokół mostu, poszedłem w stronę Caffe Bosfor, ale po moim towarzystwie nie było śladu. Nie powiem, że wpadłem w panikę, bo w końcu Stolac to na nasze standardy taka większa wieś, więc nie było obawy, że się nie odnajdziemy, ale zdenerwowała mnie sama sytuacja. Na dodatek nie było jak się znaleźć przy pomocy telefonów, ponieważ wszyscy wyłączyliśmy karty sim. Postanowiłem pójść w stronę parkingu, co też zrobiłem. Na próżno. Postanowiłem wrócić pod most, ale po drodze zobaczyłem całą trójkę już z daleka. Zresztą oni też. Okazało się, że kiedy robiłem zdjęcia kamiennemu mostowi, moi towarzysze podróży weszli do meczetu "mostowego" (Čuprijska džamija), czyli inaczej dżamiji Hadži Alije Hadžisalihovića (hadżiego, czyli tego, kto odbył pielgrzymkę do Mekki, Aliji Hadžisalahovicia). Fundator meczetu od dawna mieszkał w Kairze i tam zresztą umarł nie doczekawszy ukończenia jego budowy, ale sentyment do rodzinnego miasta kazał mu zainwestować w budowę świątyni właśnie w Stolacu. Zresztą opiekę nad obiektem sprawowała jeszcze długo jego rodzina. 

Dość zabawne są dane na temat daty oddanie mostowej dżamiji do użytku. Prawdopodobnie ktoś raz napisał, że było to "około 14 lutego 1736 r.", jakby chodziło o być może 13, a może 15 lutego. "Około" i dokładna data dzienna... Niesamowite! 

Tak czy inaczej, moja żona i przyjaciele weszli sobie do tego meczetu korzystając z tego, że wycieczka anglojęzycznych muzułmanów, którą widzieliśmy wcześniej już z niego wyszła, natomiast ja zostałem nad rzeką. W ten sposób tej dżamiji nie zwiedziłem, a wracać już nie chciałem, bo jeśli chcieliśmy zrealizować nasz ambitny plan, musieliśmy się liczyć z czasem.

Razem doszliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej w stronę wodospadów Kravica. 



Pomnik księcia i katolickiego księdza zarazem Ivana Musicia, jednego z przywódców antyosmańskiego powstania Chorwatów z 1875 r. 































niedziela, 7 grudnia 2025

Mostar 2, (wtorkowe popołudnie, 29 lipca 2025)




Ponieważ jazda samochodem po starym centrum Mostaru nie ma większego sensu, Jarek zaparkował samochód przed domem, który był naszą kwaterą i ruszyliśmy znaną już sobie drogą w kierunku mostu. Tym razem nie przegapiliśmy szkoły, o której poprzedniego dnia mówił nam Kerim. Nie doszliśmy jednak do starego (acz nowego, bo zrekonstruowanego) mostu, tylko na ulicę Gase Ilića, gdzie znajduje się jeden z domów osmańskich. Domów mieszkalnych zbudowanych w czasach potęgi osmańskiej Turcji jest więcej, z czego trzy są muzeami, a są to Bisevića kuća (dom Bisewicia), Muslibegovića kuća (dom Muslibegowicia) i Kajtazova kuća. Przewodnik, jaki mieliśmy, kierował nas do tego ostatniego domu. Natomiast o tym, że starych budynków tego typu jest więcej dowiedzieliśmy się od pani sprzedającej bilety do domu rodziny Kajtaz, która powiedziała nam, że do niedawna był to normalny prywatny dom i dopiero po śmierci ostatniej właścicielki zrobiono z niego muzeum. O pozostałych muzeach nam nie wspomniała, natomiast wyjaśniła, że w kilku sąsiednich domach z czasów osmańskich po prostu nadal mieszkają ich właściciele. Dom Kajtazów powstał w XVIII wieku, a więc jest starszy od domu Muslibegowicia (XIX w.), ale młodszy od Bisewicia (1635). 

Właścicielami byli oczywiście Bośniacy, a konkretnie Boszniacy, czyli słowiańscy muzułmanie, ale chyba trzeba by było specjalisty, który poznałby po jakichś elementach, że nie jest to dom turecki. Dywany, imbryki, stoliki i ławy pod ścianą z dywanowymi narzutami (przypomina to wystrój wnętrze tekiji w Blagaju), czy stroje, z których niektóre mogliśmy nawet przymierzyć, wszystko przywodziło na myśl tajemniczą Turcję i to z czasów, które znamy z powieści Sienkiewicza. Nie twierdzę, że mam rację z tymi czasami, tylko że po prostu tak sobie wyobrażałem życie w imperium osmańskim, które do czasów reform Mustafy Kemala zwanego "Ojcem Turków", było w wielu kwestiach raczej zachowawcze. Siedząc przy drewnianym stoliku z sziszą (niezapaloną oczywiście) w ręku, pomyślałem sobie, że życie w takim domu musiało być całkiem wygodne. Jak na mój gust sufity były zawieszone nieco zbyt nisko, ale standard wyposażenia i rozmiar domu wskazywały, że właściciele musieli należeć do osmańskiej klasy średniej. 



















Nigdy nie umiem się oprzeć wstąpieniu do księgarni, albo podejściu do ulicznego stanowiska, gdzie sprzedają książki, choćby były to teksty w języku zupełnie dla mnie obcym. Po prostu obcowanie z książkami, nawet tymi po chińsku czy arabsku, sprawia mi przyjemność. Język serbsko-chorwacki, który dzisiaj uznano ze względów politycznych za nieistniejący, za istniejące uznając języki chorwacki, serbski, bośniacki i czarnogórski, jest językiem słowiańskim, może być zapisywany alfabetem łacińskim, czyli naszym, a także cyrylicą, która ze względu na edukację w czasach dominacji sowieckiej, nie jest mi obca, więc pokusa zakupienia jakiejś książki stawała się coraz silniejsza, ale jednak się powstrzymałem. Mimo słowiańskości języka, posiada on jednak tyle wyrazów w polszczyźnie nie występujących, że czytanie po bośniacku zajęłoby mi zbyt dużo czasu. 

Tymczasem moją uwagę przykuła znajoma szata graficzna okładki! Otóż "Przygody dobrego wojaka Szwejka" w wersji chyba południowosłowiańskiej, wyglądały dokładnie tak jak okładki serii klasyki literatury światowej wydawanej dwadzieścia lat temu w Polsce przez "Gazetę Wyborczą". No nie jest to, mówiąc delikatnie, szczyt sztuki projektowania okładek, więc każdy mógł taką wymyślić, ale podobieństwo za to było tak uderzające, że nie chce mi się wierzyć, żeby ktoś się kimś nie inspirował (w którą stronę to szło, tego nie jestem w stanie wydedukować). 




Po opuszczeniu domu i niewielkiego acz bardzo przytulnego podwórka, udaliśmy się znaną już sobie drogą w kierunku mostu. Jeszcze poprzedniego dnia mijaliśmy stanowisko człowieka, który sprzedawał "domaczą rakiję", ale nie chcieliśmy ryzykować zakupu alkoholu z niepewnego źródła. Tym razem jednak zapytałem go, ile jego rakija ma procent, na co odpowiedział, że 35, co mnie nieco zdziwiło, bo od domowej produkcji spodziewaliśmy się napoju dużo mocniejszego. Postanowiliśmy więc tej rakiji nie próbować. Ponownie zagłębiliśmy się w sklepiki i stragany z kolorowymi i misternie zdobionymi dżezwami, imbrykami i tacami, tudzież z biżuterią, okazami numizmatycznymi, pamiątkami z czasów Jugosławii oraz z bogactwem bardzo słodkich słodyczy -- chałwy i baklawy można tu dostać w ogromnej liczbie wariantów. 

Ponieważ ceny zestawów dżezw z filiżaneczkami były w każdym sklepie praktycznie takie same, a i same zestawy niczym się od siebie nie różniły, w końcu zdecydowaliśmy się w jednym ze sklepów zakupić mały tygielek z dwoma filiżaneczkami umieszczonymi w metalowych... hmm... większych filiżaneczkach (?), miseczkach (?) pełniących rolę ochrony tych pierwszych.  Agnieszka kupiła sobie natomiast stalową bransoletkę za jakieś niewielkie pieniądze, która w Polsce kosztowałaby pięć razy więcej. 

Ten zestaw z ozdobną dżezwą chodził za mną od sześciu lat, czyli od czasu, kiedy po raz pierwszy byliśmy w Mostarze. I teraz wreszcie moje marzenie się spełniło! 






Znowu przekroczyliśmy most na Neretwie, i tym razem już bez pudła trafiłem do restauracji, w której jedliśmy obiad w 2019 r., czyli Motel & Restoran Monte Rosa. Widać było, że przeprowadzono remont, a właściwie przebudowę wejść i okien od frontu. Restauracja stała się jakby bardziej otwarta na ulicę, a poprzez zmianę wyposażenia wnętrza wszystko teraz było nieco mniej przytulne, za to bardziej "światowe". Pijąc kawę wyciągnąłem telefon i zauważyłem, że mam połączenie z wi-fi! Telefon, a właściwie system, który przechodził przez wszystkie moje telefony przez ostatnie sześć lat, cały czas miał zapisany login i hasło hotelu...., które się od tamtej pory nie zmieniły! Wypiłem kawę, którą zapamiętałem sprzed sześciu lat jako "kawę po bośniacku", choć niczym się ona nie różni od "kawy po turecku". Podano ją pięknie w dżezwie, z której mogłem sobie jej nalać do filiżanki, a do tego zaserwowano słodką zagryzkę w postaci lokum, czyli galaretki obsypanej cukrem pudrem, czyli deseru w polskiej literaturze znanego jako rachatłukum (z arabskiego rachat hulkum, czyli ukojenie gardła). Turcy i Grecy z tego arabskiego źródłosłowu zachowali ostatni jego człon zmieniając na "lokum", zaś Rumuni w swoim języku zachowali część pierwszą i ten "turecki przysmak" (Turkish delight), jak mówią Anglicy, po rumuńsku to po prostu "rahat". Podejrzewam, że pokolenie młodych Polaków w ogóle nie wie, co to jest rachatłukum, więc chyba przyjmie się (a może już się przyjmuje), krótsza forma "lokum", zwłaszcza, że wydaje się, że ludzie teraz więcej podróżują (Grecja, Turcja) niż czytają. 




Po kawie poszliśmy jeszcze kilkaset metrów w stronę kościoła franciszkanów, gdzie sześć lat temu parkowaliśmy nasz samochód, ale tamta część miasta nas specjalnie nie pociągała, więc postanowiliśmy zawrócić i skręcić w uliczki i zakamarki na prawo od głównego deptaka. W ten sposób trafiliśmy na most nad maleńką rzeczką Radobolją, o nazwie Kriva cuprija (Krzywy most) zbudowany w 1558, który jest starszy od słynnego starego mostu. Podczas wojen nie ucierpiał, ale był remontowany w latach 60. ubiegłego stulecia, a ostatnio po powodzi w 2000 r. Krzywy most zaprowadził nas natomiast prosto do wejścia do restauracji, gdzie postanowiliśmy przysiąść na drinka.  

Restauracja "Divan" wygląda dość atrakcyjnie, ma taras, a może bardziej patio. Wnętrze wygląda trochę jak typowa luksusowa restauracja z czasów Gierka, czyli Tity, ale myślę, że jest dużo młodsza. Zamówiliśmy drink o takich samych nazwach, jakie piliśmy w belgradzkiej "Kaldrmie", ale ich smak nas rozczarował. Robiły wrażenie, jakby do tego, co piliśmy na Skadarskiej ktoś dolał wody, albo może dał więcej dodatków, natomiast zaoszczędził na alkoholu. Dlatego po jednym drinku zapłaciliśmy i wyszliśmy. 

Idąc długim korytarzem do wyjścia usłyszałem za sobą jakieś krzyki. Kiedy się odwróciłem, okazało się, że dogonił mnie kelner i wręczył papierową torebkę, w której znajdowało się tekturowe pudełko z moim świeżo zakupionym zestawem do parzenia tureckiej kawy. Siedząc przy stoliku postawiłem ją na podłodze, a wychodząc o niej zapomniałem. Na szczęście kelnerzy w "Divanie" okazali się ludźmi uczciwymi i przyjaznymi. Zresztą na obsługę złego słowa nie powiem. W końcu słabe drinki to wina barmana, a nie kelnerów. A może nawet i nie barmana, który być może ma odgórny przykaz mieszania drinków w tych ekonomicznych proporcjach? 




Kiedy wracaliśmy do białego domu przy ulicy Dwudziestej dziewiątej Hercegowińskiej Dywizji Udrzeniowej (29. Hercegovacke udarne divizije), robiło się już ciemno. Po drodze wstąpiliśmy do znanych już z dnia poprzedniego delikatesów, dokupiliśmy coś do jedzenia i po powrocie na kwaterę faktycznie spożyliśmy lekką kolację. 

Następnego dnia szykowała się długa wyprawa po Hercegowinie.