niedziela, 14 listopada 2021

Giro d'Iseo

Ktoś, kto czyta moje opisy poszczególnych dni naszych wakacji we Włoszech, mógłby pomyśleć, że właściwie te nasze wieczory były koszmarne z powodu niesnasek, jakie wywiązywały się między niektórymi z nas. Otóż mimo tego, że czasami przy wieczornym posiłku dochodziło do sytuacji na pograniczu kłótni, albo że ktoś strzelał focha i obrażał się na cały świat, w ani jednym momencie nie mieliśmy poczucia, że marnujemy czas letniego wypoczynku. Po prostu znamy się wszyscy od 35 lat i wszystko już przerabialiśmy. Jeszcze nie tak dawno nie było wakacji, żebym to ja przez dzień (w porywach do trzech) nie okazywał oznak frustracji i wściekłości na cały świat. Z wiekiem trochę mi przeszło, ale doskonale rozumiem, że niektórym jeszcze nie. Znamy się więc na tyle dobrze, że bierzemy z góry poprawkę na wszystkie nasze zachowania i potrafimy nad nimi przejść do porządku dziennego. Doskonale też rozumiemy, że człowiek, który okazuje swój zły humor, tak naprawdę sam cierpi najbardziej, ponieważ my nie dajemy się wciągnąć w jego nastrój.

W środę rano, 11 sierpnia, po śniadaniu i kawie udaliśmy się na parking. Jarek, który prawdopodobnie ma jakiś rodzaj ADHD i od rana po kilka razy potrafi się przejść z kwatery do samochodu i z powrotem, nie inaczej zachowywał się i tego ranka. Tak na marginesie, podejrzewam, że jego złość na Jolę wzięła się m.in. z tego, że publicznie kilkakrotnie krytykowała tę jego nie do końca produktywną aktywność. Tymczasem, kiedy spacerowym krokiem zbliżaliśmy się we czwórkę do samochodu (tzn. Jola, Agnieszka, ja i Joanna, która tym razem wybrała się z nami, bo Maciek ruszył nad Iseo autobusem na samotną wędrówkę), Jarek już kręcił się wokół niego. Dziewczyny zaczęły się zastanawiać, czy siądzie za kierownicą, czy też spełni swoją wczorajszą groźbę. Kiedy byliśmy już na parkingu Jarek zajął miejsce pasażera za siedzeniem kierowcy. Wszyscy udaliśmy, że wszystko przebiega normalnie. Ja usiadłem jak zwykle na prawym przednim siedzeniu, zaś Jola i Joanna z tyłu, obok Jarka. Agnieszka, jak gdyby nigdy nic, zajęła miejsce za kierownicą. Jarek już wcześniej nastawił GPS, więc po chwili ruszyliśmy do miejscowości Iseo nad jeziorem o tej samej nazwie.

Po przejechaniu satelit Brescii znaleźliśmy się wśród krajobrazu górskiego Alp Lombardzkich, co od razu przywodziło mi na myśl najlepsze wspomnienia wakacyjne. Wspominając swoje dzieciństwo, przypominam sobie jak prawie wszystkie koleżanki i koledzy z mojej klasy w podstawówce na pierwszej lekcji po wakacjach, na pytanie wychowawczyni, gdzie je spędziliśmy, odpowiadali „nad morzem”, „w górach”. Ja jeździłem z rodzicami na wieś do dziadków w Kieleckie (dziś Świętokrzyskie). Niemniej, nad morzem po raz pierwszy byłem na wakacjach po ósmej klasie, w lipcu i potem też w sierpniu 1980 r., natomiast w Beskidzie Śląskim byłem już w klasie III, na wycieczce rodzinnej z Cieszyna – zwiedziliśmy wtedy Ustroń-Polanę i Wisłę. W ten sposób moje górskie skojarzenia z wakacjami są o wiele starsze, niż morskie. Kiedy zaś pobraliśmy się z Agnieszką, moje górskie wyjazdy uległy znacznej intensyfikacji, ponieważ moja żona była wtedy już doświadczoną turystką górską, a wzięło się to z tego, że często wyjeżdżała na wędrówki z grupą kierowaną przez Jarka Janickiego, który w latach studenckich był szefem studenckiego klubu turystycznego. Po naszych ślubach, tzn. Jarka z Jolą i moim z Agnieszką, nadal wyjeżdżaliśmy z Jarkiem, a także z Jolą i Jarkiem, co pokazuje, że nasze wspólne podróże mają naprawdę długą tradycję. Dlatego zawsze na widok gór, np. kiedy jedziemy na południe Polski i za Częstochową zbliżamy się do horyzontu, na którym zarysowują się grzbiety Beskidów, od razu rośnie nam serce, bo wiemy, że to już naprawdę wakacje.

Przyjechawszy nad jezioro skierowaliśmy się w kierunku centrum miejscowości Iseo. Zobaczywszy parking z wieloma pustymi miejscami, w dodatku bez żadnej notatki o płatności, Agnieszka zdecydowała tam stanąć. Do centrum miasteczka mieliśmy się dostać piechotą, co w naszym przypadku nie jest żadnym utrudnieniem, bo w pieszych wędrówkach jesteśmy zaprawieni. Po przyjrzeniu się płotowi i bramie, przed którymi rozciągał się nasz parking, zrozumieliśmy, że był on przeznaczony dla tych, którzy przyjeżdżali na miejscowy cmentarz. Ponieważ jednak był niemal pusty, nie mieliśmy skrupułów zostawiając samochód właśnie tam.

Do „centrum”, które wg nas stanowił bulwar nad samym jeziorem doszliśmy w jakieś 15 minut. Na gładkiej tafli wody uwagę przyciągała wyspa Monte Isola. Tam właśnie wybrał się tego dnia Maciek. Pojechał autobusem, a na wyspę przeprawił się jednym z promów, jakie odpływały z nadbrzeżnych miejscowości. Idąc bulwarem mijaliśmy kolorowe rzeźby warzyw i owoców – gruszek, bananów itd. Doszliśmy do miejsca, które nazwałem „lawendowym zakątkiem”, ponieważ oprócz straganów, na których sprzedawano produkty (kosmetyki) z lawendy, było ono też ozdobione kwieciem lawendy, a obok jednego ze stanowisk przygotowano lawendową oprawę dla tych, którzy chcieli sobie na jej tle zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Od razu pomyślałem sobie o Oldze, córce Bożeny i Sławka T., która na Facebooku jest znana jako Olga-Lawendowa Dziewczynka. Zrobiliśmy sobie więc tam zdjęcia i od razu umieściłem je tam z dedykacją dla małej Oli.

To, co może nas nie zdziwiło, ale jednak wydało się niezbyt naturalne, to fakt, że na całej długości naszego spaceru nie spotkaliśmy ani jednej plaży, ani też żadnego kąpieliska. Owszem, ludzie pływali, ale w łódkach, na jachtach, w kajakach, promami, ale nie wpław. Zdecydowaliśmy pójść nieco dalej w głąb zabudowań. Miasteczko Iseo posiada kilka zabytków, tylko że my się specjalnie na ich zwiedzanie nie szykowaliśmy, ponieważ wyszliśmy z założenia, że wyjazd nad jezioro, to wyjazd typowo rekreacyjny, a nie zabytkoznawczy. Kiedy później zacząłem czytać o Iseo w internecie, zacząłem nieco żałować, że np. nie zobaczyliśmy średniowiecznego zamku Oldofredi, ale z drugiej strony, widać ze zdjęć w internecie, że zamek ten uległ rozmaitym modyfikacjom – m.in. wstawiono doń ogromne szyby okienne, których w średniowieczu z pewnością nie było. No cóż, tak sobie to racjonalizuję, ale tak naprawdę pluję sobie w brodę, że nie zrobiliśmy dosłownie pięćdziesięciu kroków w bok, żeby ten zamek zobaczyć.

Niemniej nie była to wycieczka stracona jeśli chodzi o podziwianie zabytkowych gmachów, bo oto dotarliśmy do bardzo ciekawego kościoła. Historia la Pieve di sant'Andrea sięga przełomu V i VI wieku, choć jej wnętrze to wynik renowacji z XIX wieku. Weszliśmy też do wnętrza robiącego wrażenie raczej zaniedbanej ruiny kaplicy, niż samodzielnego kościoła. Zresztą samodzielny chyba nigdy nie był zważywszy na sąsiedztwo dużego kościoła św. Andrzeja. Tak, czy inaczej świątynka pod wezwaniem św. Sylwestra (San’Silverstro), pochodząca prawdopodobnie z XIII wieku, służyła przez jakiś czas jako kościół Konfraterni Dyscyplinariuszy (Biczowników?) Świętego Krzyża (la Confraternita dei Disciplini dalla Santa Croce), ale  już w wieku XIX została przerobiona na warsztat. W 1985 roku rozpoczęto jakieś prace renowacyjne ścian wnętrza kościółka św. Sylwestra. Przyznać jednak należy, że obecnie nie wygląda na to, żeby ktoś bardzo dbał o to miejsce. Być może jestem niesprawiedliwy, ale takie jest moje subiektywne wrażenie.

Wróciwszy spomiędzy zabudowań miasteczka na bulwar powolnym spacerem wróciliśmy na nasz parking przy cmentarzu. Najwyraźniej Jarkowi przeszedł foch, bowiem w międzyczasie zaczął się zachowywać zupełnie normalnie, a nawet widać było, że powróciło mu poczucie humoru. Najlepszą oznaką tego stanu rzeczy było jednak to, że zdecydował się wziąć kluczyki do swojego samochodu od Agnieszki i dalej już poprowadzić go samemu.

Postanowiliśmy się udać do Sulzano, miejscowości bliżej Monte Isola, gdzie liczyliśmy, że zjemy pranzo. Najpierw Jarek zatrzymał się na parkingu nad jeziorem, gdzie znalazł wolne miejsce, tyle że do Sulzano dzieliła nas odległość ok. 2 kilometrów, którą trzeba byłoby przebyć pieszo dość wąską, a przy tym ruchliwą szosą bez pobocza. Zdecydowaliśmy się pojechać bliżej terenu zabudowanego. Patrzyłem w międzyczasie na mapy Google w poszukiwaniu parkingu, kiedy zjechaliśmy z szosy, a mówiąc ściślej wjechaliśmy pod górę po jej prawej stronie, żeby się zagłębić w uliczki, przy jednej z których miał być parking, niestety nie znaleźliśmy ani jednego wolnego miejsca. Już wiedzieliśmy, że żółte pasy na asfalcie oznaczały miejsca dla lokalnych właścicieli samochodów, niebieskie miejsce płatne, a białe parking darmowy. Niestety nie było żadnych wolnych. Ponieważ google pokazywał następny parking dopiero kilka kilometrów dalej, postanowiliśmy opuścić Sulzano i poszukać posiłku gdzie indziej.

Niestety nasz plan znalezienia knajpki z wolnymi miejscami parkingowymi po drodze spełzł na niczym, ponieważ na wszystkich stały już samochody. Postanowiliśmy jechać dalej. Kierując się mapami google zasugerowałem, żebyśmy się zatrzymali w pewnym miejscu, gdzie nad jeziorem znajdował się kemping, zaś na nim zaznaczono miejsce, gdzie można coś zjeść. Jezioro mieliśmy cały czas po naszej lewej, zaś kiedy dojechaliśmy do owego kempingu po prawej stronie zobaczyliśmy parking z mnóstwem wolnych miejsc. Serca nasze zaczęła już przepełniać radość na myśl o południowym posiłku, który wreszcie zjemy we Włoszech o właściwym czasie. Przeszedłszy na drugą stronę jezdni dotarliśmy do miejsca, które wyglądało na coś w rodzaju baru, czy też restauracji. Podeszliśmy bliżej, ale zobaczyliśmy, że nikogo tam nie ma. Zauważyliśmy natomiast nieco w głębi, niejako w podwórku między knajpką a chyba prywatnym domem jej właścicieli suto zastawiony stół, gdzie siedziała chyba właśnie rodzina prowadząca tę gastronomię. Jedna z pań wytłumaczyła nam, że ich biznes pracuje do 10.00 rano, a potem otwiera się dopiero o 19.00. To był cios w samo serce, a raczej w żołądek, czy też splot słoneczny. Jak to? Jesteśmy wreszcie ok. 13.00 w miejscu, gdzie Włosi serwują jedzenie, i też na próżno? Punkt gastronomiczny nastawiony prawdopodobnie na turystów z pola namiotowego, serwował tylko śniadania (colazioni) i kolacje (cene). Pranzo zostało zupełnie zlekceważone!

Jarek zaproponował, że skoro już zajechaliśmy tak daleko, to objedźmy całe jezioro, a jak będziemy mieli szczęście, to po drodze może jednak znajdziemy jakiś lokal gastronomiczny, przed którym będzie gdzie zaparkować. To ostatnie powiedział bez wielkiej nadziei w głosie, a i my taką nadzieję przestaliśmy już żywić. Niemniej wycieczka krajoznawcza wokół Iseo wydawała się dobrym pomysłem, ponieważ alpejsko-wodne widoki były naprawdę zachwycające.

Przejechaliśmy więc przez San Marasino, Marone, Pisogne, przejeżdżaliśmy przez niewielkie tunele i pod zabezpieczeniami chroniącymi szosę przed ewentualnymi spadającymi skałami, cały czas mając jezioro i wyspę Monte Isola po lewej stronie. Za Lovere zatrzymaliśmy się na kilka minut i wysiedliśmy z samochodu. Nie było to żadne miejsce, gdzie coś by sprzedawano do jedzenia. Była to raczej pustka. Chcieliśmy jednak rozprostować kości po długim siedzeniu w samochodzie. Po kilkunastu minutach ruszyliśmy dalej. W ten sposób dotarliśmy z powrotem do Iseo. Zanim to jednak nastąpiło, dostrzegliśmy po naszej prawej otwartą restaurację z mnóstwem pustych miejsc parkingowych. Było kilka minut po 15.00. Przy stolikach siedzieli ludzie zajęci konsumpcją swoich dań obiadowych, ale nie zdecydowaliśmy się jeszcze siadać. Podszedłem bliżej do grupy obsługi restauracji. Jedna z kelnerek przywitała mnie energicznym, ale od razu wiedziałem, że nie zwiastującym niczego dobrego „buongiorno!” Spytałem, czy „aperto”, na co pani odpowiedziała, że „chiuso” i nasze błagania nic nie pomogą. Pora pranzo właśnie minęła kilka minut temu i nic tu do jedzenia aż do wieczora nie dostaniemy. „Italia!” wykrzyknąłem z gorzkim sarkazmem, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę samochodu.

Przejechaliśmy przez Iseo, potem malowniczą szosą pod skałami, która przeszła w równie malowniczą drogę, z której podziwialiśmy zielone wzgórza z mieniącymi się w słońcu kościołami i alejami z rzędami cyprysów po obu stronach. Ponieważ Iseo nie leży daleko od Bovezzo, wkrótce już byliśmy na kwaterze, tyle że najpierw zajechaliśmy tradycyjnie już do Benneta. Przy wejściu do tych delikatesów znajduje się niewielki punkt gastronomiczny, gdzie serwują piadiny z różnym nadzieniem. O istnieniu włoskiego płaskiego placka przypominającego trochę bliskowschodnią pitę, albo meksykańską tortillę, tyle, że z nieco innego ciasta, dowiedziałem się dosłownie kilka tygodni przed naszym wyjazdem do Włoch. Nie oszukujmy się, większość nas w Polsce wyobraża sobie włoską kuchnię jako nieustanną defiladę zmieniających się różnych rodzajów pasty i pizzy. Tymczasem niewiele w Polsce wiemy o daniach drugich (secondi piatti), a praktycznie nic o przebogatych wariacjach kuchni lokalnych.

Ponieważ uparłem się, ze muszę zjeść nietanią (ok. 7 euro, co przy wielkości porcji faktycznie nie było ceną niską) piadinę nadzianą szynką, serem i czymś jeszcze, złożyłem zamówienie i usiadłem przy stoliku. Agnieszka i Janiccy udali się do stanowiska garmażeryjnego z produktami do podgrzania w domu i tam sobie coś kupili. Ja natomiast po długim czekaniu, bo w międzyczasie, musiałem zmienić nadzienie piadiny, gdyż poinformowano mnie, że nie ma jakiegoś jednego składnika do mojego pierwotnego zamówienia, dostałem swój południowy posiłek. Uczciwie zwrócono mi różnicę w cenie wynoszącą równo jedno euro, ale musiałem znowu swoje odczekać. Nie była to porcja imponująca, ale mój głód został zaspokojony. Pod względem smakowym nie było to jakieś doświadczenie rozkoszy podniebienia, ale było całkiem smaczne.

Po powrocie do domu Sylwii, stwierdziliśmy, że skoro nie udało nam się wejść do wody jeziora Iseo, to teraz skorzystamy z basenu w ogrodzie. Można powiedzieć, że basen po powrocie z naszych objazdów stał się naszym stałym rytuałem. Po długiej jeździe samochodem i długich jednak marszach po miastach Lombardii najczęściej w prawie czterdziestostopniowym upale, taka kąpiel w przyjemnej wodzie przywracała nam siły i zdrowie.

Innym punktem dnia podczas naszych wakacji w Bovezzo były krótkie pogawędki z Sylwią. Krótkie, ponieważ, jak już wspomniałem, Sylwia jest osobą niezwykle energiczną i pracowitą, więc momenty, w których by przystanęła lub usiadła w celach relaksacyjnych były raczej krótkie i rzadkie. Inna sprawa, że udawało nam się z nią porozmawiać w czasie, kiedy równocześnie coś robiła w ogrodzie.

Z takich rozmów dowiedzieliśmy się np., że prowadzenie samodzielnej działalności gospodarczej we Włoszech to naprawdę ciężka przeprawa i, o dziwo, włoska biurokracja tak bardzo lubi rzucać przedsiębiorcom kłody pod nogi, że analogiczna rzeczywistość w Polsce wygląda jak raj dla małego biznesu. Jak się okazuje, we Włoszech sprawy pozwoleń i koncesji ciągną się czasem latami.

Sylwia chodzi też na intensywny kurs języka włoskiego dla cudzoziemców. Przy okazji dowiedzieliśmy się kilku rzeczy o imigrantach/uchodźcach, w wielkiej liczbie przybywających do Italii. Miejscowa ludność, o której trudno powiedzieć, że jest do cudzoziemców nastawiona tak wrogo jak Polacy, przestaje być otwarta na nowych przybyszów. Oczywiste są trudności z zatrudnieniem. Niektórzy imigranci są nie tylko roszczeniowi, ale próbują narzucać (i często z sukcesem) swoje zasady wszystkim dookoła. Np. na wyżej wspomnianym kursie, grupa muzułmanów podczas ramadanu zażądała skrócenia zajęć o prawie 2 godziny, ponieważ nadchodził wieczór i oni już mogli zgodnie z zasadami postu, już coś zjeść. Dla nich ta pora posiłku była bardzo ważna, co jeszcze nie jest niczym dziwnym po całym dniu nie tylko niejedzenia ale również nie przyjmowania napojów. W związku z tym reszta grupy stwierdziła, że niech oni się zwalniają z tych końcowych godzin i sobie idą jeść, a reszta chce zostać i korzystać z lekcji włoskiego. Na to muzułmanie podnieśli wrzask, że to byłoby wobec nich niesprawiedliwe, ponieważ w takim przypadku oni by na tym tracili. Pozostali uczestnicy kursu na to, że to oni nie chcą tracić godzin, za które rząd Republiki Włoskiej płaci lektorom. Ponieważ lektorzy i w ogóle mało kto chce się narazić na zarzut ksenofobii czy rasizmu, muzułmanom najczęściej się ustępuje, co wzbudza frustrację wśród imigrantów innego pochodzenia, ale także wśród samych Włochów.

Przy kolacji Maciek opowiedział nam o tym, jak przeprawił się promem z Sulzano na Monte Isola, a tam wspiął się na górę aż do kościoła na szczycie, który my widzieliśmy z drugiego brzegu jeziora. Tego wieczoru długo nie posiedziałem w towarzystwie. Poszedłem poczytać do naszego pokoju, po czym zasnąłem. Następnego dnia czekała nas ekscytująca wycieczka po Mediolanie, po którym obiecała nas oprowadzić Ania Kloza.

 






 






































wtorek, 2 listopada 2021

Bergamo (wtorek, 10 sierpnia 2021)

 

Wtorek dziesiątego sierpnia miał być wspaniałym dniem, bo oprócz tego, że wtedy właśnie przypadała nasza trzydziesta rocznica ślubu, mieliśmy zwiedzić kolejną galerię obrazów, słynną Akademię Carrara w Bergamo. Było to pierwsze z miejsc, do którego Ania Kloza wygrała dla nas bilety długo przed wyjazdem, przy tym jedyne, gdzie udało się wygrać dwie wejściówki dwuosobowe, a więc mieliśmy tam wejść całą czwórką.  Oprócz zwiedzania słynnej kolekcji obrazów, chcieliśmy oczywiście pospacerować po zabytkowej części miasta. Jeszcze jednym argumentem przemawiającym za wyjazdem tego dnia do Bergamo, a nie żadnego innego miasta, był wyjazd Zuzi Janickiej, której krótka wizyta u rodziców we Włoszech właśnie dobiegała końca.

O Bergamo nie miałem wcześniej nawet większego wyobrażenia, oprócz tragicznych skojarzeń z zeszłego roku, kiedy to cały świat obiegły zdjęcia ciężarówek wywożących z tego miasta ciała ofiar koronawirusa. Niemniej moje pierwsze wspomnienie związane z nazwą tego miasta sięga początku lat 90. i raczej przywodzi uśmiech na moją twarz.

Byliśmy wtedy świeżo upieczonym małżeństwem nauczycieli historii, a więc ludźmi z niewielkimi wówczas możliwościami finansowymi. Córka dobrze sytuowanych znajomych moich teściów, wówczas studentka medycyny, wróciła właśnie z objazdu po północnych Włoszech. Opowiadała o tym z takim szczerym entuzjazmem, że nawet nie było czasu poczuć zawiść. Wręcz przeciwnie, słuchaliśmy z autentycznym zainteresowaniem, a z tyłu głowy mieliśmy tylko myśl o tym, kiedy nas będzie stać, żeby sobie taką wycieczkę urządzić. No cóż, musiało minąć prawie 30 lat. Niewiele pamiętam już z tej opowieści córki znajomych rodziców Agnieszki, ale jedno mi w pamięci utkwiło.  Otóż kiedy ktoś zadał pytanie dotyczące Bergamo, dziewczyna natychmiast poprawiała jego wymowę. Chodziło bowiem o to, że akcent trzeba było położyć na pierwszą sylabę nazwy miasta, a nie tak przaśnie po polsku, na sylabę przedostatnią.

I tak oto za niecałe dwie godziny sami mieliśmy się znaleźć w Bergamo. Po szybkim śniadaniu i kawie, ruszyliśmy w pięcioro na stację metra. Ponieważ na wakacjach dobry humor mnie raczej nie opuszcza, w bezzałogowym pociągu bresciańskiego metra usiadłem na samym przedzie wagonu i ku uciesze towarzystwa odegrałem scenę kierowania owym pociągiem, używając przy tym archaicznego słownictwa konduktorów PKP z wczesnych lat 70. (np. „proszę wsiadać, drzwi zamykać”).

Zakup biletów kolejowych i podróż pociągiem do Bergamo nie należały do jakichś ekscytujących przeżyć. Natomiast kiedy już znaleźliśmy się przed dworcem w naszym mieście docelowym, od razu dostrzegliśmy niewielki „okrąglak”, na którym napis głosił, że jest to informacja turystyczna. Było to więc miejsce, gdzie wieliśmy odebrać nasze bilety (a raczej kupony, czy vouchery na bilety) do Akademii Carrara. Rozmowę zagaiłem po włosku i ku mojemu zdziwieniu, poszła całkiem gładko. Sympatyczna pani wydała nam kupony na bilety bez najmniejszego problemu, ale w pewnym momencie musiałem przejść na angielski, ponieważ nie dowierzałem własnym uszom. Otóż pani z informacji turystycznej powiadomiła nas, że niestety dzisiaj Accademia Carrara jest zamknięta. Zrozumiałem, ale mimo to, dopytałem po włosku a potem jeszcze raz po angielsku! Jak to? We wtorek? Wszystkie muzea na świecie mają wolny dzień w poniedziałek! Dlatego zresztą poprzedniego dnia pojechaliśmy nad jezioro, a nie na zwiedzanie galerii. Co za pomysł, żeby je zamykać we wtorek? Pani miło się uśmiechnęła (chciałbym powiedzieć, że przepraszająco, ale chyba jednak nie) i powiedziała, że tak, no bo tak i już. W związku z tym, niczym błyskawiczna nawigacja GPS dokonaliśmy natychmiastowej korekty naszych planów na najbliższe dni i stwierdziliśmy, że po prostu wrócimy do Bergamo w najbliższy piątek. Tymczasem natomiast skupimy się na tym, co w mieście można zobaczyć z zewnątrz.

Zanim jednak udaliśmy się na podbój miasta, przeszliśmy na drugą stronę ulicy, żeby w pobliżu dworca autobusowego stanąć na przystanku, z którego Zuzanna miała odjechać na lotnisko. Nie czekaliśmy długo, kiedy nadjechał autobus z odpowiednim oznakowaniem. Pożegnaliśmy się z córką naszych przyjaciół, po czym ruszyliśmy dziarskim krokiem ulicą papieża Jana XXIII (Viale Papa Giovanni XXIII)  w kierunku zabytkowego centrum.  Po ok. kilometrowym marszu minęliśmy neoklasycystyczny kościół Santa Maria Immacolata delle Grazie (po prawej), następnie dotarliśmy do dwóch również neoklasycystycznych bliźniaczych budynków stanowiących tzw. Porta Nova (Nowa Brama), zbudowanych w 1837 r wg zamysłu architekta Giuseppe Cusiego (mian. Cusi) sprzed lat dziesięciu. Brama posłużyła jako oprawa wjazdu do miasta austriackiego cesarza Ferdynanda I w 1838. Po przejściu między tymi „kuriami”, doszliśmy do placu Giacomo Matteottiego, gdzie po lewej stoi Pomnik Partyzanta (Monumento di Partigiano) z 1977 r. autorstwa Giacomo Manzù, upamiętniający antyfaszystowski i antyniemiecki ruch oporu. Dokładniej przyjrzeliśmy mu się w drodze powrotnej, natomiast teraz szliśmy wprost na Torre dei Caduti, czyli Wieżę Poległych, czyli pomnika ku czci ofiar I wojny światowej. Budynek zaprojektowany przez Marcello Piacentiniego został wzniesiony w 1922 roku. Prawdopodobnie celem jego powstania było nie tylko upamiętnienie bohaterów wojennych, ale przede wszystkim konstrukcja nacjonalistycznego patriotyzmu włoskiego w duchu faszystowskim. 

Wytrwale maszerując, mijaliśmy kolejne budynki Dolnego Miasta  (Città Bassa), które początkowo przypominały nieco każde europejskie dziewiętnastowieczne miasto, w tym np. Łódź.    W międzyczasie ulica Jana XXIII przeszła w Viale Roma, gdzie zabudowania były już rzadsze, a następnie w pełną zieleni i zamożnych domów ulicę Wiktora Emanuela II (Viale V. Emmanuele II), która łukiem doprowadziła nas do Funicolara Città Alta, czyli stacji kolejki podobnej do tej, jaką się wjeżdża na Gubałówkę w Zakopanem, na Górę Parkową w Krynicy, na wzgórze Petřín (Petrzyn) w Pradze i do jeszcze szeregu innych podobnych kolejek złożonych z dwóch wagoników ciągniętych liną po szynach na wysokość od kilkudziesięciu do kilkuset metrów. Ponieważ pojęcie „Górne Miasto” jakoś tak automatycznie skojarzyło mi się z warszawską przedwojenną, a może nawet sięgającą czasów zaborów, piosenką o rudej Mańce, która zostawiła swojego narzeczonego piaskarza Stacha, żeby być metresą hrabiego („Mańka, czyś ty poszła w górne miasto?”), melodia tej smutnej ballady przyczepiła się do mnie i wracała do mnie co jakiś czas podczas spaceru po wąskich ulicach starego Bergamo, czyli tego, które było otoczone murami miejskimi już w średniowieczu. 

 

























Po kilkuminutowej podróży kolejką wysiedliśmy na Piazza Mercato delle Scarpe, czyli na dawnym rynku obuwniczym, gdzie przecisnąwszy się między stolikami kawiarnianych ogródków weszliśmy na wąską Via Gombito. Przy Torre del Gombito, czyli wieży na skrzyżowaniu (bergamskie „gomito”), skręciliśmy w ulicę Mario Lupo, przy której naszą uwagę zwróciła średniowieczna pralnia publiczna (Antico Lavatoio), czyli zadaszona murowana konstrukcja pełniąca rolę zbiornika z wodą, w której bergamskie gospodynie mogły stojąc obok siebie prać ubrania swoje i swoich domowników. 

 















Wróciwszy na Via Gombito, przeszliśmy w kierunku Piazza Vecchia. Zostawiwszy biały gmach Biblioteki Angelo Mai za sobą ruszyliśmy w kierunku podcieni Palazzo della Ragione, czyli ratusza z XII wieku, jaki oddziela Stary Plac (Piazza Vecchia) od Placu Katedralnego (Piazza Duomo). Kiedy znaleźliśmy się po drugiej stronie, gdyby nie przewodnik prawdopodobnie popełnilibyśmy chyba dość powszechny błąd, biorąc budynek zbudowany i ozdobiony z największym przepychem za bergamską katedrę. Ba! Ten budynek nie jest nawet kościołem Santa Maria Maggiore, a jedynie jego przybudówką. Oto staliśmy przed kaplicą Colleoniego (Capella Colleoni) pod wezwaniem Jana Chrzciciela, budynkiem wzniesionym w latach 1470-1476 w stylu renesansowym z fundacji Bartolomeo Colleoniego, kondotiera pozostającego na służbie Republiki Weneckiej. W opisach można przeczytać, że ten możny oficer prawdopodobnie nie dostał pozwolenia na umieszczenie swojego grobowca w samym kościele, więc zbudował sobie osobną kaplicę. Natomiast, żeby w ogóle mógł ją wznieść, jakoś tak dostał pozwolenie na zburzenie dawnej zakrystii. Przy kaplicy Colleoniego kościół Santa Maria Maggiore, gmach z XII wieku zbudowany w stylu romańskim (a ściślej w jego lombardzkiej odmianie), wygląda jak ubogi krewny i faktyczna przybudówka do kaplicy, a nie odwrotnie! Niezależnie od zewnętrznego stylu architektonicznego, wnętrza zostały w wieku XVII zbarokizowane.

Barokowa od początku jest natomiast katedra pod wezwaniem św. Aleksandra z 1689 r., która stoi jak drugi ubogi krewny grobowca kondotiera, w dodatku jakby na uboczu. O ile katedra stoi po lewej stronie kościoła Matki Boskiej Większej, to na prawo od niej wznosi się baptysterium z 1340 roku. 

 
































Po obejściu barokowych wnętrz obiektów sakralnych wróciliśmy na Piazza Vecchia, gdzie skręciliśmy w ulicę poświęconą fundatorowi pysznej kaplicy. Przy Via Bartolomeo Colleoni znajduje się m.in. znana wielu naszym znajomym pizzeria Il Fornaio, kusząca przez wystawowe szyby dziesiątkami  kwadratów rozmaitych pizz i focaccii. Ponieważ nie byliśmy jeszcze głodni, tym razem tam nie zaszliśmy, ale obiecaliśmy sobie, że spróbujemy ichniej pizzy, kiedy przyjedziemy do Bergamo w piątek, kiedy będzie otwarta Accademia Carrara. Powiem szczerze, że pomimo rekomendacji znajomych, którzy w owej pizzerii, „gdzie pizzę tną nożyczkami”, już wcześniej byli, miałem do niej dość sceptyczne nastawienie – Bergamo to jednak północ Włoch, to Lombardia, a więc miejsce, dokąd pizza zawędrowała z pewnością wcześniej niż do Polski, ale jednak trudno ją nazwać wytworem rodzimej myśli kulinarnej. Niemniej obiecaliśmy sobie, że tam jednak wrócimy.

Tymczasem udaliśmy się do bergamskiej Cytadeli Viscontich, na teren której weszliśmy przez Torre della Campanella. Na jej dziedzińcu przysiedliśmy, żeby zjeść lody, który sobie uprzednio kupiliśmy. Siedząc na kamiennej ławce nagle odczułem niepokój. Obmacałem wszystkie kieszenie i przeszukałem torbę. Nigdzie nie było mojej antykowidowej maseczki! Doszedłem do wniosku, że miałem ją zaciśniętą na łokciu i musiała mi się gdzieś zsunąć. Kiedy się swoją obawą podzieliłem z resztą towarzystwa, ci zrobili dość dziwne miny. Nie rozumiałem tych spojrzeń, ale po chwili Agnieszka i Jola zaczęły się głośno śmiać. Minęło jeszcze kilka sekund zanim pojąłem, że padłem ofiarą syndromu pana Hilarego. Maseczka co prawda nie zasłaniała mi ust i nosa, bo przecież jadłem porcję lodów, ale tkwiła pod moją brodą! Śmiechów i żartów było co nie miara, ale kiedy dobiegły końca ruszyliśmy dalej na mury Cytadeli, wokół których znajdował się mini-park z alejkami i pomnikami, tudzież artefaktami związanymi z militarną historią Włoch. M.in. moją uwagę zwróciły te z czasów faszyzmu, kiedy to Włosi nie walczyli jeszcze po właściwej stronie. Najwyraźniej mieszkańcy Italii nie chcą wypierać tej niechlubnej części swojej historii, choć pomniki przedstawiają ją raczej jako właśnie część chlubną, więc pewien zgrzyt jednak pozostaje. 



























 

W drogę powrotną udaliśmy się już bez pośrednictwa kolejki linowej. Tuż przed wejściem na jej stację, z której wysiedliśmy, skręciliśmy w prawo i okrężną drogą doszliśmy do jednej z bram w murach Górnego Miasta, nad którą władczo spoglądał na Dolne Miasto wenecki lew, po czym wróciliśmy do Viale Roma i Viale Papa Giovanni XXIII, która nas zaprowadziła prosto na bergamski dworzec kolejowy. W jego pobliżu znajdował się sklep z bardzo atrakcyjnymi zestawami kolorowych koszulek z krótkimi rękawami w bardzo dobrej cenie, które zapragnąłem sobie kupić, ale doszliśmy do wniosku, że dokonamy tego zakupu przy okazji naszej kolejnej wizyty w Bergamo, która miała nastąpić już w najbliższy piątek. 















 

Po powrocie do Brescii i do Concesio, zaszliśmy do Bennetta, gdzie kupiliśmy sobie w dziale garmażeryjnym różne potrawy na wynos, w tym różne rodzaje mięsa i smażone ziemniaki, lasagne itp. W ten sposób po raz kolejny polski obiad, bo raczej na włoskie pranzo było już znowu zbyt późno, podgrzaliśmy sobie w kuchni na naszej kwaterze, a spożyliśmy na werandzie.

Tymczasem Maciek znowu rano wędrował po okolicy. Sylwia proponowała mu wycieczkę na strzelnicę, której właścicielem jest Enrico, ale Maciek zaskoczył mnie tym, że odmówił, twierdząc, że w strzelaniu jest beznadziejny. Co więcej, ponieważ razem z Joanną, czyli swoją obecną żoną, chodził do szkoły średniej, przypomniał, że na zajęciach z PO, to ona biła go na głowę w strzelaniu. Jak widać, Maciek, pomimo, że jest egocentrykiem i lubi mówić o sobie, w tym się lekko przechwalać, potrafi zachować trzeźwość oceny i tam, gdzie się pochwalić nie może, to się nie chwali.

Liczyłem trochę na to, że to właśnie w ten wtorek, czyli w wieczór Agnieszki i mojej rocznicy ślubu, Sylwia przygotuje obiecaną lombardzką potrawę-niespodziankę, ale już poprzedniego dnia wytłumaczyła mi, że będzie miała dużo pracy, więc degustacja specjalności bresciańskiej musiała poczekać na inny dzień. Enrico tego dnia również pracował do późna, więc nasi gospodarze w skromnej celebracji naszego święta nie wzięli udziału. Natomiast my zjedliśmy kolację zakrapiając ją różnymi trunkami. 

Tym razem Jarek obraził się na własną żonę i stwierdził, że następnego dnia, kiedy to zaplanowaliśmy udać się nad jezioro Iseo, on kierował samochodem nie będzie, bo będzie miał kaca. Nie wiemy do dziś, czy miał to być rodzaj kary na całym świecie, który myśmy wówczas uosabiali, czy próba udowodnienia, że bez naszego „superkierowcy” jesteśmy bezradni i skazani na tkwienie w Bovezzo, ale jeżeli Jarek liczył, że dziewczyny będą go prosić, by łaskawie zasiadł za kierownicą następnego dnia, to się jednak przeliczył. Co prawda Jola i Joanna jeżdżą, ale jednak w obcym kraju miały obawy przed kierowaniem pojazdem. Ja nie lubię siadać za cudzą kierownicą. Tylko jedna osoba bez problemu podjęła wyzwanie.