poniedziałek, 1 września 2025

Kierunek: Tokaj

W niedzielę 20 lipca ruszyliśmy o szóstej rano. Jak to praktykujemy już od kilku lat, dzień wcześniej przyjechaliśmy do Płocka, żeby zostawić tam naszą Kię i następnego dnia wsiąść do hyundaia i20 Janickich. Ponieważ nasz pierwszy zaplanowany i zarezerwowany nocleg miał być w Tokaju, ruszyliśmy wcześnie, ponieważ czekała nas długa droga. Tym razem nie była to jednak autostrada A1, którą zwykle kierowaliśmy się na południe kraju, żeby przekroczyć granicę za Mszaną, ale albo drogi szybkiego ruchu, albo nawet zwyczajne szosy krajowe wiodące nas w kierunku Krakowa, za którym mieliśmy skręcić na wschód, żeby pojechać odcinkiem autostrady A4, a następnie skręcić na południe i dotrzeć do granicy ze Słowacją. 

Do Krakowa dotarliśmy naprawdę szybko. Droga E77, będąca obecnie trasą szybkiego ruchu S7, pozwoliła na szybkie przemieszczenie się i pozostawienie za sobą Grójca, Radomia i Kielc. Zatrzymaliśmy się tylko na krótko na stacji benzynowej jakieś 35 km przed Radomiem, gdzie dwie rzeczy zwróciły moją uwagę. Motocykl umieszczony na dachu budynku -- chyba jako reklama -- i automat wyglądający jak te, w których sprzedają śmieciowe jedzenie i napoje w plastikowych butelkach, tylko że zamiast nich gablota zawierała wyłącznie produkty z dodatkiem marihuany. Oczywiście z tym ekstraktem nie powodującym odurzenia narkotycznego, ale mimo wszystko trochę mnie taka samoobsługowa "vending machine" zaskoczyła w takim miejscu.




Wg nawigacji, mieliśmy Kraków również minąć bokiem, skręcając w lewo na autostradę A4, ale tutaj spotkała nas niespodzianka, ponieważ ten zjazd był zamknięty z powodu robót drogowych. W związku z tym, zamiast jechać wprost na południowy wschód, musieliśmy skręcić prosto na zachód i objechać dosłownie cały obszar naszej dawnej stolicy. 

Na autostradzie znowu przyspieszyliśmy, ale chcąc dotrzeć do słowackiej granicy, musieliśmy wkrótce skręcić na południe i poruszać się głównie szosą bez pobocza. 

Zatrzymaliśmy się na kawę na stacji benzynowej w miejscowości o nazwie dosyć zniechęcającej do konsumpcji, a mianowicie Gnojnik, ale kawa okazała się bardzo przyzwoita. 



Dalej jechaliśmy na Nowy Sącz trasą, którą bardzo lubię. Ostatni raz przemierzaliśmy ją dość dawno, za to zupełnie niedawno znaleźliśmy się na niej ponownie, podczas naszego rodzinnego wypadu do Tarnowa w trzecim tygodniu sierpnia. Szosa biegnie wzdłuż Dunajca -- już szerokiego niczym Dunaj w Budapeszcie -- i jest niezwykle malownicza.  Nowy Sącza ominęliśmy, bo nawigacja prowadziła nas na Krynicę. 

Tak przy okazji, to miejscowość uzdrowiskowa w Beskidzie Sądeckim nazywa się po prostu Krynica i nie posiada żadnego przymiotnika. Bardzo dawno temu, jeszcze w czasach studenckich, Jarek wybierał się tam właśnie pociągiem z Łodzi i kiedy pani w kasie biletowej spytała, czy życzy sobie bilet do Krynicy Morskiej czy Górskiej, on z uporem odpowiadał, że jego życzeniem jest dotarcie "do KRYNICY!" Już wtedy miał w sobie ten belferską tendencję do pouczania podszytą sarkazmem i bezkompromisowością. 

Krynicę jednak też ominęliśmy, bo jakoś tak szybko znaleźliśmy się w Tyliczu, a zaraz potem przekroczyliśmy granicę ze Słowacją w miejscu, gdzie nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Przejście w Piwnicznej znamy dość dobrze, ale tego nie. W jego pobliżu bowiem nie ma żadnej miejscowości, którą można byłoby zapamiętać dla orientacji. 

Tak czy inaczej, nie wiadomo kiedy wszystkie napisy na przydrożnych drogowskazach zmieniły swój język na słowacki i nie ulegało wątpliwości, że znajdujemy się w strefie euro. Ponieważ jadąc w tę stronę nie mieliśmy zamiaru niczego na Słowacji kupować, nasze zapasy tej waluty nie zostały uszczuplone. 



Ponieważ na te kilka godzin przejazdu przez Słowację nie opłacało się kupować kilkudniowej winiety, omijaliśmy autostrady, dzięki czemu jechaliśmy praktycznie aż do granicy węgierskiej przez teren zabudowany, czyli przez słowackie wioski, które czym bliżej owej granicy, stawały się wioskami z dwujęzycznymi nazwami na tablicach informacyjnych, co oczywiście oznaczało, że były zamieszkałe również przez mniejszość węgierską. 

Potem znowu niemal niepostrzeżenie wersje słowackie zniknęły, a pozostały już tylko madziarskie, ale nadal przemieszczaliśmy się z prędkością 50 km/h, ponieważ nadal jedna wieś przechodziła płynnie w drugą. Nie jest to zresztą nic dziwnego. W Polsce też tak mamy! Europa Środkowa jest po prostu gęsto zaludniona, a jak się omija autostrady, to trzeba się liczyć, że tak właśnie będzie. Tylko na Litwie trzeba przejechać z jednej wioski jakieś 30-50 km, żeby trafić na następną. 

Pokonaliśmy ponad 700 km, w tym odcinki słowacki i węgierski w terenie zabudowanym, ale i tak do naszej kwatery w Tokaju dotarliśmy około 16.00. 

Gospodarze kwater z booking.com przeważnie proszą podanie orientacyjnej godziny przybycia, a potem jeszcze o telefon pół godziny przed samym przyjazdem. Kiedy więc nawigacja wskazywała rzeczone pół godziny, zatrzymaliśmy się w jakiejś wiosce i zadzwoniliśmy do właściciela naszego lokum. Mężczyzna mówił po angielsku, ale czasami wtrącał całe zdania w jakimś słowiańskim języku. Jarek twierdził, że kiedy jeszcze wcześniej z nim rozmawiał przez telefon, facet mówił po rosyjsku. 

Kiedy wjechaliśmy przez bramę na podwórko domu, w którym mieliśmy spędzić kolejne dwie noce, i przywitaliśmy się z naszym przesympatycznym gospodarzem -- niewysokim uśmiechniętym brunetem wyglądającym na czterdzieści kilka lat, doszedłem do wniosku, że mówił po słowacku, ponieważ słowacki posiada wiele słów podobnych do wschodniosłowiańskich, ale nie ma w nim tego charakterystycznego zaśpiewu. 





Zajęliśmy jedno z dwóch przeznaczonych na wynajmowanie turystom mieszkanek w parterowym budynku, gdzie na stole w kuchni czekała nas butelka białego wina.  Postanowiliśmy je sobie zostawić na wieczór, a sami udaliśmy się w poszukiwaniu obiadu. Tzn. nie były to prawdziwe poszukiwania, bo restaurację znalazłem na mapie Google. Wystarczyło tylko do niej dojść. Nie było daleko, bo przecież Tokaj to miasteczko nieduże, a nasza kwatera znajdowała się praktycznie w jego centrum. Wystarczyło dojść do ronda, do którego jedna z dochodzących ulic była na moście na Cisie, do której z kolei kilkadziesiąt metrów wcześniej wpada rzeka Bodrog, żeby dojść do Bonchidai Csárda, malowniczej i głośnej od gwaru gości restauracji nad samą Cisą. 

Mimo sporego niemal pełnego obłożenia stolików na tarasie (wnętrze było niemal puste), uprzejmy kelner znalazł nam właśnie tam stolik owiewany orzeźwiającym powietrzem od rzeki. Było to bardzo fortunne, ponieważ mimo, że od południa minęło sporo czasu, nadal było bardzo gorąco. 

Będąc na Węgrzech trzeba spróbować kilku specjałów, z których jeden, który z pewnością naszym rodakom przychodzi do głowy, to gulasz. Ale to, co Węgrzy nazywają gulyas, to jest dość gęsta, ale jednak zupa z kawałkami mięsa. Natomiast to, na co my mówimy gulasz, to perkelt (pörkölt), albo paprykarz (między nimi też jest różnica). Warto jednak pamiętać, że oprócz tych węgierskich "oczywistości", Węgrzy przygotowują pyszną halászlé, czyli zupę rybną, a w grę wchodzą tu ryby słodkowodne. Bonchidai Csárda oferowała tego dnia dwa jej rodzaje -- z samego karpia i z ryb mieszanych, czyli z karpia i suma. 

Zupa z chlebem była bardzo sycąca i lekko pikantna. Jarek wziął sobie dodatkowo smażonego pstrąga, za to Agnieszka postąpiła zgoła nie jak ktoś, kto wszedł do węgierskiej restauracji, bo zamówiła danie, z którego słyną restauracje czeskie i słowackie, a mianowicie smażony ser z frytkami. 

Tak czy inaczej, zaspokoiliśmy głód i powoli ruszyliśmy alejką wzdłuż rzeki w kierunku wspomnianego wyżej mostu, przy którym weszliśmy po schodach na poziom ulicy i przeszliśmy przez rondo, ale nie skręciliśmy w uliczkę, z której przyszliśmy, ale w jej sąsiadkę. Tam trafiliśmy na typowy sklep z pamiątkami, wśród których niemało miejsca zajmowały butelki z tokajskim winem. Kupiliśmy więc jedną, żeby ta podarowana nam przez Petera miała towarzyszkę. 





Idąc dalej ową ulicą zaczęliśmy kojarzyć poszczególne zabudowania! Okazało się, że to właśnie tam byliśmy pięć lat wcześniej. Jarek nawet rozpoznał boczną uliczkę, gdzie wówczas zaparkował samochód. Wtedy był to tylko krótki wypad z Miszkolca, gdzie wówczas spędziliśmy dwa dni w drodze do Rumunii. W Tokaju spędziliśmy więc tylko kilka godzin, podczas których przede wszystkim zjedliśmy obiad w restauracji leżącej tam, gdzie ulica Rakoczego dochodzi do Placu Kossutha. Ku naszemu żalowi, to ścisłe centrum miasteczka było teraz jedną wielką ruiną. Chyba władze Tokaju postanowiło przeprowadzić jakiś generalny remont miasta, ponieważ wiele gmachów było otoczone rusztowaniami, praktycznie wszystkie na Kossuth ter, zaś restauracja Bacchus, gdzie pięć lat temu menu było również po polsku, była pozbawiona dachu, a okaleczone mury robiły wrażenie, jakby ktoś miał je raczej rozebrać, niż naprawiać. 


Kamienice przy Placu Kossutha natomiast były pokryte rusztowaniami i siatkami ochronnymi. Zastanawialiśmy się, gdzie przesiedlono ich mieszkańców i co się stało ze sklepami, które się tam mieściły. Tylko kościoła chyba nikt nie planował ruszyć.


























Doświadczywszy tego przykrego widoku, powoli udaliśmy się na kwaterę, gdzie tymczasem sąsiednie mieszkanko zajęła grupa węgierskiej młodzieży. Na szczęście chłopcy i dziewczęta zachowywali się bardzo kulturalnie i tylko pojedynczo wychodzili pod zadaszenie na podwórku, żeby zapalić papierosa. W związku z tym po kolacji to my "rządziliśmy" zadaszonym patio. Wysączyliśmy nasze wino, przy czym nie mogłem się powstrzymać od nagrania siebie śpiewającego refren "Dziewczyny o perłowych włosach" zespołu Omega, czyli wielkiego przeboju lat 70., do których ówczesna polska młodzież (czyli ludzie starsi ode mnie) dorobili słowa "Miała szesnaście lat, chciała poznać życie i świat". Ja jednak chciałem zaśpiewać to po węgiersku, więc znalazłem tekst w Internecie i podjąłem tę próbę już przy pierwszym kieliszku wina. 

Piszę o tym, ponieważ na FB pod tym nagraniem pojawiło się złośliwo-żartobliwe pytanie, po której to już butelce. I powiem Wam, drodzy Czytelnicy, że od swoich lat nastych nie mogę się nadziwić smutnej naturze Polaka, który musi się nawalić, żeby się powygłupiać, albo pośpiewać. 


Piękny ciepły wieczór, moi drodzy, to dla mnie, a myślę, że i dla Janickich, bo dla Agnieszki na pewno, najwyraźniejszy sygnał, że są wakacje. Czas prawdziwego relaksu. Mimo, że noc też zapowiadała się ciepła, udaliśmy się na spoczynek, bo jednak długa jazda zrobiła swoje. W dodatku nazajutrz czekało nas bardzo intensywne doświadczenie edukacyjne, jak to mawiają Anglicy, czyli zwiedzanie okolicznych zamków i piwnic winnych! 

środa, 13 sierpnia 2025

Nowa przygoda: Bałkany (20 lipca-7 sierpnia)




Zatytułowałem tę pierwszą część swoich wspomnień z tegorocznego wyjazdu wakacyjnego z Janickimi, naszymi przyjaciółmi z Płocka, "Nowa przygoda: Bałkany", ale nie do końca jest to tytuł precyzyjny. Nie zwiedziliśmy całych Bałkanów, to po pierwsze, a z drugiej strony spędziliśmy kilka dni na Węgrzech, których do Bałkanów przypisać się nie da. Niektórzy odmówią tej nazwy również Rumunii, no bo przecież nie leży na Półwyspie Bałkańskim, ale w tym przypadku wielu się jednak zgodzi, że kulturowo Rumunia należy do tego samego kręgu, co południowi Słowianie czy Grecy. Jak zwykle w takich kwestiach znajdą się tacy, którzy będą toczyć spory długie a jałowe, bo nomenklatura jest sprawą często umowną, a tam gdzie chodzi o kulturę, a nawet język, niewiele da się określić z matematyczną precyzją. 

Tak czy inaczej, kraje bałkańskie, a konkretnie Serbia oraz Bośnia i Hercegowina były naszymi najdalszymi punktami docelowymi, zaś po drodze zwiedzaliśmy miejsca, gdzie jeszcze nie byliśmy, albo jeśli nawet już kiedyś do nich trafiliśmy, to teraz poznaliśmy jakieś inne ich aspekty. Na przykład sześć i pięć lat temu dotarliśmy do całkiem sporej liczby miast Rumunii, ale nigdy nie trafiliśmy do Timisoary, którą postanowiliśmy wreszcie zobaczyć. Byliśmy wcześniej w Tokaju i Budapeszcie, ale nie zwiedzaliśmy okolic tego pierwszego. Terenem całkowicie nowym dla nas była Serbia i wiele miejsc w Bośni i Hercegowinie. Co prawda byliśmy w 2019 roku w Mostarze z naszymi dziećmi (ale bez Joli i Jarka), ale był to wtedy bardzo krótki kilkugodzinny wypad z naszej kwatery w chorwackiej Podacy. 

Naszymi "wielkimi odkryciami" stał się Belgrad i Sarajewo. Wielką radość jednak sprawił nam pobyt w niewielkiej, ale jakże urokliwej Suboticy. Nigdy nie ukrywałem, że naszą wielką inspiracją są podróże pana Roberta Makłowicza, i tak też było tym razem, ale również inni youtuberzy odegrali sporą rolę w opracowywaniu naszej tegorocznej trasy (i jadłospisu), z których najważniejszym okazał się Miloš Nedeljkov, serbski twórca internetowy znany również pod pseudonimem Balkandad. To dzięki jego rolce postanowiliśmy zahaczyć o Suboticę. 

W drodze powrotnej spędziliśmy dwa pełne dni w Budapeszcie, gdzie już bardziej odpoczywaliśmy, niż intensywnie zwiedzaliśmy, ale zrealizowaliśmy najważniejszy z punktów naszej tam bytności, mianowicie spędziliśmy kilka godzin w termach Gellerta, czyli kolejnego (po termach Sechenyiego, gdzie wcześniej już byliśmy) zespołu basenów kąpielowych umieszczonych w pełnym przepychu zabytkowym budynku. 

O wszystkich tych terenach uczyliśmy się na studiach, ale ponieważ jako nauczyciele nie omawiamy z uczniami historii tych terenów zbyt dokładnie (oprócz może wojen z osmańską Turcją i oczywiście wybuchem I wojny światowej), ogromna część tej wiedzy, jako nieutrwalanej, niestety z głów nam wywietrzała. Ja przy tym od lat nawet nie uczę historii, więc tym bardziej wiedza o Bałkanach wymagała uzupełnienia. Bo też nie oszukujmy się -- ten tygiel kulturowy, religijny i językowy historię ma zagmatwaną, tragiczną i niełatwą do ogarnięcia pamięcią. Odwiedzając kolejne miasta i ich ulice dokształcaliśmy się więc na bieżąco, przy okazji wzmacniając ten ogólny szkielet, jakim są ramy historii powszechnej. 

Dla mnie osobiście dodatkowym bodźcem była możliwość odwiedzenia miejsc znanych z filmów (przede wszystkim Emira Kusturicy, którego wyborów politycznych absolutnie nie pochwalam, ale którego nadal uważam za doskonałego reżysera). A jak filmy o dawnej Jugosławii, to też m.in. bośniackie pieśni. Ci, którzy mnie znają, albo czytają ten blog, wiedzą, że jestem "brany na muzykę", więc każda okazja obcowania z wytworami serbskiej lub bośniackiej ludowej kultury muzycznej, była dla mnie ogromnym przeżyciem. 



O tym wszystkim postaram się Wam opowiedzieć w kolejnych wpisach. Ponieważ pełnią one m.in. rolę terapeutyczną, tzn. wśród codziennych obowiązków wspominanie wakacji daje mi dużo radości, publikowanie kolejnych odcinków zajmie mi pewnie sporo czasu. Postaram się jednak umieszczać co najmniej jeden wpis tygodniowo. Zatem zapraszam do lektury i dzielenia się uwagami! 



niedziela, 23 lutego 2025

Powrót do Polski (niedziela, 4 sierpnia 2024)

 
 
Kiedy wstałem w niedzielę rano i wyjrzałem przez okno, zobaczyłem jak Jarek już się krząta wokół samochodu. To był już naprawdę koniec naszej prawie trzytygodniowej wyprawy do Italii i Szwajcarii, Liechtensteinu i Niemiec. Z całą pewnością było nam smutno, że kolejne fajne wakacje dobiegają końca, ale z drugiej odczuwałem też coś na kształt radości, że oto wracamy do domu. Mieliśmy jeszcze dwa dni posiedzieć w Łodzi, ponieważ Jola miała tam umówioną wizytę u specjalisty, natomiast nasz samochód stał przecież w Płocku przed domem Janickich. 
 
Po śniadaniu w postaci croissanta i kawy, zeszliśmy do samochodu z naszymi bagażami i po chwili jechaliśmy w stronę Saksonii, gdzie na jakiejś stacji benzynowej wypiliśmy cappuccino, a Jarek spożył currywursta z frytkami. Po drodze nie zwiedzaliśmy już niczego, ponieważ nie chcieliśmy tracić czasu na zjeżdżanie z autostrady, a podróż do krótkich nie należała. 
 
Już po polskiej stronie tylko zjechaliśmy do stacji benzynowej w Złotoryi, ale położonej kilka kilometrów od miasta, żeby nie przepłacać, bo jak powszechnie wiadomo, ceny paliwa przy autostradach są zdecydowanie wyższe niż przy bocznych drogach. 
 
Potem była już obwodnica Wrocławia i Łódź. Trochę żartuję, bo to tak szybko nie było, ale z drugiej strony stan połączeń drogowych we współczesnej Polsce jest naprawdę świetny. Kiedy sobie przypomnę naszą wyprawę fiatem uno do Pragi i potem do Norymbergi i Wiednia w 2004 roku, to po prostu widzę jakiego skoku cywilizacyjnego dokonaliśmy. 
 
Tradycyjnie już, kiedy wracamy do domu od strony południowej, zatrzymujemy się w Karczmie Pod Strzechą na terenie gminy Rzgów. Tak też zrobiliśmy tym razem, gdzie zjedliśmy naprawdę pysznego polskiego schabowego. 

Potem już była Łódź. Jarek z Jolą podwieźli nas do Agnieszki brata, gdzie spędziliśmy kolejne dwie noce, bo w ciągu dnia chodziliśmy po mieście z naszą córką. Postanowiłem już tego szczegółowo nie opisywać, bo do Łodzi każdy może bez problemu dojechać z każdego krańca Polski. 

A potem pojechaliśmy do Płocka, przenocowaliśmy u naszych przyjaciół, a 7 sierpnia wróciliśmy do domu. 
 
10 sierpnia, na naszą rocznicę ślubu, otworzyliśmy nasze Barolo, a potem Barbaresco. Okazało się, że nie były to smaki, których się spodziewałem. Smak Barolo był raczej przeciętny. W aplikacji Vivino sprawdziłem, że taka butelka, którą przywieźliśmy z Grinzano Cavour kosztuje u nas ponad 350 zł, za Barbaresco kupione w Asti około 300 zł. Żartowałem potem, że gdybym wiedział, gdzie można je sprzedać, zrobiłbym na tym winie niezły interes. Są jednak rzeczy, których się nie powinno przeliczac na pieniądze, a i ten smak, który tak nas rozczarował, przyjąłem z uśmiechem, ponieważ sobie przypomniałem przesympatyczną rozmowę ze starszym panem -- właścicielem winnicy, który mi tę butelkę barolo sprzedał.  To była wartość sama w sobie. 

Zjedliśmy też makaron truflowy z kremem truflowym, które kupiliśmy w Albie. Kawiarka Bialetti zakupiona w Turynie, cały czas nam służy i mam nadzieję, że jeszcze długo służyć będzie.




 
 
 
 
 
 
 
 


sobota, 22 lutego 2025

Cesarskie termy, rejs z Kelheim do Welteburga i Befreiungshalle (sobota, 3 sierpnia 2024)



Dobroczynne działanie wód siarkowych w Bad Abbach znano już od XIII wieku. Rozkwit podróży "do wód" arystokracji nastąpił w stuleciu XVIII i XIX. Bad Abbach słynęło i słynie z kuracji na reumatyzm. Ponieważ miejscowości tej nie zwiedzaliśmy dokładnie, jedyne wody, jakie znaleźliśmy w internecie i do których w ramach relaksu (po tylu dniach intensywnych wędrówek to nam się po prostu należało) trafiliśmy, to były Cesarskie termy (Kaiser-Therme). Już pierwszy rzut oka wystarczył, że budynek z całą pewnością nie może pamiętać czasów nawet Wilhelma II, czyli ostatniego cesarza II Rzeszy. Nie sprawdzałem tego, ale wszystko wskazuje na to, że system basenów i tunelu do ćwiczeń w poruszającej się z różną prędkością wodzie, to kwestia czasów zdecydowanie nam bliższych. Nie jestem nawet pewny, czy któryś z ciepłych basenów posiadał jakiś procent siarki, ponieważ żaden piekielny zapach się na terenie tego mini-akwaparku nie unosił. 

Skorzystaliśmy ze wszystkiego, co było akurat dostępne, oprócz sauny, bo, wstyd się przyznać, nie znałem dokładnych przepisów dotyczących ubrania w saunie. Nie byłem pewny, czy wolno tam wchodzić w kąpielówkach, czy tylko z osłoną samego ręcznika. Głupio mi też było kogoś pytać, bo może wiecie jak to jest -- człowiek się wstydzi, że czegoś nie wie. Tak czy inaczej, spod saun zrobiłem odwrót (moje towarzystwo w ogóle tam nawet nie poszło, twierdząc, że sauny nie lubi). Za to wymoczyliśmy się w dwóch basenach z ciepłą wodą (jeden pod dachem, drugi na świeżym powietrzu, pochodziliśmy trochę pod prąd w kanale, w którym prędkość i kierunek wody regulował sympatyczny starszy pan, który również wydawał instrukcje -- po niemiecku, ale zrozumiale. Ja również co jakiś czas szedłem na zwykły basen pływacki, żeby zrobić kilka nawrotów, po czym znowu do ciepłej wody, i ponownie kilka nawrotów. 

Faktycznie tego nam było trzeba. Te trzy godziny spędzone w wodzie naprawdę wyciągnęły z nas wszelkie zakwasy jakie mogły powstać na skutek naszych długich wędrówek w poprzednie dni. 



 



Po porannym akwarelaksie pojechaliśmy na przystań w Kelheim. Parking był nieopodal, więc po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy miejsce dla samochodu Janickich. Jeszcze dojeżdżając na ten parking zaintrygowała nas żółta budowla w kształcie rotundy wznosząca się nad poziomem lasu na pobliskim wzgórzu. Wcześniej nie mieliśmy jej w planie, ale szybko znaleźliśmy informację o tym obiekcie w internecie i postanowiliśmy się do niego wspiąć po powrocie z obiadu w klasztorze Weltenburg. 

Z zakupionymi biletami weszliśmy na dwupokładową jednostkę pływającą i od razu wspięliśmy się na górny pokład. Niemal od razu po wyruszeniu w rejs, zaczęła po nim chodzić kelnerka i podchodząc od stolika do stolika zbierać zamówienia. Można było wziąć napoje, w czym bardzo popularne okazało się piwo, a także jakieś dania obiadowe. Ja sobie zażyczyłem kawę. Po kilkunastu minutach kelnerka i kelner zaczęli roznosić jedzenie i napoje do stolików. Popijając więc cappuccino, a skoro nie były to Włochy, nikt nie patrzył krzywo na to, że robię to w godzinach popołudniowych, podziwiałem mijane widoki. Kiedy z horyzontu zniknął widok Kelheim, otoczyły nas lasy porastające nadbrzeżne wzgórza, a po jakimś czasie spośród ich zieleni zaczęły wyłaniać się monumentalne skały. Pejzaż był zaiste baśniowy. Czasami czułem się jakbym uczestniczył płynął do Gondoru z "Władcy pierścieni", a czasami jakbym płynął tratwą po Dunajcu w między Sromowcami a Czerwonym Klasztorem. Było naprawdę uroczo. W pewnym momencie prawie wszyscy pasażerowie naszego pokładu obrócili się w lewo, żeby podziwiać przyklejonych do skały wspinaczy! Ha, a więc i tak spędza się czas w tych okolicach. Rejs trwał kilka minut dłużej niż wynikało to z rozkładu, co oczywiście wzbudziło we mnie złośliwe myśli o Niemcach, którzy są niby tacy punktualni i precyzyjni, a nie potrafią dobrze wykalkulować czasu rejsu. Na szczęście takie myśli złośliwego Polaka nie zajęły w moim umyśle trwałego miejsca, bo przez większość rejsu pozostawał on w stanie przyjemnej błogości. 

Znajomą już ścieżką przeszliśmy z przystani do klasztoru, gdzie na początku przeraził nas widok ogromnych mas turystów zajmujących stoliki restauracyjne na dziedzińcu. Ponieważ wszystkie miały tabliczki ze swoimi numerami, zauważyłem, że było ich ok. 350 (dokładnej liczby nie pamiętam), a przy każdym mogło usiąść po 8-10 osób. Już zacząłem tracić nadzieję na znalezienie wolnego miejsca, ale Jola wpadła na pomysł, żeby się do kogoś dosiąść. Faktycznie znaleźliśmy stół, gdzie już siedziało sześciu chłopaków w wieku studenckim. Jedli, popijali piwo i co i rusz wybuchali szczerym śmiechem. Na nasze pytanie, czy możemy usiąść obok nich, zgodzili się od razu i w ten sposób położyli kres naszemu stresowi. 

Teraz trzeba było się liczyć z długim czekaniem na podejście kelnerki i potem na posiłek. Wszystkie te obawy były bezpodstawne. Pomimo ogromnej liczby gości do obsłużenia, doświadczone kelnerki  okazały się niezwykle sprawne i szybkie. Poza tym to musiały być profesjonalistki w swoim zawodzie, ponieważ wśród pań około pięćdziesiątki nie zauważyliśmy żadnej dziewczyny w wieku studenckim, a więc w tej restauracji nie było miejsca na dorabiające sobie do stypendium amatorek. Na nasze obiady czekaliśmy jeszcze krócej niż na pierwsze podejście kelnerki. Pani przy tym była uprzejma, uśmiechnięta i robiła wrażenie dobrej mamy lub cioci. Jedzenie też było wyśmienite. Pieczeń wołowa w sosie z bawarskim knedlem smakowała wybornie i doskonale zaspokajała głód. Ponieważ nie przyjechaliśmy samochodem Jarek mógł spokojnie napić się piwa. Ja natomiast wziąłem sobie napój na bazie soku jabłkowego (możliwe że było to Apferschorle, ale głowy nie dam). 

Po obiedzie powoli wróciliśmy na przystań. Kiedy już płynęliśmy z powrotem do Kelheim, znowu na górnym pokładzie, oprócz znanych nam już widoków, zauważyliśmy przedziwną tratwę, taką jakby ją ktoś przygotowywał do Mistrzostw Polski w Pływaniu na Byle Czym w Augustowie. Na owym zaś obiekcie pływającym siedzieli nasi sąsiedzi od stolika! Weseli chłopcy nadal się wygłupiali i śmiali! Kolejny kłam zadany stereotypowi Niemców doskonale zorganizowanych i sztywnych. 

Na pokładzie jednak znowu na moment ogarnęły mnie myśli wobec naszych zachodnich sąsiadów krytycznych. Oto bowiem na pokładzie naszego stateczku wolno było palić, z czego niemieccy pasażerowie skwapliwie korzystali. Chcąc więc zrobić kilka zdjęć na dziobie stanąłem przed stolikiem, przy którym korpulentny jegomość około pięćdziesiątki kopcił niczym dziewiętnastowieczna łódzka fabryka. I znowu pomyślałem -- u Niemców wolno, a u nas nie, bo jesteśmy świętsi od papieża. Ale przecież z drugiej strony pomyślałem, że bardzo dobrze, że u nas się w miejscach publicznych, a już zwłaszcza takich, gdzie się je, nie pali. 




















































































Palacz 













Po zejściu ze statku nie skręciliśmy w prawo w stronę naszego parkingu, ale udaliśmy się w kierunku przeciwnym, żeby się wspiąć do owej żółtej rotundy widniejącej na szczycie wzgórza ponad ścianą lasu. Nawigacja w telefonie prowadziła nas cały czas ścieżką przy brzegu Dunaju. Kiedy jednak już była pora skręcić w las, żeby się wspiąć na górę, okazało się, że nie ma tam żadnej możliwej do przejścia ścieżki. Zawróciliśmy więc na skraj lasu, skręciliśmy w lewo, a potem dość szybko znaleźliśmy krętą, ale za to asfaltową drogą prowadzącą najpierw do drewnianego budyneczku z fikuśnymi ozdobami, który był zamkniętym barem, przy którym droga gwałtownie skręciła w lewo, żeby po kilkudziesięciu metrach znowu skręcić w prawo. Tak się powoli pięliśmy, aż dotarliśmy do miejsca, gdzie las przeszedł w otwartą łąkę, na której w całej okazałości naszym oczom objawiła się Befreiungshalle, czyli Hala Wyzwolenia. 

Ten monumentalny kicz (no dobrze, może się i czepiam, może artystycznie to taki kicz nie jest) to kolejny objaw germańskiego nacjonalizmu, jakiemu hołdował król Bawarii Ludwik I. Władca ten w tym samym roku, w którym zakończono budowę Walhalli (1842), zlecił wzniesienie pomnika poświęconemu wyzwoleniu ziem niemieckich spod panowania cesarza Francuzów Napoleona Bonaparte. Tym razem nie są to popiersia osób, ale tablice z nazwami miejsc bitew. 

Idąc w kierunku schodów prowadzących do wielkiego wejścia, moją uwagę przyciągnęła kobieta w sukni ślubnej pozująca do zdjęcia. Stała na szczycie schodów tyłem do mnie, a ja nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że jestem w środku jakiegoś filmu grozy. Nie, nie było tu niczego groźnego, ale o takie wrażenie przyprawił mnie kontekst, jaki tworzył ten dziwny monument. Szybko obszedłem zbocze wzgórza, żeby się znaleźć przy schodach po drugiej stronie, gdzie w podobnej pozie naprzeciwko swojej wybranki ustawił się pan młody. Przyznacie jednak, że w horrorach to panna młoda budzi większą grozę. Powiedzmy sobie szczerze -- cholera wie dlaczego. Pewnie to jakiś zachodnioeuropejski topos. 

Kiedy młode małżeństwo przestało już pozować, weszliśmy na górę i podeszliśmy do wejścia, przy którym bilety sprawdzał nasz rodak, który od razu przywitał nas uprzejmym "Dzień dobry państwu!" Zamieniliśmy kilka słów z sympatycznym Polakiem, który kilkanaście lat temu związał swoje życie z tym kawałkiem Bawarii. Akurat wrócił z obchodu, który polegał m.in. na wspinanie się na galerię po wąskich schodach. Okazało się, że bilety należy kupić w pawilonie kawiarnianym jakieś dwieście metrów dalej. 

Obchodząc gmach z zewnątrz można było dostrzec, że w regularnych odstępach umieszczono na pewnej wysokości kobiece postaci symbolizujące poszczególne krainy niemieckie. Wśród nich był też Schlesien, czyli Śląsk. 

Na ogromnej łące po drugiej stronie Befreiungshalle para młoda ze swoimi rodzinami robili sobie kolejne zdjęcia. Teraz można było wyraźnie zobaczyć, że weselnicy pochodzili z Bliskiego Wschodu, ale trudno było się domyślić skąd dokładnie. 

Idąc parkową aleją minęliśmy punkt z którego pięknie prezentowała się wstęga Dunaju płynącego między pokrytymi lasem wzgórzami. Doszliśmy w końcu do baru, którego wystrój jako żywo przypominał mi czasy gierkowskie i skojarzył mi się raczej z NRD niż Niemcami Zachodnimi, ale jak już wcześniej kiedyś zauważyłem, ten "gierkowski" styl wcale nie był komunistyczny, tylko niemiecki właśnie, bo, moi drodzy, czy nam się to podoba czy nie, od tysiąca lat naśladujemy Niemców, i nadal naśladujemy, choć za nic się do tego nie przyznamy. 

Kupiwszy bilety przy kontuarze w jednym z pomieszczeń obitych boazerią, przeszliśmy do części kawiarnianej. Janiccy wzięli sobie jakieś soki, Agnieszka i ja wzięliśmy po kawie. Ruszyliśmy z powrotem w stronę rotundy, gdzie z uśmiechem ponownie przywitał nas nasz rodak, który zerknąwszy na nasze bilety wpuścił nas do środka. 

Zwiedzanie wnętrza Befreiungshalle nie zajmuje tyle czasu, co zwiedzanie wnętrza Walhalli, bo oprócz tablic z nazwami miejsc bitew, i rzędu skrzydlatych postaci na najniższym poziomie, nie ma tam na czym oka zawiesić. W porównaniu z różnorodnością popiersi w Walhalli, Hala Wyzwolenia jest raczej nudna. Oczywiście można podziwiać jakość marmurów, z jakich wykonano samą konstrukcję i posągi, można podziwiać ich klasyczne piękno, ale to jest jednak nuda. Taki kościół, który wcale kościołem jednak nie jest. Ruszyliśmy za skrzydlatymi postaciami (anielicami, walkiriami?) pomieszczenia aż trafiliśmy na schody prowadzące na wyższe poziomy. Przespacerowaliśmy sie po galerii na zewnątrz podziwiając krajobraz, po czym przeszliśmy się po galerii wewnętrznej czytając tablice z nazwami miejsc bitew z wyższego poziomu, po czym zeszliśmy i uprzejmie pożegnaliśmy się z sympatycznym rodakiem. 


















































Wypiliśmy kawę i ruszyliśmy z powrotem do asfaltowej drogi wiodącej do Kelheim. Przeszliśmy obok zabytkowego kościoła, ale tego dnia nie mieliśmy już nastroju na żadne zwiedzanie. Peryferyjnymi uliczkami miasta dotarliśmy do przystani, obok której przeszliśmy na parking, skąd wróciliśmy do Bad Abbach, gdzie tym razem nie zaszliśmy do Netto, ale do stojącego w pobliżu Aldi, które jednak w moim mniemaniu jest sklepem słabiej zaopatrzonym i mniej ciekawie urządzony. Od kilku dni, zaczynając jeszcze w Kaufbeuren, szukaliśmy z Agnieszką słoików z gotowym dressingiem do sałatki ziemniaczanej, jaki kiedyś kupowaliśmy w Berlinie, ale na próżno. Udało nam się tylko dostać keczup curry, czyli gotowej przyprawy do smażonej kiełbasy, która dzięki niemu automatycznie staje się curry-wurstem. 

Nie miałem tego dnia specjalnej ochoty na wizytę w gospodzie. Dopadł mnie bowiem nastrój depresyjny związany z nieuchronnym końcem naszej wakacyjnej przygody. Ponieważ jednak 3 sierpnia to rocznica ślubu Joli i Jarka, udaliśmy się do naszej "filii" gospody na drinka. Na jednym się zresztą  faktycznie skończyło, bo przecież następnego dnia czekała nas długa podróż do Łodzi. Na kwaterę wróciliśmy tak samo jak dnia poprzedniego groblą nad Dunajem, z której zeszliśmy już za zabudowaniami Oberndorfu, żeby asfaltową drogą udać się znowu w kierunku, z którego przyszliśmy, na naszą kwaterę. Na koniec dnia doszliśmy do wniosku, że kompletnie pomyliliśmy kolejność realizowanych tego dnia punktów. Zaczęliśmy od relaksu, żeby zakończyć krótką, ale forsowną wspinaczką do Hali Wyzwolenia. Powinniśmy byli wszystko zrobić w odwrotnej kolejności!