środa, 28 września 2022

Bolonia 2 (poniedziałek, 1 sierpnia 2022), część II

Ustawiliśmy się w kolejce do wejścia na wieżę Asinelli. W pewnej odległości za nami stała para dwudziestolatków rozmawiających po polsku. Ponieważ my praktycznie nic nie mówiliśmy, a przynajmniej nie głośno, trudno było wyczuć naszą narodowość, choć ja osobiście uważam, że wszędzie od razu widać, że Polonus sum! Para postanowiła jednak stanąć bliżej nas, ponieważ zaczęło przybywać ludzi w kolejce, a dziewczyna chciała stanąć w cieniu, więc spytała Jarka, czy może stanąć obok niego. "Excuse me, can I stand here?" Na to Jarek, "Ależ oczywiście, proszę bardzo!" Wszyscy się roześmialiśmy, ale tak konwencjonalnie i bez większego przekonania co do zabawności sytuacji -- jak to Polacy-rodacy z dwóch odległych od siebie pokoleń -- i na tym nasza konwersacja się skończyła. 

Kiedy znaleźliśmy się na schodach, zacząłem liczyć stopnie. Kiedy doliczyłem do stu, już wiedziałem, że będzie dobrze! Co kilka pięter znajdowało się pomieszczenie, gdzie siedzieli lub stali młodzi strażnicy, a ja sobie próbowałem wyobrazić, jak w takich "pokojach" mieszkali członkowie klanu Asinelli i w ogóle, jak w tych ciemnych, bo okienka pojawiały się sporadycznie i były małe, miejscach w tych niegdyś licznych w Bolonii wieżach ludzie mogli prowadzić jakieś codzienne życie? Możliwe, że istnieje literatura na ten temat, i będę mógł kiedyś o tym poczytać, ale wg mnie taka wieża mogła być po prostu sypialnią, zaś życie ich mieszkańców toczyło się w sklepie, w urzędzie lub na placu publicznym. Tak sobie spekuluję, bo oczywiście nie wiem jak było, ale nie sądzę, żeby warunki mieszkaniowe w takim średniowiecznym "wieżowcu" należały do komfortowych. 

Coraz częściej można było dostrzec ludzi w różnym wieku przystających na niektórych piętrach i półpiętrach, czyli wszędzie tam, gdzie można było zejść ze schodów i nieco odpocząć. Wśród tych, którzy dostali zadyszki byli również ludzie bardzo młodzi. Jarek i ja natomiast równym tempem pięliśmy się po kolejnych stopniach. Gdzieś po drodze musiałem się pomylić w liczeniu (tzn. pewnie policzyłem po dwa razy różne "dziesiątki", czyli zamiast np. "osiemdziesiąt jeden, dwa itd." pewnie liczyłem znowu "siedemdziesiąt jeden..."  bo na szczyt dotarliśmy, kiedy policzyłem do jakichś 460, co oczywiście dla psychiki było bardzo miłą niespodzianką! 

Przechwalam się oczywiście tą swoją sprawnością fizyczną, przedstawiając swoją kondycję w kontraście do młodych ludzi, których wydolność fizyczna okazała się na dość niskim poziomie, ale nie jest to tylko próżność dziadka, który za 3 lata skończy sześćdziesiątkę. Otóż jakieś 20 lat temu pewnie też bym musiał kilka razy odpoczywać na tych schodach. Między trzydziestką a czterdziestką moja waga dochodziła do 95 kg i dostawałem zadyszki przy zawiązywaniu buta, a to z powodu brzucha, który uciskał mi przy tej czynności przeponę. Obżeranie się i brak aktywności fizycznej takie miał właśnie skutki. Nie czuję się kompetentny, żeby komukolwiek mówić jak żyć, ale zawsze mogę powiedzieć, co zrobiłem ja, żeby poprawić własną jakość życia. Dlatego z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że regularny ruch fizyczny (i to nie pięć minut jogi, choć jogę bardzo cenię, ale co najmniej pół godziny dobrego wysiłku) przynosi wymierne korzyści zdrowotne. Bez obcięcia produktów zawierających cukier i w ogóle tych z wysokim indeksem glikemicznym, pewnie też nie udałoby się schudnąć. Jarek codziennie rano jeździ na rowerze, więc też cieszy się znakomitą kondycją. 

Wieża Asinelli była więc nasza. Skoro już byliśmy na górze, to oczywiście obeszliśmy ją dookoła robiąc zdjęcia panoramie Bolonii ze wszystkich stron. Po raz kolejny odczułem radość z dożycia czasów, w których każdy nosi aparat fotograficzny w kieszeni i nie musi się martwić o liczbę klatek w kliszy! To, co mamy teraz w telefonach jest dużo lepsze, niż te cyfrowe nietanie aparaty cyfrowe sprzed 15, czy 10 lat. Dzięki zoomowi w aparacie w swoim telefonie mogłem m.in. zrobić zdjęcie naszym żonom siedzącym kilkaset metrów od nas na murku w arkadach Palazzo della Mercanzia. 

Najbliżej nas znajdowała się oczywiście sporo niższa wieża Garisenda. Patrząc dalej na dachy zabudowań Bolonii można było bez trudu dostrzec, że podobnie jak w innych włoskich miastach, gęstość kościołów jest tu ogromna. W pewnej perspektywie wydawało się, że widzi się chiesę za chiesą, choć oczywiście między nimi rozciągały się palazza mieszkalne. 

Kiedy schodziliśmy, była już pora pranzo, więc na jednym z pięter chłopak w mundurze obsługi wieży siedział przed taboretem, na którym stał talerz z makaronem. Młody człowiek zajadał z apetytem nawet nie zwracając uwagi na tłum turystów schodzących ze szczytu wieży. Przechodząc obok niego staropolskim obyczajem życzyłem mu smacznego. Na moje "buon appetito" zrobił tak niezwykle zdziwioną minę, że mało nie parsknąłem śmiechem, ale po pierwszej chwili zaskoczenia, odpowiedział grzecznym "Grazie!" 

Na niższym piętrze jakoś tak nasza grupka się ustawiła, że okazałem się ostatni z rzutu. Chłopak, który tam stał z krótkofalówką powiedział do niej, że grupę zamyka "un signore con un caschetto bianco". Zacząłem się rozglądać za facetem w białym kasku, kiedy zdałem sobie sprawę, że chodziło mu o mnie i że w tym przypadku nie miał na myśli hełmu, tylko mój letni biały kaszkiet. 

Kiedy zeszliśmy na sam dół, i zobaczyłem, że dziewczyny w mundurach pilnie nam się przyglądają i liczą tych, którzy zeszli, powiedziałem głośno "Io sono il signore con un caschetto bianco!" Na to dziewczyny radośnie odkrzyknęły "Sappiamo, sappiamo!" (Wiemy, wiemy). 

Do Palazzo della Mercanzia wróciliśmy więc dumni i syci mołojeckiej sławy, czym nie omieszkaliśmy się oczywiście pochwalić naszym żonom. Jeszcze z kondycją waszych mężów nie jest tak źle! 

 






 

 









 




 





 



Było już około trzynastej, więc była już najwyższa pora, żeby się udać do Osterii del Podesta! Ruszyliśmy więc prosto Via degli Orefici w kierunku św. Petroniusza, ale oczywiście zatrzymaliśmy się mniej więcej w połowie drogi do tego kościoła, ponieważ właśnie mniej więcej równo pośrodku między Palazzo della Mercanzia a Piazza Maggiore znajduje się lokal, który poprzedniego dnia wypatrzyłem w internecie. 

Bardzo mi się podoba we Włoszech to, że kiedy się stanie przed restauracją, najczęściej dostrzega nas kelner i od razu zaprasza, prowadząc prosto do wolnego stolika. To oszczędza sporo stresu samodzielnego szukania wolnego miejsca w dość zatłoczonej restauracji. Tym razem też tak było. W momencie, kiedy się zatrzymaliśmy i powiedziałem "To tu!" już podchodził do nas duży mężczyzna po trzydziestce, który natychmiast wskazał nam nasze miejsca. Zanim przyniósł nam kartę, spytał, czy chcemy wodę. W odróżnieniu od restauracji francuskich, gdzie woda w karafce stojąca na każdym restauracyjnym stoliku jest darmowa, we Włoszech za wodę się płaci. Niemniej na początek zawsze ją proponują -- wiadomo kraj południowy i każdy wie, że organizm się szybko odwadnia. Poprosiłem o dużą wodę gazowaną. Po kilku minutach kelner przyniósł nam butelkę wody, szklanki i menu. Kiedy otworzyłem wodę, od razu zobaczyłem, że ona jednak gazowana nie jest. Mężczyzna, który jak to włoski kelner, wprost biegał między stolikami roznosząc parujące dania, akurat wracał w stronę kuchni, więc go zaczepiłem zwracając uwagę na brak gazu w naszej butelce. Dwie minuty później na naszym stole stała już butelka acqua frizzante, oczywiście po przeprosinach za pomyłkę. Wody niegazowanej kelner nie zabrał, tylko powiedział, że jest ona na jego koszt i my zapłacimy tylko za jedną butelkę. 

Usiłowałem siłą swojego umysłu wyobrazić sobie podobną sytuację w polskiej restauracji. Być może nie jestem zbyt sprawiedliwy, bo za mało stołuję się w restauracjach, ale to ćwiczenie przerosło moje możliwości imaginacyjne. Wiem jednak, że w polskiej gastronomii następuje systematyczny postęp, więc być może gdzieś i u nas kelnerzy potrafią się już tak zachować.  

Nie miałem problemu z wyborem dania, bo jadłospis sprawdziłem już poprzedniego dnia w internecie. Jarek wybrał lasagnę, a wiadomo, że w Bolonii płaty makaronu będą przełożone ragu bolognese, czyli gęstym sosem z mielonego mieszanego mięsa, sofritto z cebuli, marchewki i selera naciowego, które dusi się najpierw w winie, a potem... I tutaj zaczyna się problem, bo wiele przepisów podaje bulion, a na koniec jeszcze mleko. Kucharze bolońscy, których oglądałem na YouTube, twierdzą jednak, że zamiast bulionu dają tylko wodę. Co do mleka zdania są podzielone. Oczywiście są w tym sosie również pomidory! Jedyne przyprawy w bolońskim ragu to sól i pieprz! Nie ma w nim żadnego czosnku ani bazylii! Najczęściej jest podawane z makaronem typu tagliatelle (spaghetti z nim jedzą tylko cudzoziemcy, bo we Włoszech nie ma czegoś takiego jak "spaghetti bolognese"), albo w lasagni właśnie. Typowa lasagna bolońska zaś jest zielona z powodu szpinaku dodawanego do ciasta makaronowego na etapie jego wyrabiania.

Jola, Agnieszka i ja wzięliśmy po talerzu typowego dla Bolonii makaronu zwanego gramigna, który wygląda jak "robaczki", bo jest pastą stosunkowo niedługą, grubszą od spaghetti i często zagina się w kształcie litery C. Do gramigni zaś serwują najczęściej sos z białej kiełbasy. Nasz był w wersji "białej", czyli bez pomidorów. 





 

W pełni usatysfakcjonowani bolońskimi specjałami, napełnieni pysznym jedzeniem i nową energią, ruszyliśmy dalej eksplorować kolebkę szkolnictwa wyższego!

poniedziałek, 26 września 2022

Bolonia 2 (poniedziałek, 1 sierpnia 2022), część I

W piątek obiecaliśmy sobie, że pojedziemy jeszcze raz do Bolonii, ponieważ podczas naszej pierwszej wizyty w tym mieście, nie zobaczyliśmy kilku istotnych miejsc. Tym razem przygotowaliśmy się nieco lepiej. Wieczorem poprzedniego dnia przeczesałem internet w poszukiwaniu ciekawostek, a także lokalu, gdzie zjemy pranzo. Przeczytałem też rozdział z naszego nie najlepszego przewodnika. Po przejrzeniu ofert kilku restauracji w pobliżu Piazza della Mercanzia i Piazza Maggiore, mój wybór padł na Osteria del Podesta. W umieszczonym w internecie jadłospisie znajdowało się kilka bolońskich specjałów, ceny były praktycznie takie jak wszędzie -- od 8 do 20 euro. Sama nazwa lokalu była zachęcająca, a i usytuowanie też było odpowiednie. 

Rano ruszyliśmy więc na stację kolejową nieopodal naszej kwatery. W jednym automacie kupiliśmy bilety, a jeden z dwóch kasowników okazał się tym razem czynny, więc do pociągu wsiadaliśmy bez stresu. Idąc przez znajdujący się przed bolońskim dworcem centralnym Placem Złotych Medali (Piazza delle Medaglie d'Oro) byliśmy świadkami przykrej sceny. Otóż lokalna policja przy pomocy wezwanego fachowca odcinała linkę, jaką właściciel(ka?) przymocował swój rower do znaku drogowego. Ogarnęło nas uczucie empatii wobec nieszczęsnego cyklisty, który po powrocie nie zastanie swojego jednośladu, albo zastanie policjanta z mandatem. 




 

Nie zatrzymaliśmy się jednak, żeby się obserwować dalszy rozwój przygód roweru bezpardonowo odcinanego przez policjantów od znaku drogowego. Przeszliśmy na drugą stronę Strada Statale Polletana, ale tym razem nie skróciliśmy sobie drogi przez podwórko z restauracją i sklepami, tylko doszliśmy prosto do Piazza XX Settembre. Zerknęliśmy na skrzyżowanie, gdzie podczas poprzedniej wizyty mimo działających świateł ruchem kierowało chyba pięciu policjantów. O tej porze jednak ruch jeszcze nie osiągnął swojego największego natężenia, i samochody radziły sobie bez pomocy funkcjonariuszy. 

Idąc Via dell'Independenza doszliśmy już prosto do Via Rizzoli, czyli ulicy przy Piazza del Nettuno, gdzie skręciliśmy w lewo, kierując się na Piazza della Mercanzia, gdzie naszym pierwszym celem był Palazzo della Mercanzia, uroczy budynek z XV wieku, gdzie dawniej mieściły się różne organizacje kupieckie, a potem Francuzi w 1797 urządzili tam Izbę Handlową. Mimo, że architektura pałacyku jest ciekawa i przyjemna, to jednak nie dla niej tam się udaliśmy. Otóż w przewodniku znaleźliśmy informację, że w środku znajduje się złoty model makaronu tagliatelle! Kiedy to przeczytałem nie mogłem powstrzymać się od śmiechu i równocześnie zdziwienia. No rozumiem, że wzorzec metra w Sevres pod Paryżem, ale wzorzec makaronu? To mogli wymyślić tylko Włosi. 

 

Pałac mieści też sale muzealne i bibliotekę, a w nich m.in. przywileje bolońskich studentów, którym kupcy fundowali stypendia, oraz znormalizowane przepisy na specjały bolońskiej kuchni: tagliatelle (z 1972), nadzienie do bolońskich tortellini (z 1974), ragù bolognese (1992), certosino bolognese, czyli boloński kartuzik (rodzaj ciasta czekoladowego z migałami, jabłkami i innymi dodatkami; z 2003), oraz przepis na zieloną lasagnę po bolońsku (2004). Tak naprawdę zależało nam, żeby zobaczyć ten wzorzec bolońskiego makaronu typu "wstążki". W holu przy wejściu siedział bardzo sztywny portier, którego zachowanie stanowiło kontrast wobec stereotypowego zachowania Włochów, ale również wobec faktycznego zachowania Włochów, z którymi do tej pory się zetknęliśmy. Mężczyzna koło pięćdziesiątki ani razu się nie uśmiechnął. Na moje pytania odpowiadał sucho i z kamienną twarzą. Być może był spięty, ponieważ zagadałem go po angielsku, i on po angielsku odpowiadał poprawnie, ale widać było, że nie przychodzi mu to z łatwością. Tak czy inaczej, otrzymaliśmy konkretną informację, że owszem, model tagliatelle jest, ale w specjalnym pilnie strzeżonym miejscu. Tak, turyści mogą się tam dostać, ale muszą złożyć odpowiednią deklarację z co najmniej trzydniowym wyprzedzeniem! No, cóż? Musieliśmy się obejść smakiem, zresztą złota nie jadamy... 

Wyszliśmy do podcienia pałacu, gdzie przysiedliśmy na murku. Zdecydowaliśmy już wcześniej z Jarkiem, że wchodzimy na wieżę rodziny Asinelli! Nasze panie nie wykazały entuzjazmu wobec podjęcia tego wyzwania, więc zostały na kupieckim placu, zaś my poszliśmy w kierunku wieży. Dziewczyna wpuszczająca na schody poinformowała nas, że musimy zakupić bilety, ale kasa znajduje się w punkcie informacji turystycznej, przy Piazza Maggiore 1, a więc w budynku naprzeciwko świętego Petroniusza, czyli w Palazzo del Podesta. Odległość nie jest zbyt duża, ale jednak te 400 metrów trzeba przejść. Ponieważ był to dopiero początek naszej wycieczki, byliśmy pełni energii i nastawienia na fizyczne wyczyny, w związku z tym pomaszerowaliśmy dziarsko pod Neptuna. Infopoint okazał się być od strony bazyliki. Stanęliśmy w kolejce i po kilku minutach mieliśmy już bilety uprawniające nas do wspięcia się po 498 stopniach na szczyt wieży Asinelli. Ponieważ wejście miało być o 12.15, a nie było jeszcze jedenastej, zadzwoniłem do Agnieszki, żeby z Jolą dołączyły do nas na placu Neptuna. 

Poprzedniego wieczora, między innymi informacjami, jakie wyczytałem, znajdowała się anegdota, że władze miasta były oburzone rzeźbą Jeana de Boulogne di Duai z powodu zbyt okazałego męskiego przyrodzenia boga mórz. W związku z tym rzeźbiarz zredukował Naptunowi genitalia, ale tak ustawił jego dłoń, że przy przyjrzeniu się posągowi pod odpowiednim kątem, jej kciuk robi wrażenie pokaźnego penisa. Podejrzewam, że to tylko historyjka dla turystów, ale obeszliśmy Neptuna ze wszystkich stron zmieniając odległość i kąt naszego położenia, aż w końcu osiągnęliśmy taką perspektywę, z której od biedy można uznać, że palec bożyszcza może uchodzić za męski członek w stanie erekcji, ale... to już jak ktoś bardzo się uprze. 

Z internetowych ciekawostek pamiętałem też o napisach umieszczonych na sklepieniu i (są też powtórzone na chodniku) w podcieniach kamienicy na rogu Via dell'Indipendenza i Via Rizzoli. W tym miejscu stoją stoliki  baru Canton de' Fiori, ale ponieważ arkady służą również przechodniom, obok stolików można swobodnie przejść i przyjrzeć się napisom, które głoszą, że "chleb jest życiem, konopie ochroną, a wino radością". Podeszliśmy w to miejsce, gdzie obfotografowałem te inskrypcje. Oczywiście dzisiaj największą sensację wzbudzają te konopie (cannabis), które powszechnie kojarzą się dziś z marihuaną. A przecież chodzi o potężną gałąź przemysłu z wykorzystaniem tej rośliny (niekoniecznie jej indyjskiej odmiany służącej do odurzania się). Z włókien konopi robiło się najlepsze, bo najmocniejsze sznury i liny. Nadgorliwość polityków walczących z narkomanią w narodzie doprowadziła do wylania dziecka z kąpielą, ponieważ uprawy tej pożytecznej rośliny, która również dzisiaj mogłaby znaleźć wiele praktycznych zastosowań, po prostu zakazano.

Nadal mieliśmy jeszcze sporo czasu do wejścia na wieżę, więc wróciliśmy na Plac Neptuna, żeby odszukać kolejną "nieoczywistą" atrakcję Bolonii, a mianowicie średniowieczny "telefon bez drutu". Miejsce to znajduje się w miejscu przecięcia się dwóch przejść przez Palazzo del Podesta, a cały efekt akustyczny polega na tym, że stając w jednym narożniku można usłyszeć co mówi ktoś, kto stoi twarzą do narożnika na drugim końcu przekątnej. Legendy mówią, że wykorzystywali to zjawisko księża udzielający sakramentu spowiedzi ofiarom chorób zakaźnych, jakie w średniowieczu nawiedzały europejskie miasta dość często. Miejsce to nazywa się Voltone del Podesta, ale mimo, że staliśmy bardzo blisko, nie wiedzieliśmy, gdzie dokładnie się znajduje. Zdecydowałem się spytać dwóch policjantek stojących przy wejściu do pałacu podesty od strony Neptuna. Z sympatycznym uśmiechem zaprowadziły nas pod samo "magiczne" sklepienie, gdzie na własne uszy mogliśmy się przekonać, że to naprawdę działa! Zaczepiła nas jakaś turystka, tęgawa brunetka będąca typem osoby wiecznie radosnej, która z promiennym uśmiechem spytała po angielsku, dlaczego tak stoimy w tych narożnikach i coś gadamy. Wytłumaczyłem jej, co sprawiło, że jej radość uległa spotęgowaniu.

















 


Po tej atrakcji powoli ruszyliśmy znowu w kierunku Piazza della Mercanzia. Po drodze pokazałem towarzystwu osterię, gdzie mieliśmy zjeść pranzo po tym, jak już zdobędziemy szczyt Torre degli Assinelli. Nasze żony usiadły sobie na murku pod arkadami Palazzo ze złotym makaronem, a Jarek i ja udaliśmy się pod wieżę, żeby się ustawić w kolejce do wejścia.


niedziela, 25 września 2022

Rawenna (niedziela, 31 lipca 2022), część IV


Zdjęcia, jakie można znaleźć w internecie pokazują, że we wnętrzu Battistero degli Ariani również znajdują się zjawiskowe mozaiki. Nie wiedzieliśmy jednak, o której je otwierają, bo generalnie to jeszcze kilka godzin wcześniej w ogóle nie wiedzieliśmy o jego istnieniu. Kiedy do niego dotarliśmy, naszą uwagę zwrócił przede wszystkim kościół pw. Ducha Świętego na wprost, zaś dopiero po minucie dostrzegliśmy pa naszej prawej ceglany budynek podobny nieco do baptysterium prawowiernych. Nie dość, że był zamknięty, to nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek bywa otwarty. Nie widzieliśmy żadnej tabliczki informującej o biletach czy godzinach zwiedzania. Baptysterium arian wyglądało na budynek zupełnie opuszczony. Mapy google informują jednak, że bywa otwierane! No szkoda, że nie trafiliśmy na odpowiedni moment, ale w tym przypadku nie możemy mieć do nikogo pretensji, ani nawet wyrzutów sumienia. 

 









Tymczasem z wyjścia między dwoma z całego rządu kolumn kościoła Ducha Świętego wyszła para młoda, a za nią tłum weselników! Żartowaliśmy sobie, że wczoraj w Ferrarze trafiliśmy na pogrzeb, a dzisiaj na ślub. Brakowało do kolekcji chrztu i pierwszej komunii. Oczywiście ślub to uroczystość o charakterze diametralnie odmiennym od pogrzebu, ale w przypadku naszych obserwacji, ta odmienność objawiła się w strojach uczestników. Otóż ferraryjscy żałobnicy nie tylko zachowywali się dość beztrosko, ale przyszli żegnać starszego pana ubrani bardzo nieformalnie. Kilku facetów było w krótkich spodenkach i klapkach! Goście weselni, którzy wysypali się z raweńskiego kościoła najwyraźniej przywiązywali o wiele więcej wagi do etykiety, ponieważ mimo naprawdę wysokiej temperatury, wszyscy mężczyźni tkwili w pełnych garniturach (no, może nie w pełnych, bo pewnie bez kamizelek). Mieli na sobie marynarki na koszule z długim rękawem (wystawały ich mankiety) i krawaty! O, jakże mi było ich żal! Długie suknie pań wydawały się o wiele bardziej odpowiednie na te upały. Jestem bardzo ciekawy, czy podczas zabawy po odpowiedniej dawce alkoholu mężczyźni włoscy zachowują się jak polscy wujkowie na weselu, czyli czy zdejmują marynarki i tańczą w samych koszulach. Nie dane nam było przekonać się o tym osobiście, ponieważ kiedy tylko para młoda i weselnicy opuścili plac ruszyliśmy dalej, nie zaglądając nawet do kościoła, wyszedłszy z założenia, że skoro byliśmy już w tylu chiesach, to tę sobie darujemy. 

Mimo, że Rawenna nie jest dużym miastem, do mauzoleum Teodoryka mieliśmy jednak kawałek drogi. Po opuszczeniu centrum z zabytkami, szliśmy ulicami z domami raczej dwudziestowiecznymi. W pewnym momencie naszym oczom ukazały się mury czegoś, co przypominało średniowieczne zamczysko. Podeszliśmy bliżej i przeczytaliśmy, że to Rocca Brancaleone, piętnastowieczna twierdza zbudowana przez wenecjan, żeby pilnować panowania Najjaśniejszej nad Rawenną. W trzeciej dekadzie szesnastego wieku dostała się wraz z całym miastem pod panowanie papieża. Wcześniejszych uszkodzeń w wyniku bitew z 1509 i 1512, specjalnie nie naprawiano, zaś sama twierdza straciła swoje strategiczne znaczenie. Obecnie na terenie w obrębie jej ruin znajduje się spory park miejski. 

Kiedy weszliśmy na jego teren i zobaczyliśmy rozstawione leżaki, postanowiliśmy zrobić sobie przerwę w marszu do grobu wielkiego Gota. Leżaki w parkach widziałem we Włoszech, ale też w Berlinie i w Londynie. W Polsce nigdy na nie nie trafiłem. Może nasi gospodarze parków miejskich obawiają się, że byłoby zbyt wielu amatorów darmowego wyposażenia prywatnych działek i balkonów kosztem publicznym? Nie jesteśmy społeczeństwem o zbyt wysokim stopniu społecznego zaufania. Oczywiście nie wzięło się to znikąd. Ponieważ dorastałem w latach 70. ubiegłego stulecia doskonale pamiętam, że chuligani niszczyli nawet trwałe, jak by się wydawało, ławki. Czy zmieniliśmy się od tamtych czasów? Wygląda na to, że administratorzy parków wolą tego nie sprawdzać. 

















 

Po dwudziestu minutach błogiego leżakowania w cieniu parkowych drzew, wyruszyliśmy już bezpośrednio do grobowca króla Ostrogotów. Po wyjściu z parku-twierdzy, doszliśmy do ulicy prowadzącej na nowoczesny most, ale nazwany jego imieniem (Ponte Teodorico), żeby znaleźć się przy parku tego samego imienia. Przy parkingu skręciliśmy w jedną z parkowych alejek i z daleka dostrzegliśmy kamienną konstrukcję będącą miejscem wiecznego spoczynku władcy. Bliżej podejść nie mogliśmy, ponieważ spory teren obejmujący mauzoleum był oddzielony od reszty parku ogrodzeniem. Postanowiliśmy więc je obejść, żeby zobaczyć je z bliska, bo założyliśmy, że z drugiej strony ogrodzenie znajduje się w mniejszej od niego odległości. Wyszliśmy z powrotem na parking, skąd dostrzegliśmy niewielki budynek, który okazał się kasą biletową. W tym przypadku również ja przychyliłem się do zdania, że nie ma większego sensu płacić bilet za to, żeby móc bliżej podejść do budowli, którą z daleka też nieźle widać. Postaliśmy więc trochę przed płotem oddzielającą nas od mauzoleum Teodoryka, jednej z niezwykle ciekawych postaci w historii. 

Chyba słusznie piszą niektórzy historycy, że to, co uznajemy za symboliczny koniec cesarstwa zachodniorzymskiego, czyli śmierć cesarza-dziecka Romulusa Augustulusa w 476 r. naszej ery, nie zostało specjalnie dostrzeżone, ani uznane za przełomowe przez ludność Italii. Od dwustu lat imperium było świadkiem krwawych zmagań o władzę, a od stu graczami w tej walce stali się też wodzowie plemion germańskich, których cesarze byli zmuszeni wpuścić w granice swego państwa w charakterze sojuszników. Po zamordowaniu małego Romulusa Augustulusa władzę nad Rawenną i Italią objął jeden z dowódców rzymskich legionów, Odoaker. Nie obwołał się cesarzem, jak zrobiłby to każdy jego poprzednik. Wkrótce w charakterze sojusznika cesarza wschodniego pokonuje Odoakra król Ostrogotów Teodoryk i choć początkowo zwodzi pokonanego władcę obiecując mu nawet współrządy, każe go zamordować, a wkrótce potem również jego żonę i syna. Wódz Ostrogotów, zwany w swojej mowie Þiudareiks, co się tłumaczy jako, „Król ludów”, obejmuje władzę nad Italią początkowo pod oficjalnym zwierzchnictwem cesarza Zenona, żeby kilka lat później ogłosić się niezależnym królem. Mimo tego, że spędził wiele lat jako zakładnik w Konstantynopolu, gdzie zdobył rzymskie wykształcenie i ogładę, również nie ogłosił się cesarzem zachodniej części imperium, jakby specjalnie chciał zamanifestować pogardę dla tego pustego już tytułu. 

Był królem Ostrogotów, ale Rzymianami rządzącym  chyba nie najgorzej, skoro zachowały się o nim dobre wspomnienia, w tym Boecjusza. Jak już pisałem, Ostrogoci Teodoryka pozostali arianami, podczas gdy ludność rzymska trwała przy chrześcijańskiej ortodoksji. (Hmm, to teraz tak łatwo się pisze. Gdyby to zwolennicy Ariusza na trwałe zdobyli kontrolę nad kościołem, to ich byśmy nazywali prawowiernymi, a wszystkich innych heretykami). Wiemy też, że w państwie Teodoryka panował swoisty apartheid, ponieważ nie wolno było Gotom żenić się z Rzymiankami. Podobną politykę prowadził też w Libii król Wandalów Genzeryk. Starożytność to nie są czasy państw narodowych, ale głupotą byłoby mówić, że nie istniały narody, jak to lubią powtarzać humaniści pozostający pod wpływem nowoczesnych nurtów historiografii zachodniej. Istniały wyraźne podziały na tle językowym, religijnym i generalnie tożsamościowym, a państwo Teodoryka m.in. było tego ilustracją. Z drugiej strony germański król zapisał się w historii jako władca światły i tolerancyjny. Cokolwiek byśmy nie mówili o Ostrogotach i ich królu, jedno jest pewne. Władza państwowa imperium rzymskiego nad terytorium, w którym się narodziło, skończyło się bezpowrotnie. 




 

Rzymianie byli oswojeni z sytuacją, że muszą współistnieć na jednym terytorium z barbarzyńcami, których swego czasu na nie wpuszczono. Samo życie Rzymian uległo swego rodzaju barbaryzacji, a z kolei germańscy przybysze przyjmowali pewne zwyczaje gospodarzy. To dlatego, kiedy owi barbarzyńcy zlikwidowali Rzymianom państwo, ci praktycznie tego nie zauważyli i przyjęli zmianę jak coś normalnego, zwłaszcza, że Teodoryk zapewnił wreszcie względny pokój i stabilizację. Dlatego też potomni nazwali go wielkim, zachowali dobrą o nim pamięć i utrzymali jego ogromny grobowiec do naszych czasów.

Po zadumie przy grobowcu ostatecznego grabarza cesarstwa zachodniorzymskiego, ruszyliśmy w dość długą drogę w kierunku parkingu, która jednak zeszła nam bardzo szybko, ponieważ niosły nas skrzydła satysfakcji z realizacji naszego planu zwiedzania! Po drodze zauważyłem jakiś stary model fiata 500 i przypomniało mi się kilka dyskusji ze znajomymi na temat tego modelu. Każdy, kto trochę liznął włoskiego, wie, że "pięćset" to "cinquecento". Polacy jednak rezerwują nazwę cinquecento dla jedynej wersji tego modelu, który był dostępny na rynku polskim i nazwę tę miał wypisaną słownie, podczas gdy wersje wcześniejsze i późniejsze cyframi. Dlatego za każdym razem, kiedy na widok "pięćsetki" mówię "cinquecento", prawie każdy Polak mnie "poprawia": "Nie, nie! To nie cinquecento, to fiat pięćset!" No śmieszne to jest, ale co zrobić, że niektórym się wydaje, że Włosi nazwali swoją markę polskim liczebnikiem "pięćset", a tylko wyjątkowo, kiedy chcieli ją sprzedać na rynku polskim użyli liczebnika włoskiego! 


 

W lodówce na kwaterze czekały na nas produkty na obiadokolację, jakie zakupiliśmy już poprzedniego dnia. Mieliśmy paczkę gnocchi i cielęcinę, z której usmażyłem sznycle, albo mówiąc z włoska, cotolettę. 

 


Wieczorem zaś przeszliśmy się do lodziarni, która znajdowała się jakieś sto metrów od naszego domu. Kopiaste porcje niezawodnych włoskich lodów w waflowych rożkach stanowiły perfekcyjne ukoronowanie kolejnego udanego dnia!